22.12.2019

Ukrywana technologia prekolumbijska

Oficjalnie wszyscy znamy historię krajów Ameryki Łacińskiej przed ich zniewoleniem przez Hiszpanię i Portugalię. Imperium Inków słynie z doskonałej znajomości chirurgii, rolnictwa, astronomii czy architektury, ale jednocześnie uznaje się, że Inkowie nie znali pisma i koła. Czy taka kolizja nie tworzy swoistego paradoksu?


Technologia prekolumbijska w Peru
Technologia prekolumbijska
Skoro zaczęliśmy od prymitywnych Inków oficjalnie nadal uznawanych za analfabetów, sprawdźmy dokonania kultury, która rzekomo nie znała jeszcze koła. Nadmienić tu jednak należy, iż Inkowie byli przedstawicielami najmłodszej kultury Ameryki Łacińskiej, co jest jednoznaczne, z tym że w świetle naukowego stereotypu, powinni być najmądrzejszą kulturą tuż sprzed europejskiej gorączki rabunku złota na masową skalę.  Rozwój wszak idzie w parze z czasem, a skoro Inkowie byli analfabetami, to ich przodkowie, lub poprzednicy, bo jedno z drugim nie musi się wiązać, musieli wykazywać się iście niewyobrażalną prymitywnością. Jak na ironię losu nas najbardziej będzie interesowała technologia tych najprymitywniejszych. Oczywiście nie grzeszę ironią, ale moimi atrybutami obronnymi są fakty, prawda i trzeźwe myślenie.

Odkrycie Machu Picchu przypisywane jest amerykańskiemu uczonemu, profesorowi Uniwersytetu Yale’a, Hiramowi Binghamowi, który trafił tam wraz ze swym przewodnikiem Melchorem Arteaga dopiero w 1911 r. Kłamstwo po raz pierwszy, bowiem niemiecki przedsiębiorca Augusto Berns, eksplorował Machu Picchu już w 1867 r., a miasto jest zaznaczone na mapach już od roku 1874. Istnieją też dokumenty świadczące o tym, że Augustin Lizarrag zwiedzał Machu Picchu w roku 1902. Dlaczego zatem przypisano kłamliwie miano odkrywcy Binghamowi? Odpowiedź jest prosta – wyprawę Binghama finansował Uniwersytet Yale i National Geographic z nastawieniem na rozgłos, sukces, zysk i... potrzebę napisania historii nie jaka zaistniała, ale jaką chciano napisać i rozpowszechniać. Świat przepełniony jest tego typu ewenementami, jak chociażby odkrycie Ameryki przez Europejczyków pomijając fakt, że wikingowie dotarli tam wieki wcześniej, patenty Edisona, który faktycznie był tylko cwanym biznesmenem kradnącym pomysły swoich pracowników, selekcjonowanie i niekiedy fałszowanie starych tekstów dla wygody i na korzyść Kościoła itd. Ale to już inny temat.

Cuzco
Oficjalnie uznaje się, że Machu Picchu wybudowano w 1450 r., co jest na tyle wątpliwe, że można taką informację wrzucić na półkę z kłamstwem odkrycia miasta przez Binghama. Dlaczego? Dlatego, że badania metodą radiowęglową wykazały, iż niektóre elementy miasta są starsze nawet o tysiące lat. Jakby tego było mało hiszpański prawnik i kronikarz Fernando Montesinos, który podróżując po Peru w XVII w., zbierał opowieści Inków z epoki przed barbarzyńskim najazdem Hiszpanów, podaje, że początki cywilizacji Inków sięgają około 950 roku p.n.e. Mamy zatem stare kroniki, w których Montesinos podaje szczegóły z chronologią władców podparte najnowszymi badaniami archeologicznymi, i... stanowczy głos ortodoksyjnej nauki mówiący, że imperium Inków trwało niespełna 200 lat. Machu Picchu o tyle jest ważnym w tym przypadku miejscem, gdyż Hiszpanie nigdy nie odnaleźli tego miasta, więc niczego nie mogli tam zniszczyć. A co mieli do zniszczenia? Może dowody wysoko rozwiniętej cywilizacji?

Głównym budulcem Machu Picchu jest twardy granit (7 w skali Mohsa), który jest niezwykle trudny w obróbce nawet przy dzisiejszej technologii. Warto tu przypomnieć, że Inkowie mieli nie znać koła i pisma. A jednak nie przeszkodziło im to w wycinaniu twardego granitu w doskonale równe linie i składaniu nawet 50 tonowych bloków w taki sposób, że nawet dzisiaj po burzy czasu nie da się w szczeliny wsunąć żyletki. Ponadto z nieznanych powodów zazwyczaj nie wycinali granitowych brył w równe bloki, ale dopasowywali je do siebie, stosując wieloramienne bryły. Jak tego mogli dokonać bez obliczeń, projektów, nie bojąc się nawet powiedzieć rysunków technicznych? Nie mogli, bo nie znali pisma i nawet koła. Tymczasem w Machu Picchu znajdujemy schody idealnie wycięte z jednej ogromnej bryły granitu. I wcale nie małe schody, bo o ponad stu stopniach. Co na to konserwatywna nauka? Skały zostały prawdopodobnie wycięte za pomocą tak zwanej techniki drewnianego klina: wywiercono w skałach otwory i wkładano do nich mokre drewniane kliny. Następnie konstruktorzy czekali, aż mokre drewniane kliny zamarzną. Lód o większej objętości niż woda wymusza na skale tworzenie się szczelin. Uwielbiam Latający Cyrk Monty Pythona, ale niestety wysiada on przy latającym cyrku konserwatywnej nauki. A jak wytłumaczyć uzyskanie idealnie gładkich powierzchni taką metodą oraz wieloramiennych brył, które musiały być dopasowane perfekcyjnie do sąsiadujących? Odpowiedzi brak.

Brama Słońca w Puma Punku
Brama Słońca
Odwiert, ale czym?
Zagadkowo przedstawia się także sprawa z tajemniczym Puma Punku w Boliwii, który znajduje się na wysokości około 3800 m n.p.m. Położenie obiektu jest bardzo istotne, bowiem w centralnym miejscu Puma Punku wznosiła się Brama Słońca, stojąca na ważącej 131 ton płycie z czerwonego piaskowca o wymiarach 7,81 × 5,17 × 1,07 m. Cała konstrukcja, ważąca około 450 ton składała się z wielu ściśle spasowanych monolitów o skomplikowanym kształcie, wymagającym stosowania wiedzy z zakresu geometrii wykreślnej. Boliwijski archeolog, naukowiec i historyk Arthur Posnanksy na podstawie orientacji astronomicznej przy uwzględnieniu zjawiska precesji obliczył, że budowla mogła powstać nawet 15 tysięcy lat temu. Grupa konserwatywnych naukowców trzymających władzę twierdzi jednak, iż nie jest to możliwe, podając wiek VI n. e., jako ostateczna granica narodzin budowli, a budowniczy mieli być równie prymitywni co w przypadku Machu Picchu. W porządku, ale w takim układzie powstaje pewna technologiczna kolizja. Nikt nie jest w stanie powtórzyć cudów budowlanych Puma Punku bez użycia dzisiejszych, nowoczesnych narzędzi, zwłaszcza że pewne elementy z charakterystycznymi wcięciami i otworami nie mogły powstać dla ozdoby, ale miały swoje przeznaczenie. Tu już nie tylko nie można się obyć bez wysoko rozwiniętej technologii, ale również nie jest możliwe, by powstało coś takiego bez perfekcyjnej wiedzy inżynierskiej. Wracając do masy elementów budowlanych o astronomicznej wadze. W tym przypadku jest pełna zgoda, iż budowniczowie dostarczali go z terenów w pobliżu jeziora Titicaca, odległego o 15 km od zabytku. Kto i w jaki sposób transportował tak masywne głazy? Kto zaprojektował tak skomplikowane elementy? Jaką technologią tak precyzyjnie obrabiano budulec? Labirynt pytań, a drogi do odpowiedzi brak.

Brak też odpowiedzi, w jaki sposób prymitywni mieszkańcy Ameryki Łacińskiej wykonali tak precyzyjne przedmioty, jak kryształowe czaszki lub figurki samolotów ze złota. O gigantycznych rysunkach na płaskowyżu Nazca, które widziane są jedynie z lotu ptaka, ewentualnie samolotu, już nawet nie wspominam. Cóż... mamy dwa wyjścia: oficjalnie uznajemy, że wpajana nam historia jest kłamstwem i piszemy ją od nowa, albo... dalej udajemy, że wszystko jest w porządku.

8.12.2019

Brat Jezusa, UFO i Madonna e San Giovanino

Istnieją dzieła sztuki, w których artysta najistotniejsze przedstawia na drugim planie. Z różnych powodów pragnie przekazać coś, co musi ukryć między wierszami. Pierwszoplanowy motyw często stanowi dymną zasłonę zakazanej informacji ukrytej w podtekście.


Dzieło Madonna e San Giovanino
Madonna e San Giovanino Foto: YouTube
Zdjęcie po lewej przedstawia dzieło nieznanego autora, zatytułowane Madonna e San Giovanino i jest wystawione w Palazzo Vecchio we Florencji. Obraz pochodzi z XV w. i wciąż jest tematem sporu o to, kto je namalował. Głównych podejrzanych jest kilku: Domenico Ghrirlandaio (1445-1494), Jacopo Sellaio (1441-1493), Sebastiano Mainardie (1466-1513) oraz Filippo di Tommaso Lippi (1406-1469).

Na pierwszym planie dzieła Maryja ma dłonie złożone do modlitwy i od strony bezwzględnej władzy kościelnej tamtych czasów jest wszystko w porządku. Ale, choć Kościół jeszcze nie ma się do czego doczepić, na tym porządek zostaje zachwiany, a w obraz zaczyna wkradać się ukryta tajemnica. Maryja z czułością spogląda na dwóch małych chłopców, z których jeden jakby próbował pomóc wstać drugiemu, a drugi patrząc na Maryję, wyciąga do niej lewą rączkę. Można śmiało przyjąć, że jednym z dzieci jest mały Jezus, ale kim jest drugie dziecko? Czyżby Jezus nie był jedynakiem? Dla Kościoła i znawców sztuki sprawa jest nadzwyczaj prosta: drugim dzieckiem ma być Jan Chrzciciel. Ale... takie wyjaśnienie jest tylko z pozoru proste, a już na pewno bardzo naciągane. Nie ma absolutnie żadnego dokumentu o Janie Chrzcicielu będącym jeszcze dzieckiem. Pojawia się on w Nowym Testamencie nagle już jako dorosła osoba. Poza tym Madonna e San Giovanino to nie jedyne dzieło, na którym artysta umieszcza Jezusa z braciszkiem. Jak się okazuje, podobny motyw jest dość częsty w dawnych dziełach sztuki. Tylko dla przykładu można tu podać obraz Perugina z 1490 roku Maryja z dzieciątkiem i drugim chłopcem, czy z 1506 roku dzieło Rafaela zatytułowane Madonna ze szczygłem. Zaś na obrazie z 1505 roku Madonna Terranuova, Rafael umieszcza aż trzech chłopców. W tym przypadku wyjaśnienie Kościoła jest jeszcze prostsze – oczywiście to nawiązanie do Trójcy Świętej. No jak można było o tym nie wiedzieć? Zapewne trzy zasady dynamiki Newtona zastąpiły fizykę Arystotelesa również ku czci Trójcy Świętej. Oczywiście to ironia, ale używam jej świadomie, gdyż z rodzeństwem Jezusa sprawa nie jest taka prosta i należy w tym przypadku liczyć się z tym, co ma do powiedzenia ezoteryka. Na podstawie tez austriackiego filozofa, wizjonera, gnostyka i antropozofa Rudolfa Steinera (1861-1925), Jezus faktycznie miał mieć rodzeństwo. Wiedza ta miała być bardziej powszechna w epoce renesansu, jednak Kościół skutecznie zatuszował fakty. A wiedzieć trzeba, że ówczesny Kościół miał do tego celu sprawdzone środki, co opisałem w notce Piąte – Nie zabijaj.

Steiner przytacza fragmenty Nowego Testamentu, gdzie mowa była o dwojgu dzieciach. Trzeba tu podkreślić, iż Biblia dla potrzeb i na zlecenie Kościoła była wiele razy przerabiana, co opisałem w notce Kłamstwa Kościoła. Według Steinera wzmianka o dwojgu dzieciach miała być w scenie Zwiastowania (Ewangelia według św. Łukasza) oraz w zapowiedzi narodzin syna, którą otrzymał Józef (Ewangelia według św. Mateusza). Przy czym istotne tu jest, że według Ewangelii Łukasza Dzieciątko Jezus pochodzi z linii Natana rodu Dawida, a według Ewangelii Mateusza Jezus pochodzić miał z linii Salomona. To bardzo istotne biorąc pod uwagę, że ewangelia Mateusza podaje motyw rzezi niewiniątek Heroda, przed którą Jezus z linii Salomona miał być uchroniony. A co to oznacza w praktyce? To, że Jezus z linii Natana urodzić się miał dopiero kilka miesięcy po narodzinach Jezusa z linii Salomona. Jakby tego było mało według zwojów z Qumran, które odkryte zostały stosunkowo niedawno, (1947 rok) nad Morzem Martwym wynika, iż lud żydowski oczekiwał dwóch, a nie jednego mesjasza. Oczywiście takie informacje są częściej tuszowane niż nagłaśniane, gdyż istnieje ryzyko powstania labiryntu niewygodnych dla Kościoła pytań. A to już może oznaczać dla Kościoła narodziny chaosu. Prawda może okazać się całkiem inna, niż ta wpajana nam przez setki lat, ale i tak Kościół rację musi mieć. Imperium Kościoła nie może pozwolić sobie na chaos. Zbyt bardzo się rozrósł – i obrósł piórka też.

Powiększenie obiektu w tle Madonny Foto: YouTube
Wróćmy jednak do dzieła Madonna e San Giovanino, gdyż na tym nie koniec tajemniczości obrazu. Za Madonną w tle widzimy niezidentyfikowany obiekt latający (UFO?), na który z ziemi wyraźnie przygląda się jakaś nieznana postać. Dla uwidocznienia, że nie jest to chmura lub naturalne zjawisko postać ta przysłania oczy, jakby obiekt go oślepiał niczym Słońce, a obok człowieka tego siedzi pies, który także spogląda w górę. Czyżby Madonna ze złożonymi dłońmi do modlitwy była jedynie pierwszoplanową mgłą maskującą prawdziwy sens dzieła? Autor obrazu w tamtych czasach musiał liczyć się ze stosem, jeśli Kościół dostrzegłby w obrazie to, co faktycznie chciał przekazać. Obiekt w tle Matki Boskiej (powiększone zdjęcie obiektu po prawej stronie) zbyt bardzo przypomina znane nam dziś zdjęcia UFO, a w XV wieku nie istniały żadne obiekty latające stworzone ludzką ręką. Co zatem faktycznie autor dzieła Madonna e San Giovanino chciał nam przekazać, ale boimy się pewne rzeczy nazwać po imieniu? W średniowiecznych kronikach znajdujemy mnóstwo relacji o niezidentyfikowanych obiektach latających. Szczegółowe opisy techniczne mitycznych statków latających znajdują się w staroindyjskich przekazach. Biblia opisuje podniebną podróż Eliasza, a Henoch w Księdze Henocha przedstawia szczegółowy opis opuszczenia Ziemi.
"Synu człowieczy, mieszkasz wśród ludu opornego, który ma oczy na to, by widzieć, a nie widzi, i ma uszy na to, by słyszeć, a nie słyszy, ponieważ jest ludem opornym".Księga Ezechiela 12,2.
Od nas samych zależy, czy pozbędziemy się klapek na oczach. My, którzy szczycimy się najinteligentniejszą formą życia na planecie Ziemia.

9.11.2019

Tajemnica Sarkofagu Cheopsa

Przesiąknięci konwencjonalną nauką żyjemy w świadomości, że nasi praprzodkowie byli bardzo prymitywni w każdej dziedzinie. Nie chcemy przyjąć do wiadomości, że ograniczeni w rozwoju ludzie czasów pradawnych, posiadali wiedzę znacznie szerszą, niż było to im potrzebne do przeżycia. Szczegółowe analizy a często wręcz dowody niewymagające wykopalisk, mówią nam całkiem co innego. Istnieją artefakty, które nie miały prawa powstać bez pomocy zaawansowanych technicznie narzędzi, a jednak istnieją.


Sarkofag w Komorze Królewskiej w Piramidzie Cheopsa
Sarkofag w Wielkiej Piramidzie Foto: Jon Bodsworth
Wydawać by się mogło, że siłą ludzkich rąk można dokonać wszystkiego. Przynajmniej takie przekonanie panuje wśród ortodoksyjnych naukowców, którzy niczym grupa trzymająca władzę nad oficjalnym scenariuszem wydarzeń ustala, co ma się znaleźć w podręcznikach do historii. A jeśli istnieją dowody na to, że ortodoksyjna nauka się myli, a historię trzeba pisać od nowa? Wówczas należy takie dowody zniszczyć lub ukryć w zatęchłych piwnicach muzeów przed światem powszechnej wiedzy ludzkości, gdyż nie zgadzać się z powszechnie ustalonym szkicem akademickiej nauki – to herezja. Problem jednak w tym, że pewnych dowodów ukryć się nie da.
"Macie oczy żeby nimi patrzeć, a niczego nie widzicie". – Ezechiel
O wielkich piramidach usianych na całym świecie napisano wiele tomów ksiąg. Oficjalna wersja ich przeznaczenia brzmi – grobowce władców. Najsłynniejsze piramidy znajdujemy w Egipcie, z których największa Piramida Cheopsa najpilniej jest badana. Jak wcześniej było wspomniane, siłą ludzkich rąk można dokonać wszystkiego. Przyjmijmy zatem, że tak, jak chce tego nauka, Wielką Piramidę budowano przez okres 20 lat, a przy jej budowie pracowało 100 tys. robotników. Jak uczeni na to wpadli? Wiedzą o tym od Herodota:
"Cheops na postawienie piramidy potrzebował dwudziestu lat. Wszystkim Egipcjanom kazał na siebie pracować. Jednym rozporządzono z łomów kamienia w górach arabskich włóczyć skały do Nilu, innym sprowadzone na łodziach przez rzekę kazał odbierać. Pracowało tak bez przerwy do stu tysięcy ludzi. Budowano zaś piramidę w kształt schodów". – Herodot
Nie będę tu spekulował na temat możliwości siły ludzkich rąk, które musiały precyzyjnie ustawić 2,3 miliona kamiennych bloków o wadze do 15 ton, ale pewne aspekty nie dają mi spokoju. Oficjalnie uznaje się, że piramidy to grobowce, z tym tylko, że cmentarzyskiem najważniejszych osobistości starożytnego Egiptu jest Dolina Królów, gdzie odnaleziono 84 grobowce. A w piramidach? Ze świecą szukać w piramidach zmumifikowanych zwłok królów i faraonów Egiptu. Wyjaśnienie jest proste – piramidy zostały ograbione! Oczywiście złodziejstwo to drugi najstarszy fach świata, ale... Złodziej nie jest takim idiotą, by zarabiać na życie, dźwigając kamienne bloki o wadze do 15 ton, i wie, co wynieść z grobowca, by się dorobić, a nie narobić. Brak skarbów w grobowcach przełknę zatem ze zrozumieniem, ale brak mumii? Nie. Dzisiaj coś takiego ma ogromną wartość, ale pradawni rabusie na zmumifikowanych zwłokach zarobić mogli jedynie karę śmierci. Co na to oficjalna nauka? Przecież w piramidach znajdują się sarkofagi. Fakt, ale czy na pewno miały one swoje właściwe przeznaczenie? Skoro mowa o Wielkiej Piramidzie, a tematem notki ma być starożytna technologia, to skupmy się na sarkofagu odnalezionym w Piramidzie Cheopsa.

Nie ma żadnych dowodów na to, że sarkofag w Piramidzie Cheopsa był miejscem spoczynku budowniczego piramidy, ale są dowody na to, że sarkofag ten został wykonany już w środku piramidy w Komorze Króla i... nosi wyraźne ślady użycia narzędzi znanych nam współcześnie. Granitowy blok o wymiarach (2,28 × 0,99 × 1,05 m) został precyzyjnie wyżłobiony w środku. Według współczesnej nauki nie powinno być to możliwe za czasów faraona Cheopsa, który według różnych wersji panował w latach 2620-2551 p.n.e. Tu już nie chodzi o siłę ludzkich rąk, ale o technologię. Granit jest bardzo trudny w precyzyjnej obróbce, a budowniczowie piramidy mieli tylko jedną szansę, gdyż wąskie wejścia nie pozwalały na wniesienie do Komnaty królewskiej kolejnego bloku o tych samych wymiarach. Jeden błąd i bryła pęka, a trzeba było uzyskać idealnie wypolerowane ściany od środka oraz dno z zachowaniem kątów prostych. Granit posiada 7. stopień w dziesięciostopniowej skali twardości Mohsa. Oznacza to, że precyzyjna jego obróbka jest możliwa tylko czymś twardszym. Według dzisiejszych uczonych budowniczowie piramidy posługiwali się narzędziami z brązu. Nie kwestionuję tego, ale należy podkreślić, że chodzi o obróbkę bloków z wapienia, a granit to nie wapień. W czasach historycznych granity były wypierane w zastosowaniu przez znacznie łatwiejsze w obróbce (bardziej miękkie) kamienie takie jak piaskowce, marmury, trawertyny, wapienie. Dopiero postęp technologiczny w XIX wieku pozwolił na pełne wykorzystanie granitu.

Szczegółowe badania nad sarkofagiem wykazały, że ten faktycznie nosi ślady użycia precyzyjnych narzędzi, jakimi posługujemy się obecnie, ale informacji tych uczeni nie rozgłaszają, gdyż dowodzi to, że historia nie ma prawa rysować się tak, jak sami ją napisali. Kto się przyzna, że niesłusznie otrzymał Nobla? Łatwiej wszak naciągać fakty, niż pisać historię od nowa. A jeśli sarkofag Cheopsa wcale nie miał być sarkofagiem, ale czymś w rodzaju sejfu? Co mogło znajdować się w środku? Może to, czego szukał Neil Armstrong w ekwadorskich jaskiniach tuż po tajemniczej wizycie na Księżycu?

27.10.2019

Duch z Raynham Hall

Stare fotografie mają w sobie to coś, co niektórzy nazywają duszą, używając oczywiście przenośni podkreślającej sentyment do utrwalonych obrazów sprzed wielu lat, kiedy jeszcze nikt nie marzył o technologii cyfrowej. Dusza wszakże jest wciąż elementem sporu pomiędzy nauką konwencjonalną a parapsychologią – nikt duszy nie widział, więc istnieć nie może, ale z drugiej strony nie jest to dowodem, że nie istnieje. Problem pogłębia się wtedy, kiedy na starych fotografiach utrwalony zostaje obraz ducha, a wszelkie próby udowodnienia fałszerstwa spełzają na niczym.


Zdjęcie ducha z Raynham Hall z 1936 r.
Brown Lady Foto: H. C. Provand/I. Shira
Zdjęcie bezpośrednio po lewej zostało zrobione we wrześniu w 1936 roku. Ma ono na celu ukazanie ducha „Brązowej Damy”, która nawiedza Raynham Hall w Anglii. Obraz jest powszechnie uważany za jedno z najlepszych i najbardziej przekonujących ze wszystkich znanych zdjęć duchów. W wielu publikacjach jest przedstawiany jako rzeczywisty fotograficzny dowód istnienia duchów.

Według legendy „Brown Lady of Raynham Hall” (Brązowa Dama z Raynham Hall) to duch lady Dorothy Walpole (1686–1726), siostry sir Roberta Walpole'a, powszechnie uważanego za pierwszego premiera Anglii. Była drugą żoną Charlesa Townshenda, który był znany ze swojego gwałtownego temperamentu. Historia mówi, że gdy Townshend odkrył, że jego żona dopuściła się przedmałżeńskiej zdrady z lordem Whartonem, uwięził ją w rodzinnym majątku w Raynham Hall w Norfolk w Anglii. Nigdy nie pozwolił jej opuścić swojej celi, nawet, by zobaczyć swoje dzieci. Pozostała tam aż do śmierci w 1726 roku. Jako oficjalną przyczynę śmierci podano ospę. Mało kto jednak w to wierzył, a z czasem zaczęły krążyć pogłoski sugerujące, że Dorothy Walpole złamała kark, upadając ze schodów. Oczywiście Townshend miał rzekomo jej w tym pomóc.

W ciągu następnych dwóch wieków duch Lady Townshend widziany był wielokrotnie. Ukazując się w Raynham Hall, świadczyło to, że nigdy nie opuściła swego miejsca uwięzienia nawet po śmierci. W 1835 roku zauważył ją pułkownik Loftus. Odwiedzał dom na święta Bożego Narodzenia i pewnej nocy szedł do swojego pokoju, gdy zobaczył postać stojącą przed nim w korytarzu. Postać miała na sobie brązową sukienkę. Próbował zobaczyć, kim była ta kobieta, ale ta tajemniczo zniknęła. W następnym tygodniu pułkownik Loftus ponownie zobaczył tę samą postać. Tym razem jednak lepiej jej się przyjrzał. Powiedział, że była arystokratyczną kobietą. Miała na sobie tę samą brązową satynową sukienkę, a jej skóra lśniła bladym blaskiem, ale ku jego przerażeniu oczy miała wyłupione.

Kolejnego doniesienia o obejrzeniu „Brązowej Damy” dokonał w 1836 r. kapitan Frederick Marryat, przyjaciel pisarza Charlesa Dickensa i autor serii popularnych powieści morskich, który postanowił spędzić noc w pokoju, w którym najczęściej widywano zjawę. Przyjrzał się obrazowi Dorothy i czekał na nią, ale tej nocy się nie pojawiła. Kilka dni później jednak szedł korytarzem na górze z dwoma przyjaciółmi, gdy nagle zobaczyli brązową kobietę. Niosła latarnię i minęła ich, gdy kulili się za drzwiami. Według Marryat'a uśmiechnęła się do nich w „diabelski sposób”. Cokolwiek miałoby to oznaczać.

19 września 1936 r. kapitan Hubert C. Provand, londyński fotograf pracujący dla magazynu Country Life i jego asystent, Indre Shira, robili zdjęcia w Raynham Hall, by zobrazować artykuł o tajemniczej zjawie. Jak się okazało, udało im się uchwycić obraz Brązowej Damy, która schodziła ze schodów. Zdjęcie zostało opublikowane w Country Life 16 grudnia 1936 r. i pomimo licznych prób udowodnienia fałszerstwa, nigdy nikomu się to nie udało.

Inne słynne zdjęcia ducha przedstawia lorda Combermere'a, który zmarł w 1891 r. Ciekawostką może tu być fakt, że Lord Combermere był gubernatorem Barbados. A Barbados słynie z tego, że w tamtejszych grobowcach dzieją się rzeczy, które przeczą ludzkiej logice, o czym szerzej w notce Tajemnice grobów w Barbados.

14.10.2019

La Pava – Twarze z Bélmez

O cudach zazwyczaj jest głośno, kiedy świadkom ukazuje się postać historyczna lub religijna. Ale czy to oznacza, że tylko znane postacie jak Jezus lub Matka Boska posiadają licencję do objawiania się? Jak się okazuje – nie. Przypadek samoistnie pojawiających się twarzy z Bélmez jest tego dobitnym dowodem.


Twarz z Bélmez w Hiszpanii
Twarz z Bélmez Foto: YouTube
Bélmez de la Moraleda to gmina w Hiszpanii, w prowincji Jaén, w Andaluzji, o powierzchni 49,44 km². Na ogół spokojna, gdzie mieszkańcy żyją własnym życiem. Zapewne o tej otoczonej gajami oliwnymi miejscowości nikt by do dzisiaj nie słyszał, gdyby nie pojawiające się w tajemniczy sposób budzące grozę twarze w domu pod numerem 5 przy Calle Real.

7.10.2019

Wzmożona aktywność asteroid – NASA ostrzega

W 2018 roku NASA ostrzegła, że nastąpił dramatyczny wzrost liczby obiektów w pobliżu Ziemi. W krótkim czasie zidentyfikowano ponad 18 000 pobliskich obiektów, a liczba ta ciągle rośnie o około kilkadziesiąt tygodniowo. Spotęgowana wykrywalność nowych potencjalnie niebezpiecznych obiektów dla Ziemi nie jest skutkiem nowych technologii, ale czegoś, czego NASA nie potrafi wyjaśnić.


Wizja asteroidy lecącej ku Ziemi
Foto: YouTube
Każdy z nas przeżył już co najmniej kilka zapowiadanych końców świata i zapewne jeszcze kilka przeżyjemy. Przywykliśmy do tego, że co jakiś czas ktoś ogłasza kolejny koniec świata, a my, słusznie zresztą, traktujemy taką informację z przymrużeniem oka. Informacje płynące z NASA nie mają nic wspólnego z zapowiedziami zagłady. Wręcz przeciwnie. NASA uspokaja, że nowe wykryte obiekty, które, pomimo że znajdują się w pobliżu Ziemi, to jest małe prawdopodobieństwo kolizji bardzo dużej asteroidy z naszą planetą. Jedyne, co może niepokoić, to zintensyfikowana liczba nowo wykrytych obiektów. Mówiąc wprost, wkraczamy w strefę, która objawia się, jak na razie przynajmniej, wzmożoną aktywnością asteroid.

Dlaczego mamy cztery pory roku wie każdy z nas. Ziemia obiega Słońce w ciągu jednego roku gwiazdowego, czyli 365 dni 6 godzin 9 minut i 9,54 sekund, przebywając w tym czasie drogę równą 939 887 974 km. Pozornie to bardzo dużo, ale jest to ruch cykliczny i wiemy, czego mamy się spodziewać w różnych miesiącach. Nikogo zatem nie dziwią upały w lipcu i mrozy w styczniu. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni i wiemy, że śnieg będzie padał w grudniu, a nie w lipcu choćby tylko dlatego, iż w grudniu śnieg padał rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu... itd. Chociaż dziś już nie jest to takie pewne, gdyż całkiem możliwe, że zmiany klimatyczne idą w parze ze wzmożoną aktywnością asteroid, ale to już inny temat. Zanudzam co? Pewnie do tej pory tak, ale...

Oczywiście wiem, że wszyscy wiedzą, iż Ziemia wykonuje ruch obrotowy wokół Słońca, które nie stoi w miejscu, lecz wraz z Układem Słonecznym krąży wokół centrum Galaktyki. Orbita Słońca wokół Galaktyki przypuszczalnie jest eliptyczna, z dodatkiem perturbacji pochodzących od ramion spiralnych Galaktyki. To bardzo ważne, gdyż istnieje hipoteza, że przejścia Słońca przez ramiona spiralne o wyższej gęstości zbiegają się z masowymi wymieraniami na Ziemi, być może ze względu na wzrost liczby upadków ciał niebieskich wskutek bliskich przejść gwiazd. Tego już pamiętać nie możemy, ale doświadczyć tego mogły dinozaury. Pełne okrążenie centrum Galaktyki (rok galaktyczny) trwa około 225–250 mln lat i szacuje się, że dotychczas Słońce okrążyło je 20–25 razy. Jak wiemy, w co wkraczamy, krążąc wraz z Ziemią wokół Słońca, tak wiedzieć nie możemy, w co wkraczamy, krążąc wraz ze Słońcem wokół centrum Galaktyki.

Czy mamy czego się obawiać? Poniższa symulacja zaprezentowana przez NASA Jet Propulsion Laboratory mówi sama za siebie, a trzeba zwrócić uwagę, że video nie obejmuje roku 2019.


Pomińmy wszystkie wykryte obiekty i ustalmy zagrożenie na podstawie liczby bliskich przelotów obok Ziemi. Bliski przelot to dość duże zagrożenie, gdyż nigdy do końca nie można być pewnym, iż obiekt ominie Ziemię. Dla przykładu warto tu przytoczyć asteroidę 2019 SP3, która kilka dni temu niemal otarła się o Ziemię. W roku 2014 odnotowano 31 bliskich przelotów planetoid. W roku 2015 – tylko(?) 24. Rok 2016 to już przynajmniej 45 bliskich przelotów. W 2017 roku było już ich minimum 53. W roku 2018 Ziemię o włos minęły 73 potencjalnie niebezpieczne obiekty. Pamiętajmy, że planetoida 2018 AH została wykryta dopiero... kiedy już minęła Ziemię. A w tym roku? O tym głośno się nie mówi, a NASA uspokaja. Oceńmy więc sami, czy najsłynniejsza medialnie asteroida Apophis faktycznie minie Ziemię w bezpiecznej odległości w kwietniu 2029 roku.