Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty

30.01.2024

Nowy Porządek Świata - Manipulacja umysłów




„Niektórzy twierdzą, że świat jest ofiarą okultystycznego planu, w którym nic nie dzieje się przypadkowo i w którym niewidzialne Moce pracują nad przejęciem kontroli – i być może zniszczeniem – świata. Niektórzy patrzą na apokalipsy na tle religijnym, inni myślą o inwazji obcych. Istnieją trzy modele współczesnych teorii spiskowych: apokalipsa religijna, inwazja kosmitów i Iluminaci.Wszystkie te łączy, jako wspólny mianownik, przekonanie, że koniec świata jest już blisko… ”  - Romolo Capuano, Il Segnalibro.


Aby zrozumieć powody, dla których powstały teorie spiskowe, musimy wrócić do początków. Posiadanie wiedzy jest kluczem do wszystkiego, więc jakie są źródła takiej wiedzy (duchowej, mistycznej, technologicznej, naukowej)? Wydaje się, że korzenie tego, co można wiedzieć o świecie i wszechświecie, są zasadniczo dwa: jeden, źródło ziemskie, pochodzące z zaginionego kontynentu Atlantydy; drugie, źródło pozaziemskie, pochodzące z niezliczonych „wizyt” różnych ras o wyższym stopniu cywilizacji. Atlantydzi, gdy ich kontynent stał się pustkowiem, masowo migrowali na Wschód i Zachód, przynosząc ze sobą kulturę, tradycje, naukę i moralność. Wydaje się, że jest to kluczowy punkt wyjaśniający podobieństwa kulturowe i mitologiczne pomiędzy tak odległymi od siebie krainami (Afryką i Ameryką Południową, Bliskim Wschodem i Ameryką Środkową, Europą i Azją).

Ci, którzy sprawowali władzę, mogli kształtować wiedzę zgodnie ze swoimi własnymi celami, a wiedza stała się aktywem utrzymywanym przez elitę ludzi. Najczęściej stosowanym sposobem kontroli mas było rozrzedzenie sedna wiedzy na różne części i skierowanie każdej z nich w innym kierunku, pod różnymi nazwami i pozornie przeciwstawnymi sobie. Narodziły się religie takie jak hebraizm, chrześcijaństwo, islamizm, które podobnie jak religie starożytne (hinduizm, szamanizm) zachowały fragmenty pierwotnej, powszechnej wiedzy. Koncepcją, która bardziej niż cokolwiek innego ilustruje ten proces podziału, jest legenda o Wieży Babel, opisana w Księdze Rodzaju (11, 1-9):


„ ...A cała ziemia była jednym językiem i jedną mową.”

2 I stało się, gdy podróżowali ze wschodu słońca, że ??znaleźli równinę w ziemi Szinear; i tam zamieszkali.

3 I mówili jeden do drugiego: Idźcie, wyrobimy cegły i spalimy je dokładnie. I mieli cegłę zamiast kamienia i muł za zaprawę.

4 I rzekli: Idźcie, zbudujmy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek sięgałby aż do nieba; i uczyńmy sobie imię, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi.

5 I zstąpił Pan, aby zobaczyć miasto i wieżę, które zbudowali synowie człowieczy.

6 I rzekł Pan: Oto lud jest jeden i wszyscy mówią jednym językiem; i to zaczynają czynić; i teraz nic nie będzie od nich powstrzymane, co sobie wyobrażali.

7 Idźcie, zejdźmy i tam pomieszajmy ich język, aby jeden drugiego nie rozumiał.

8 I rozproszył ich Pan stamtąd po całej ziemi, i zaprzestali budowy miasta.

9 Dlatego nazwano go Babel; gdyż tam Pan pomieszał język całej ziemi i stamtąd Pan rozproszył ich po całej ziemi… ”


Po Atlantydzie z popiołów świadomości tego kontynentu powstały inne cywilizacje i wraz z interwencją pozaziemską niektóre były pozytywne, inne negatywne.

Około 6000 roku p.n.e. cywilizacja sumeryjska pojawiła się w regionie Mezopotamii, pomiędzy dwiema dużymi rzekami, Tygrysem i Eufratem, który dziś należy do Iraku. Sumerowie zostali później wchłonięci przez imperium babilońskie. Babilonia wywarła ogromny wpływ na tradycję hebrajską, która wraz z Egipcjanami przyczyniła się do pojawienia się zasad chrześcijańskich.

W latach 60. rząd Stanów Zjednoczonych (a także inne rządy na całym świecie) przeprowadził zakrojone na szeroką skalę śledztwo w sprawie zjawiska „uprowadzeń”, czyli osób, które twierdziły, że zostały uprowadzone przez gości z kosmosu i poddały się fizycznym eksperymentom. Wszystkie raporty zostały zebrane i uporządkowane, aż w bazie danych znalazło się ponad 60 000 relacji świadków. Większość z tych osób twierdziła, że miała kontakt z kosmitami i powiedziała im, jak dawno temu w naszym Układzie Słonecznym istniała planeta zwana Melchedek. Planeta ta została zniszczona w wyniku wybuchu nuklearnego spowodowanego technologią jej mieszkańców... Inne wersje mówią o cywilizacji na dawnym Marsie, ale to inny temat.

Kolonia z tej planety zdołała uciec z planety przed zniszczeniem i wylądowała na Ziemi, szczególnie w regionie Mezopotamii, gdzie później powstała cywilizacja sumeryjska. Wygląd pierwszych gości był antropomorficzny, a ich cechy charakterystyczne dla rasy „aryjskiej”, czczonej przez nazistów w XX wieku.

Dla Sumerów ci goście byli „bogami”, którzy zeszli na Ziemię ze swojej „niebiańskiej siedziby”. Wykorzystując swoją zaawansowaną wiedzę genetyczną, goście zaczęli tworzyć nową rasę ludzi, na swój obraz i podobieństwo, których można było wykorzystać jako niewolników.

Przybyszów nazywano Anunnaki, Nefilim lub Elohim (w Biblii), co zostało błędnie przetłumaczone jako „Pan” (zamiast tego powinno być „panowie”, gdyż liczba pojedyncza Elohim to Eloha).

Obcy goście opowiadaliby, że pierwotnymi ludźmi znalezionymi na Ziemi były rasy czarne, rdzenni Amerykanie, Indianie z Ameryki Południowej i Aborygeni z Australii, ale nie ludzie biali.

Mity i legendy na całym świecie opowiadają nam mniej więcej tę historię, historię powstania świata i ludzi. Znajdujemy także ślady, owiane legendami, jak bogowie kojarzyli się z „córkami człowieka” zaraz po stworzeniu, choć starannie wybierali typ genetyczny, aby utrzymać swoją rasę tak czystą, jak to tylko możliwe. Inni goście zachowaliby swój czysty ród, łącząc się tylko między sobą, zapewniając nienaruszoną czystość swoich genów. Wydaje się, że ta ostatnia dynastia nadal żyje na Ziemi, pod ziemią. Ci pierwsi stworzyli rasę genetyczną, która później dała początek rodzinom „iluminatów”, czyli tych, którzy manipulowali i nadal manipulują biegiem historii ludzkości od czasów Sumerów. Jednak według źródeł na Ziemi istnieje pięć ras pozaziemskich, które działają, aby pomóc ludzkości uwolnić się od negatywnego wpływu wywieranego przez manipulacyjną elitę Melchedeka.

Podstawą losów świata zawsze była kontrola wiedzy. Religie wykorzystują strach i poczucie winy do ograniczania wizji życia i wolności; w ten sam sposób na przestrzeni wieków rozwinęła się tajna organizacja, której zadaniem było przekazywanie dawno zapomnianej (i wysoce zaawansowanej) oryginalnej wiedzy nielicznej elicie. To ezoteryczne społeczeństwo zbudowane jest w strukturze przypominającej piramidę, w której tylko ci, którzy siedzą na samym szczycie, mają pełną wizję zakresu i celów, czyli ogólnego planu. Inni, w dalszej kolejności, lepiej rozumieją prawdziwą wiedzę w porównaniu z nieświadomą masą ludzi, ale ich zrozumienie jest również fragmentaryczne i niekompletne. Takiej wiedzy odmówiono masom ze względu na manipulację i kontrolę. Dlatego właśnie mówimy o wiedzy „tajnej” i „okultystycznej”, ponieważ dostęp do niej jest dozwolony jedynie poprzez staranną selekcję lub inicjację przeprowadzaną przez tajne stowarzyszenia na całym świecie.

Taka „wiedza”, tak ściśle ukryta, odnosiłaby się do zrozumienia Praw Kreacji, głębokiego zrozumienia ludzkiej psychiki oraz tego, jak można ją programować i kontrolować. Dziś wiedza ta jest przechowywana i wykorzystywana wyłącznie w sposób negatywny. Siecią tajnych stowarzyszeń na całym świecie, na samym szczycie, dowodzi jeszcze potężniejsza elita, zdolna do manipulowania i kontrolowania umysłów z Czwartego Wymiaru. 

10.06.2021

Wojna bogów opisana w Mahabharacie

Wydaje nam się, że stworzyliśmy cywilizację, której nigdy wcześniej świat nie widział. Wiemy, że na Ziemi istniały cywilizacje, które zaginęły, ale ogólnie uznajemy je za prymitywne. Nic bardziej mylnego. Okazuje się bowiem, że to nasza cywilizacja jest prymitywna w porównaniu z zaawansowanym rozwojem cywilizacji minionych.


Bitwa pod Kurkushetrą
Bitwa pod Kurkuszetra Foto: Wikimedia

Wedy to święte księgi hinduizmu – najstarsza grupa religijnych tekstów sanskryckich, które stanowiły całość ówczesnej wiedzy człowieka o świecie ludzi i bogów. Objętością Wedy przewyższają Biblię kilkakrotnie, ale nie sama objętość jest najważniejsza. Jak wiemy z notki Kłamstwa Kościoła, Biblia na potrzeby imperializmu Kościoła modyfikowana była niezliczoną ilość razy do tego stopnia, że dziś zwykłemu śmiertelnikowi trudno dotrzeć do oryginalnego źródła. Wedy pod tym względem są wyjątkowe – na początku przekazywano informacje ustnie z pokolenia na pokolenie, a od czasu, kiedy Wedy zapisano w archaicznej formie sanskrytu, istnieje kategoryczny wręcz zakaz modyfikowania tekstów wedyjskich. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, dlaczego to takie istotne. Wszystkie starożytne pisma z każdego zakątka świata należy traktować nie jako świętość religijną, ale jako zapis wydarzeń rozgrywających się na danym etapie dziejów. Co nam przedstawiają Wedy pod tym względem, wiedząc, że opisywane w nich wydarzenia sięgają tysięcy lat wstecz? Koncentrując się na wydarzeniach opisanych tylko w kilku częściach, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu...

Nuklearna wojna bogów

Przesada? W rzeczy samej, ale w innym kierunku. Znamy efekty użycia broni jądrowej. Broni używanych przez zwaśnione strony tysiące lat temu są dla nas jeszcze nieosiągalne, gdyż w pismach wedyjskich znajdujemy wzmianki nie tylko o samej broni, lecz także technologii, która pozwalała prowadzić gwiezdne wojny, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

"Drona przywołał Arjunę i rzekł: Przyjmij ode mnie tę niezwyciężoną broń zwaną Brahmasira. Ale musisz przyrzec, że nigdy nie użyjesz jej przeciw człowiekowi, gdyż jeślibyś tak uczynił, mógłbyś zniszczyć świat. Jeśli jakikolwiek wróg, który nie jest człowiekiem zaatakuje cię, możesz użyć tej broni do walki z nim".

Zastanawiający tu jest fakt, kim był wróg, który nie był człowiekiem? Czyżby człowiek był tylko naocznym świadkiem wydarzeń bliżej nieokreślonej wojny międzyplanetarnej? Ogólnie wszystkie religie nadużywają słowa Bóg lub bogowie, ale trzeba tu zaznaczyć wyraźnie, iż każda religia i każdy człowiek tak naprawdę inaczej interpretuje owe słowa. Dla jednych Bóg jest stworzycielem świata, dla innych stworzycielem człowieka. Według eposu o Atra-hasisie rasa ludzka została stworzona po to, aby służyć bogom i uwolnić ich od pracy. Może więc bogowie byli istotami z krwi i kości jak dzieło ich stworzenia – człowiek? Temat równie ciekawy, ale i wymagający oddzielnej notki. 

W Mahabharacie czytamy dalej:

Adwattan dokładnie wycelował, po czym wypuścił lśniący pocisk, buchający ogniem. Grad ognistych strzał spadł na wrogich Pandawów. Zapadł zmrok, a z nieba posypał się deszcz meteorów. Zerwały się ryczące wichry. Chmury spiętrzyły się aż do nieba i zesłały deszcz pyłu i kamieni. Słońce zawirowało na firmamencie, a ziemia zadrżała pod żarem boskiej broni.  Słonie stanęły w płomieniach, woda w rzece zawrzała, zabijając wszelkie żywe istoty. Wiele z nich zamieniało się w popiół. Zwierzęta padały na ziemię w agonii. Niebo miotało ogniste błyskawice. Żołnierzy wroga ogarnęły płomienie. Po obu stronach spadały na ziemię tysiące latających maszyn wojennych. Gurkha wystrzelił ze swojej latającej vimana jeden pocisk o sile wszechświata, niszcząc trzy miasta Wrisznich i Andaków. Wtedy wzbił się ogromny słup dymu i ognia, promieniejąc jak tysiące słońc. Ten jeden posłaniec śmierci spopielił całą rasę Wrisznich i Andaków. Spalone ciała ludzi były nie do poznania. Wypadały im włosy i paznokcie. Zbielałe ptaki spadały z nieba. Wojownicy, którzy zdołali przeżyć, wskakiwali do rzek, aby się obmyć z niewidzialnej trucizny niosącej śmierć.

Czy powyższy opis możemy uznać za fantazję starożytnych mieszkańców Ziemi? Zapewne tak, gdybyśmy treść Mahabharaty rozważali przed rokiem 1945. Wówczas nie znaliśmy skutków użycia broni jądrowej, skażenia radioaktywnego, bólu i cierpienia po użyciu takiej broni, co nas mogło wtedy usprawiedliwiać. Ludzie, którzy przeżyli zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki opisywali tamtejszą scenerię identycznie znaczeniowo, lecz z użyciem innego słownictwa. Starożytni nazywali rzeczy po imieniu, ale tak, jak to rozumieli. Wzorem Boga nie gram w kości i nie wierzę w przypadki. Podobieństwa widzi każdy, ale za wszelką cenę bronimy się uznać, że tysiące lat przed nami istniała cywilizacja, która sięgnęła szczytu cywilizacji do tego stopnia, że zgromadzony arsenał wojenny posłużył do samozagłady.

W Indiach, gdzie miała odbywać się opisana w Mahabharacie nuklearna wojna bogów, można znaleźć zgliszcza budowli, które dosłownie uległy stopieniu. Znane jest dziś starożytne miasto Mohendżo Daro (Wzgórze Umarłych), które również w dużej części uległo nie tyle spaleniu, ile stopnieniu. Liczniki Geigera wskazały, że teren wokół Mohendżo Daro jest bardziej napromieniowany, niż Hiroszima. Znajdowane szczątki ludzkie świadczą o tym, że zwłoki nie zostały pochowane w tradycyjny sposób, ale śmierć dosięgła ich nagle. David W. Davenport, współautor książki "Atomowa zagłada 2000 lat p.n.e.", na podstawie stopionej na szkło gliny stwierdził, że większość budynków została spalona w temperaturze powyżej 5 tys. stopni Celsjusza. Czy potrzeba nam więcej dowodów? Być może...

"Indie oczywiście od dawna mają bombę atomową oraz różne środki do jej przenoszenia. Indyjski projekt jest bardziej zaawansowany, niż była swego czasu amerykańska budowy broni nuklearnej, gdyż obejmuje antygrawitację, techniki niewidzialności i inne technologie, przy czym najbardziej zdumiewające jest źródło tej wiedzy. Są nimi bowiem hinduskie poematy religijne i opowieści, takie jak Mahabharata, Ramajana i ogólnie Wedy. Dane zaś są pozyskiwane przez uczonych biegłych w sanskrycie i duchownych hinduistycznych, którzy wspomagają zespół ekspertów wojskowo-technicznych". Dr John Kettler

Może jednak Sodoma również została zniszczona bronią nuklearną? Ślady są, ale udajemy, że ich nie widzimy. J. Robert Oppenheimerojciec bomby atomowej nigdy nie udawał, że inspiracje czerpał z pism wedyjskich. A czego dokonał? Po przeprowadzeniu udanego testu jądrowego Oppenheimer wypowiedział zdanie, zaczerpnięte ze świętej księgi hinduskiej Bhagawadgita:

Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.


4.05.2021

Życie poza ciałem

Czym jest Życie? Z pozoru bardzo proste pytanie, ale czy to nie pozory najczęściej mylą!? Wiemy, czym jest ciało, czym świadomość i wydaje się, że wiemy, czym jest dusza. Z pozoru połączenie tych elementów wskazuje nam, czym jest życie, a rozłączenie ich śmierć. Ciało ulega rozkładowi, a co się dzieje ze świadomością?

Podróż ciała astralnego
Eksterioryzacja Fot. YouTube

Viktor Farkas w swej książce pt. „Ukryte rzeczywistości” przytoczył pewną krótką historię, która więcej obrazuje, niż setki tomów podręczników naukowych. John Quincy Adams, osiemdziesięcioletni były prezydent Stanów Zjednoczonych w 1848 r. spotkał na ulicy w Bostonie przyjaciela.

Dzień dobry — powiedział przyjaciel — jak dziś się miewa szanowny Quincy Adams?
Dzień dobry — odrzekł były prezydent — Quincy Adams ma się doskonale. Ale dom, który obecnie zamieszkuje, chyli się ku upadkowi. Fundamenty się kruszą, a ząb czasu zdołał go już niemal całkiem zniszczyć. Dach przecieka, ściany się walą i lada podmuch wiatru może go przewrócić. Stare domostwo już niemal nie nadaje się do zamieszkania i obawiam się, że John Adams będzie musiał wkrótce się z niego wyprowadzić. Ale sam John Quincy Adams ma się świetnie.

John Quincy Adams zmarł 23 lutego 1848 r. Szósty prezydent USA wyprowadził się tego dnia ze swojego, zniszczonego przez czas domu. Czy Adams wierzył, że ciało jest tylko tymczasowym miejscem zamieszkania świadomości lub duszy, jak kto woli? Oficjalnie nic nam nie wiadomo, czy Adams wierzył w wędrówkę dusz, ale czytając między wierszami mamy prawo tak sądzić.

Żyjemy w fantastycznym świecie, gdzie to, co niesłychane wydaje się na porządku dziennym, a to, co nie do wiary wydaje się możliwe. Czy się mylę? Cofnijmy się w czasie do początku grudnia zeszłego roku. Gdyby wówczas ktoś stwierdził, że nie dalej jak za kwartał świat się zmieni nie do poznania, to ktoś uwierzyłby wówczas autorowi tych słów? Pytanie retoryczne, ale teorie spiskowe, które okazują się być faktami, nie jest tematem tej notki.

W 1954 r. Jasbir Lal Jat trzyletni hinduski chłopiec pochodzący z biednej rodziny umiera na ospę. Jak wiemy, ospa prawdziwa była prawdziwą pandemią w przeciwieństwie do niektórych i które pominę tu milczeniem, mających znamiona mistyfikacji. Po kilkudniowej chorobie ciało chłopca zastygło, przestało oddychać, a miejscowy lekarz orzekł zgon. Jednakże następnego ranka, w dniu wyznaczonym na pogrzeb ciało Jasbira się poruszyło. Cud, zmartwychwstanie, czy błąd lekarza, który stwierdził zgon? Odpowiedzi na te pytania nikt nie szukał, bowiem zostały daleko we mgle wobec zagadki, która dopiero się pojawiła.

Chłopiec szybko odzyskiwał zdrowie i szybko też zaczął rozmawiać z najbliższymi. Jednak jego akcent i słownictwo absolutnie nie odpowiadało temu, do jakiego przywykli jego rodzice. Jasbir odzyskał życie, ale twierdził, że Jasbirem nie jest. Język, którym zaczął mówić, niczym nie przypominał języka dziecka z biednej rodziny, ale kogoś starszego i bardziej doświadczonego życiem nie w biedzie, lecz kogoś, kto żył w bardziej komfortowych warunkach. Chłopiec twierdził, że nazywa się Sobha Ram Tyagi i pochodzi z bramińskiej rodziny, która, jak sam twierdził, pogrążyła się w żałobie w tym samym momencie, kiedy umarł Jasbir. Oficjalnie uznano, że chłopiec po przebytej chorobie i cudownym ozdrowieniu doświadcza skutków ubocznych natury umysłowej. Mówiąc bardziej zrozumiale uznano go za wariata. Jednakże pewnego dnia chłopiec przypadkowo trafił na ulicy na kobietę, którą rozpoznał jako ciotkę Sobha Rama Tyagiego. Kobieta pomimo różnicy kast wysłuchała chłopca i potwierdziła każde jego słowo. Przyznała, że faktem jest, iż jej siostrzeniec umarł tego dnia z powodu urazu głowy oraz potwierdziła wszystkie szczegóły z opowieści chłopca, których znać nie miał prawa. Poza tym kobieta zgodziła się zabrać chłopca ze sobą w otoczenie, gdzie miał mieszkać Sobha. Ku zdumieniu wszystkich rozpoznał z imienia każdego spotkanego człowieka.

Powyższa historia może brzmi fantastycznie, ale niczego nie ma bardziej fantastycznego od prawdy. Hindusi od wieków wierzą w reinkarnację, wieczną (choć nie wszyscy to potwierdzają) wędrówkę dusz. Ciało jest jedynie tymczasowym schronieniem, domem według Adamsa dla czegoś, co nazywamy duszą, świadomością, wyższą jaźnią, nadświadomością czy jakkolwiek inaczej to nazwiemy, nazewnictwo jest tu najmniej istotne. Najważniejsze jest, że życie poza ciałem jest faktem, którego jeszcze nie potwierdzono naukowo. Ale to, że czegoś nie udowodniono, wcale nie oznacza, że to nie istnieje. Po prostu nie jesteśmy w stanie czegoś zobaczyć, choć wiemy, że to istnieje. Nawet nauka napotyka wiele takich przypadków dziś. Czyż nie wiemy, że istnieje masywna planeta za Neptunem? Każdy astronom to potwierdzi, ale nikt jej nigdy nie widział. O istnieniu fal grawitacyjnych wiedzieliśmy od dawna, ale zaobserwowano je dopiero w 2015 r. Nie istnieje żadne prawo fizyczne, z którego wynikałoby, iż wykrycie grawitonu jest niemożliwe, jednak jest to niemożliwe w praktyce. Być może podobnie jest z duszą!?

Eksterioryzacja (OBE lub OOBE, doświadczenie poza ciałem), to postrzeganie świata spoza własnego ciała fizycznego. Według współczesnej nauki OBE jest niemożliwe, a doświadczenia tego typu odbywają się tylko w obrębie ludzkiego mózgu. Ale czy współczesna nauka zajmuje się na poważnie takimi zjawiskami? Jak wcześniej wspomniałem na przykładzie grawitonu, tak też może być z ciałem zamieszkującym ciało fizyczne. Relacje ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, równie dobrze można uznać za niemożliwe w praktyce, ale tylko istniejące w obrębie ludzkiego mózgu.  Robert A. Monroe, założyciel Instytutu Monroe, opisał własne przeżycia poza ciałem i nigdy nie twierdził, że odbywały się one tylko w obrębie jego mózgu. Widział rzeczy, o których wiedzieć nie mógł, a jednak okazywało się, że widział fakty, które skrupulatnie sprawdzał. Wielu ludzi dziś doznaje podróży poza własne ciała świadomie lub spontanicznie nieświadomie. Ci, którzy tego doznali, mają całkiem inne wyobrażenie otaczającego nas wszechświata. I nie jest sprawą najważniejszą, aby udowodnić coś, czego być może udowodnić się nie da, ale istotne, aby poznać prawdę. Wtedy bowiem nie musimy wierzyć w życie po śmierci, ale wiemy, że ono istnieje.

20.09.2020

Przerwany postęp nauki

Wydawałoby się, że jak na współczesnego człowieka osiągnęliśmy szczyt możliwości rozwoju w każdej dziedzinie. Oczywiście wiele jest przed nami do odkrycia i wynalezienia, a do zdobycia szczytu daleka droga. Ale czy aby na pewno wspinamy się tym samym tempem bez zbłądzenia gdzieś po drodze? Wszystko wskazuje, że jednak musimy odrabiać utracone co najmniej 2 tys. lat nauki, które zabrał nam Kościół katolicki i ogólnie pojmowana religia.

Proces Giordano Bruno – tablica na pomniku filozofa na Campo de' Fiori w Rzymie
Proces Giordano Bruno

Osiągnięcia współczesnej nauki są zdumiewające. Cyfryzacja, medycyna, astronomia, podbój kosmosu... można wymieniać bez końca i zawsze będzie coś przeoczone, bo nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich dziedzin i wszystkich sukcesów współczesnej nauki. To, co kiedyś wydawało się magią, dziś jest wyjaśnione naukowo. Kurczą się dawniejsze cuda natury, bowiem coraz bardziej rozumiemy same prawa natury. Do doskonałości nam jednak daleko i błędem byłoby czuć dumę z obecnego stanu naszej wiedzy. Narcyzm odrzućmy precz, gdyż sięgając pamięcią w bardzo odległe czasy, możemy szybko zostać zawstydzeni, kiedy się dowiemy, że tak naprawdę wszystko to, co osiągnęliśmy w strefie nauki, jest tylko zwykłym plagiatem ściągniętym z wielkich umysłów starożytności. Aby nie być gołosłownym, powinienem w tym miejscu podeprzeć się faktami z czasów pradawnych, co poniżej czynię.

O rozmiarach i odległościach Słońca i Księżyca

Arystarch z Samos (ok. 310–230 p.n.e.) – grecki astronom pochodzący z wyspy Samos, jako pierwszy zaproponował heliocentryczny model Układu Słonecznego. W traktacie O rozmiarach i odległościach Słońca i Księżyca, posługując się metodą geometryczną, wylicza względne rozmiary i wzajemne odległości Słońca, Ziemi i Księżyca. Podawane przez niego wielkości są niedokładne z powodu błędnych obserwacji, ale model, na którym oparł wyliczenia, jest prawidłowy. Archimedes podał do wiadomości także, iż Arystarch twierdził, że Ziemia krąży wokół Słońca po obwodzie koła oraz wokół własnej osi. Wokół Słońca krążą także wszystkie planety, a ruch gwiazd stałych jest tylko ruchem pozornym. Źródło pisane, z którego czerpał tę wiedzę Archimedes, nie zachowało się do dziś. Stoik Kleantes, następca Zenona z Kition, za powyższe twierdzenia oskarżył Arystarcha o bezbożność. Może w tym przypadku nie Kościół katolicki, ale ogólnie pojmowana religia miała destrukcyjny wpływ na rozwój nauki.

Seleukos z Seleucji, żyjący i działający w II w. p.n.e. był zwolennikiem Arystarcha z Samos i jego teorii o obrocie Ziemi wokół Słońca. Uważał także, że nie istnieje sfera gwiazd stałych, a wszechświat jest nieskończony. Wypada tu wtrącić, iż Albert Einstein bardziej brał pod uwagę nieskończoność ludzkiej głupoty, a co do nieskończoności wszechświata miał wątpliwości. Kwestia ta jednak nie jest zbadana do dziś i nie miejmy złudzeń, że szybko otrzymamy odpowiedź na temat rozmiaru wszechświata. Według Plutarcha Seleukos wykazał prawdziwość teorii heliocentrycznej, jednak obecnie nie są znane źródła opisujące, na czym opierał się jego dowód. Niemniej jednak trzeba przyznać, że pradawni mędrcy wiedzieli jaki kierunek obrać wędrując po ścieżkach do poznania prawdy. O Seleukosie i jego badaniach wiemy dziś z pism Plutarcha, Strabona i Aetiosa.

Filolaos z Krotony w 450 r. p.n.e. twierdził, że Ziemia porusza się wokół Słońca. Kościół jak wiemy, za takie twierdzenia palił ludzi na stosach, bo miał inne zdanie. Oczywiście wiele lat po Filolaosie, który był twórcą nowej koncepcji Wszechświata, ale jednak takie są fakty. Filolaos centrum umieścił ogień, najczystszą substancję (układ pirocentryczny). Dokoła niego najbliżej krążyła Ziemia z hipotetyczną Przeciwziemią, dalej zaś rozmieszczone w harmonicznych odległościach sfery Księżyca, Słońca, planet i gwiazd stałych.

"Lubo powszechnie uczeni (filozofowie) utrzymują że ziemia stoi i nie rusza się, Filolaus jednak Pitagorejczyk przeciwnie twierdził, że ziemia bieg odbywa około ognia środkowego (t. j. słońca jako ogniska świata) po kole pochyłém jakie w biegu rocznym słońce, a miesięcznym księżyc opisują. Heraklides zaś pontycki i Ekfantus Pitagorejczyk wprawdzie pewny ruch ziemi przyznawali, lecz tylko taki, że się ona w przestrzeni przenosić i miejsca swego odmieniać nie może, ale że obwiedziona pasem nakształt koła obraca się od zachodu na wschód około własnego środka". Mikołaj Kopernik O obrotach ciał niebieskich

Heraklides z Pontu (IV w. p.n.e.), grecki filozof akademicki i astronom, pochodzący z Heraklei Pontyjskiej, uważany jest za poprzednika teorii heliocentrycznej. Uważał, że Ziemia obraca się wokół własnej osi (z zachodu na wschód), lecz pogląd ten nie był podbudowany teoretycznie i miał wyłącznie oparcie intuicyjne. Miejmy na uwadze jednak, że żył w IV w. p.n.e.

Eratostenes (ur. 276 p.n.e. w Cyrenie, zm. 194 p.n.e.) – grecki matematyk, astronom, filozof, geograf i poeta. Wyznaczył obwód Ziemi oraz oszacował odległość od Słońca i Księżyca do Ziemi. Twierdził, że, płynąc na zachód od Gibraltaru, można dotrzeć do Indii. Jako pierwszy zaproponował wprowadzenie roku przestępnego, czyli wydłużonego o jeden dodatkowy dzień w kalendarzu. Opracował katalog 675 gwiazd. Zdumiewające jak na swoje czasy, nieprawdaż? Eratostenes badał także dzieła Homera, wiedząc, że ten opisuje prawdziwe wydarzenia, ustalając datę zdobycia Troi na rok 1184 p.n.e., czyli nieodbiegającą od współczesnych szacunków oraz podał sposób znajdowania liczb pierwszych – sito Eratostenesa.

Hipparch z Nikei (ok. 190 p.n.e. - 120 p.n.e.) – grecki matematyk, geograf i astronom. Zmierzył odległość Ziemi od Księżyca, czas obiegu Ziemi wokół Słońca, kąt nachylenia ekliptyki do równika niebieskiego, mimośród orbity ziemskiej, odkrył zjawisko precesji, zmierzył szybkość przesuwania się punktu Barana, wprowadził południki i równoleżniki, wykonał atlas 1080 gwiazd, wprowadził wielkości gwiazdowe, stosowany do dziś sposób oceny jasności gwiazd.

Zdumiewające? A jakże, ale prawidłowe pytanie powinno brzmieć – co robił świat nauki przez ostatnie 2 tys. lat? Odpowiedzią jest wprowadzanie ciemnoty przez religie, a przede wszystkim krwawa działalność Kościoła katolickiego, który całe wieki palił na stosach ludzi nauki tylko dlatego, że Kościół miał władzę bezwzględną i z niej korzystał. Więcej na ten temat nadmieniłem w notce Piąte – Nie Zabijaj. Świat nauki nie był bezczynny przez ostatnie wieki. Nie należy mylić ciszy ze strachu przez katolickim ogniem z bezczynnością. Giordano Bruno został skazany przez Kościół katolicki pod zarzutem herezji i spalony żywcem na stosie w 1600 r. na Campo de' Fiori. Jego herezja polegała na twierdzeniu, że Wszechświat jest nieskończony oraz za twierdzenie, iż gwiazdy na niebie tak naprawdę są odległymi ciałami niebieskimi, takimi jak Słońce, otoczonymi przez swoje własne planety. To nie herezja, lecz czysta nauka! Galileusz, wł. Galileo Galilei (ur. 15 lutego 1564 w Pizie, zm. 8 stycznia 1642 w Arcetri) – włoski astronom, astrolog, matematyk, fizyk i filozof, prekursor nowożytnej fizyki, ledwo uniknął spalenia na stosie tylko dlatego, iż dowiedział się o potwornej śmierci Giordano Bruno. Galileusz, na podstawie swoich obserwacji, przekonał się o słuszności teorii heliocentrycznej Kopernika w czasie, gdy Kościół bronił fałszywej teorii geocentrycznej. Nie spodziewał się jednak, że każdy, kto ma inne zdanie, niż Kościół katolicki spłonie na stosie.

Dziś śmiało można stwierdzić, że tylko i wyłącznie dzięki Kościołowi katolickiemu mamy co najmniej aż 2 tysiące lat zaległości z nauką. Kto wie, co by dziś było, gdyby nie wprowadzana celowo przez Kościół ciemnota? Zdobyliśmy Księżyc. Wysyłamy sondy, które badają przestrzeń Układu Słonecznego. Ale mając 2 tys. lat zaległości, czy nie mamy prawa twierdzić, że do tej pory już dawno powinniśmy zdobyć Marsa w misjach załogowych? Dziura, którą wydrążył strach przed katolickim stosem, jest nie do załatania.

28.08.2020

Nuklearna zagłada Sodomy i Gomory

Wszystkim jest nam znana biblijna historia o zagładzie Sodomy i Gomory, która częściej interpretowana jest symbolicznie niż dosłownie. Stary Testament jednakże traktowany powinien być jako ważne źródło historyczne, skoro jest fundamentem poważnych religii. Uznać zatem powinniśmy, że jakiś kataklizm w tych miastach miał miejsce, ale czy bogowie użyli ognia i siarki dosłownie, czy może... broni nuklearnej?


Artystyczne dzieło "Zniszczenie Sodomy i Gomory", John Martin, 1832
Zniszczenie Sodomy i Gomory, John Martin, 1832
Biblijna opowieść o zagładzie Sodomy i Gomory znana jest nawet tym wiernym, którzy Starego Testamentu nie czytali z tego powodu, iż przedstawiciele Kościoła katolickiego często odnoszą się do katastroficznej przypowieści, stosując swego rodzaju ostrzeżenie. I to nie byle jakie ostrzeżenie, bo tak żywe, jak niegdyś w pradziejach, tak i dziś coraz częściej nagłaśniane. Z kart Biblii nie trudno się domyślić czym zawinili i rozgniewali Boga mieszkańcy Sodomy i Gomory. Dawniej termin sodomia stosowano w znaczeniu zoofilia, homoseksualizm i wszelkie inne perwersyjne zachowania seksualne, i w zasadzie termin ten działa potocznie do dziś. Współcześnie jest on tak stosowany przez środowiska nieprzychylne koncepcji praw osób LGBT. Przyczynę zagłady Sodomy i Gomory zostawmy jednak w spokoju. W dzisiejszym świecie mamy aż nadto hałasu i emocji w związku z popularnym skrótem LGBT. Nas interesuje sama zagłada Sodomy i Gomory, która nadeszła z nieba, jak to opisuje Biblia. Uznajmy jedynie, że mieszkańcy Sodomy i Gomory byli niegodziwi, rozpustni oraz pogardzali prawem boskim i ludzkim, co było dla biblijnego Boga nie do przyjęcia, więc postanowić owe miasta zniszczyć. Za namową Abrahama jednak zgodził się, że daruje życie jego mieszkańcom, jeśli wśród nich znajdzie się przynajmniej dziesięciu sprawiedliwych. W tym celu wysłał do Sodomy dwóch swoich aniołów, którzy spędzili noc w domu Lota. Przed nocą mężczyźni z miasta otoczyli dom Lota, by współżyć z jego gośćmi. Lot zaoferował im w zamian swoje dwie córki-dziewice, jednak oni odmówili. Wtedy zaryglował drzwi domu. Mieszkańcy miasta chcieli je wyważyć, więc aniołowie porazili napastników ślepotą. Lotowi nakazali, by wyprowadził z Sodomy najbliższych, bo rankiem miasto zostanie zniszczone. Z nastaniem świtu aniołowie wyprowadzili Lota, jego żonę i dwie córki za miasto i nakazali uciekać w góry bez oglądania się za siebie. Ciekawość żony Lota była jednak silniejsza i jak wiemy, za złamanie zakazu została zamieniona w słup soli.

Całą biblijną historię można by umieścić na półce z bajecznie brzmiącymi legendami, jako zbyt naciągane. Jednak dowody archeologiczne nie tylko wykazały, że miasta opisane w Księdze Rodzaju istniały, ale także potwierdziły biblijny opis ich zniszczenia. I tu sprawa zaczyna być bardzo interesująca, bowiem według Biblii Bóg zniszczył Sodomę ogniem i siarką wprost z nieba:
"Słońce wzeszło już nad ziemią, gdy Lot przybył do Soaru. A wtedy Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia od Pana [z nieba]. I tak zniszczył te miasta oraz całą okolicę wraz ze wszystkimi mieszkańcami miast, a także roślinność. Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli. Abraham, wstawszy rano, udał się na to miejsce, na którym przedtem stał przed Panem. I gdy spojrzał w stronę Sodomy i Gomory i na cały obszar dokoła, zobaczył unoszący się nad ziemią gęsty dym, jak gdyby z pieca, w którym topią metal". - Księga Rodzaju 19, 23-28
Żydowski historyk Józef Flawiusz tak opisuje scenerię okolic Morza Martwego, które odwiedził w I wieku n.e.:
"[...] kraina sodomicka w dawnych czasach była ziemią błogosławioną dla obfitości plonów i bogactwa miast, a teraz jest cała spalona. Została zniszczona wskutek bezbożności mieszkańców ogniem piorunów. Jeszcze dziś można widzieć ślady bożego ognia i cienie pięciu miast".
Jakby zatem potwierdzał jako naoczny świadek, że region okolic Morza Martwego dosięgnął kataklizm, którego przyczyną na pewno musiała być bardzo wysoka temperatura. Biblijna historia zniszczenia Sodomy i Gomory z nieba historykowi była znana. Jakże inaczej można nazwać w I wieku n.e. coś, co przyczyniło się do spalenia okolic, jeśli nie piorun, ogień i piekielna siarka, biorąc pod uwagę cały czas, że zagłada musiała nadejść z nieba. Tym bardziej naoczni świadkowie kataklizmu, żyjący około 2000 lat przed Flawiuszem (przyjmuje się, że zagłada Sodomy i Gomory miała miejsce w roku 1898 p.n.e.)? Rzeczy, których nie znali, określali nazwami rzeczy, które były im znane. To całkiem oczywiste, jak oczywiste jest, że obiekty latające widziane w tamtych czasach nazywano rydwanami bogów, w których bogowie zstępowali na ziemię w wielkim huku i trzęsieniu ziemi. Ale to już inny temat.

Ponadto Flawiusz na poparcie opowieści z Księgi Rodzaju twierdzi stanowczo, że widział na własne oczy słup soli, w który miała zamienić się żona Lota. W porządku dajmy mu wiarę, ale... cóż to za sól, której nie rozpuścił deszcz przez 2 tys. lat? Jak wiemy, woda w Morzu Martwym jest bardzo zasolona, która w 30% składa się z chlorku sodowego, czyli soli. Sól zawarta w wodzie oceanicznej nie przekracza 4%. Różnica ogromna.

Współcześni badacze biblijnej legendy próbowali znaleźć przyczynę zagłady w kataklizmie naturalnym, ale puzzle układanki wciąż do siebie nie pasowały. W rejonie Morza Martwego mógł nastąpić kataklizm stanowiący podstawę opowieści ze Starego Testamentu, jednak geolodzy, a w tym przypadku ich zdanie jest kluczowe, odrzucają tego typu kataklizm w czasie, kiedy żyli Abraham i Lot.

Kluczem do rozwiązania zagadki Sodomy okazała się... sól!
"Podczas odbudowy Hiroszimy okazało się, że całe połacie piaszczystej gleby samoczynnie przemieniły się w substancję przypominającą krzem z dużą zawartością krystaloidu. Z substancji tej wycinano niewielkie bloki, które sprzedawano turystom jako pamiątkę miasta – i atomowej katastrofy". I.M. Lewis "Footprints on the Sands of Time"
Autor powyższego cytatu stanowczo twierdzi, że gdyby słupy solne w rejonie Morza Martwego składały się tylko z soli, wówczas pierwsze opady deszczu zniszczyłyby nawet to, co widział Flawiusz, określając żoną Lota. Materia jednak którą określa się mianem soli w tym miejscu, jest solą szczególnego rodzaju. Jest to sól twarda, jaka powstaje jedynie na skutek reakcji nuklearnych, zachodzących przy wybuchu bomby atomowej! Opinię Lewisa potwierdza wielu naukowców. Wszystkie puzzle pasują do siebie tylko wtedy, kiedy oficjalnie uznamy, że bogowie nie zesłali na Sodomę i Gomorę z nieba ognia i siarki, ale byli na tyle zaawansowani, że użyli broni jądrowej!
"Zmiany atomowe gleby, na której prawdopodobnie stała żona Lota, oraz gleby w Hiroszimie są właściwie takie same! Obie gleby poddane zostały gwałtownej atomowej konwersji, która mogła być spowodowana tylko przez nagły proces rozszczepienia jądra atomowego. Jeśli dwa zdarzenia prowadzą do takich samych skutków, oba musiały zajść w takich samych warunkach. Trudno więc uniknąć przeświadczenia, że Sodoma uległa zniszczeniu takiemu jak Hiroszima [...]".
Dlaczego oficjalnie nie przyjmuje się wersji, która jest zgodna z wynikami badań? Prawdopodobnie nikomu na tym nie zależy, gdyż świat nauki, polityki i Kościoła w jakiś sposób jest ze sobą połączony. Najmniej na rozpowszechnianiu prawdy zależy Kościołowi, gdyż nadal może straszyć dzisiejszą sodomię w postaci LGBT bożą karą, a Tajemnicę Wiary skutecznie może tuszować przed owieczkami.

10.07.2020

Ukrywana historia człowieka

Historia człowieka i Ziemi została napisana i zapieczętowana, a dziś jest ściśle chroniona przed jakimikolwiek korektami przez zaporę ogniową akademickiej nauki. Jakiekolwiek odkrycia przeczące napisanej historii należy, według ortodoksyjnej nauki przynajmniej, ukryć w zatęchłych piwnicach muzeów lub zniszczyć. Co, jednak jeśli liczne dowody świadczą, że tak pilnie chroniona historia jest dziurawa niczym Titanic? Dalej brnąć w kłamstwie, by nie padły korony autorytetów? Czy przyznać wreszcie, że historia wymaga grubej korekty, a kilka rozdziałów nawet napisania od nowa?


Karykatura Darwina i małpy z XIX w.
Karykatura Darwina z XIX w.  Fot: public domain
W 1840 r. Charles Lyell ustalił geologiczną chronologię, która do dziś jest uznawana za świętość. Od tamtej pory minęło aż 180 lat, co dla błyskawicznie rozwijającej się nauki w każdej dziedzinie jest niemal epoką. A mimo to, nikt nie ośmielił się przy nowoczesnej technologi uznać, że stan wiedzy sprzed 180 lat o Ziemi jest kulawy i wymaga co najmniej zabiegu, który tę ułomność wyleczy. Znikoma ilość ludzi na świecie zastanawia się nad takimi paradoksami, bowiem w dzisiejszym świecie prawda znajduje się na niższej półce, niż paradygmaty akademickiej nauki. Podobnie się ma fantastyczna historia Charlesa Darwina pt. "Dawno, dawno temu...", żyła sobie małpa, której znudziło się bezpieczne życie na drzewach i postanowiła poeksperymentować na mniej bezpiecznej ziemi. A że ciągnęło ją do wyzwań i była z tego dumna, zdecydowała wyprostować się, rezygnując z używania czterech kończyn, dających jej gwarancję szybkiej ucieczki przed drapieżnikami, ale co tam – duma ważniejsza niż życie. Oczywiście ironia, ale nie bez powodu. Dziurawą jak ser szwajcarski teorię ewolucji pomińmy w tym momencie, gdyż opisanie jej wymaga obszernej notki. A na to miejsca tu nie ma. O Darwinie wspominam, gdyż tematyka jego fantazji ma wiele wspólnego ze świętą nauką o Ziemi Charlesa Lyella. Geologiczna chronologia bezpośrednio warunkuje biologiczną, gdyż datowanie szczątków istot żywych, uzależnione jest od datowania warstw, w których zostały odnalezione. Prawidłowe datowanie znalezisk nigdy nie było łatwe, ale zawsze łatwo było o pomyłkę, oceniając wiek znaleziska tylko jedną metodą. Prawidłowa ocena wieku warstwy, w którym znalazł się badany obiekt w połączeniu z innymi metodami datowania, minimalizuje ryzyko pomyłki. A zapewniam, że z datowaniem znalezisk, które wymienię tylko w nakreślającej temat ilości, nudy nie będzie.

Trudno jednoznacznie wskazać konkretny rok początku epoki żelaza. Upowszechnienie żelaza w Egipcie przypada na schyłek okresu Nowego Państwa (XX dynastia — ok. 1200-1085 p.n.e.). Warto tę datę zapamiętać, nawet jeśli przyjmiemy, że faraon Tutanchamon zmarł w roku 1337 p.n.e. Co ma jedno z drugim wspólnego? Otóż to, że w grobowcu Tutanchamona znaleziono lśniący sztylet ze stalową klingą. Podkreślam, że rok 1337 p.n.e. to rok śmierci faraona, a nie wykucia sztyletu, który musiał zostać wykonany dużo wcześniej. Ale jak to możliwe, że Tutanchamon używał broni świadczącej o zaawansowanej technice obróbki metalu na długo przed nastaniem epoki żelaza? No dobrze. Różnica to jedyne półtora wieku. Aczkolwiek powinna być skorygowana, to nie czepiajmy się takich "drobnostek".

Szczyt kolumny z Delhi
 Fot: Dennis Jarvis
Inaczej przedstawia się sprawa z żelazem, a inaczej też ze stalą nierdzewną, która została opatentowana w 1912 r. przez niemieckich inżynierów Kruppa. Jak na złość śmietance akademickich autorytetów w Delhi stoi żelazna kolumna, która za nic w świecie nie chce zardzewieć. Od ponad 1600 lat stoi sobie dumnie w kompleksie Kutb w Delhi, drwiąc ze współczesnych uczonych, łamiących sobie umysły teoriami, dlaczego kolumna jest odporna na korozję. Oficjalnie przyjmuje się, że kolumna powstała między 402 i 415 r. n. e., jednakże należy w tym miejscu zaznaczyć, iż nie wszyscy uczeni się tym zgadzają. Hinduscy archeolodzy bowiem przeciwni są ustalaniu twardej daty powstania kolumny, gdyż sugerują, że kolumna może liczyć sobie nawet 4000 lat. Nawet jeśli przyjąć, że kolumna o wadze 6 ton pochodzi z początku V wieku, to i tak jest twardym orzechem do zgryzienia przez ortodoksyjną naukę, gdyż filar został wykonany z kutego żelaza o 98-procentowej czystości. Technologia zastosowana do odlania zagadkowego słupa z niemal czystego żelaza nie jest znana i nawet dziś trudno byłoby powtórzyć wyczyn starożytnych Hindusów.

W latach 1786-1788 francuscy robotnicy drążyli otwory w litym wapieniu. Po wydrążeniu otworu o głębokości 15 metrów odkryli komorę, w której znajdowały się monety, młotki, kilofy i inne narzędzia. Znaleziono także częściowo obrobione bloki kamienia, o czym informował wówczas na swych łamach "American Journal Science" z wnioskiem następującym:
"Oznacza to, że człowiek istniał, zanim utworzyła się ta skała, i to istniał już wtedy od bardzo dawna, gdyż osiągnął do tego czasu taki poziom cywilizacji, iż znał sztukę oraz obrabiał kamień i budował kamienne kolumny".
Absolutnie niepasujące do napisanej historii znalezisko zostało odkryte w 1889 r. Nampa w stanie Idaho, podczas wiercenia studni. Była to figurka przedstawiająca kobietę, wykonana bardzo wyrafinowaną techniką artystyczną. Figurka ma 4 cm wysokości, ale nie to budzi zakłopotanie dla akademickiej nauki. Znalezisko pochodzi z warstwy z okresu plio-plejstocenu, co oznacza, że liczy około 2 000 000 lat.

W stanie Illinois pewna kobieta rozbijała większe bryły węgla i układała mniejsze kawałki w koszu. Ku jej zdumieniu z jednej bryłki nagle wypadł złoty łańcuszek. Węgiel, w którym tkwił, pochodzi z okresu 260 000 000- 320 000 000 lat.

Inne znalezisko w bryle węgla notowane jest w stanie Oklahoma. W rozbijanym węglu znaleziono żelazny garnek. Węgiel pochodził z warstwy sprzed 312 000 000 lat.

Moneta sprzed 200 000 lat, ze zbioru Smithsonian Institution
Moneta z Illinois Fot: YouTube
W Smithsonian Institution znajduje się moneta wykopana na głębokości 38 metrów przez człowieka, który drążył studnię. Moneta ma kształt wieloboku, a napisy na niej nie są w żadnym znanym nam języku. Jednakowa grubość w każdym miejscu świadczy o technicznej obróbce monety. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie mały fakt. Urząd Geologiczny w stanie Illinois szacuje, że osady na głębokości 35 metrów powstały w okresie międzylodowcowym, pomiędzy 200 000 a 400 000 lat temu. Według akademickiej nauki pierwsze metalowe monety weszły w użycie w VIII wieku p.n.e. w Azji Mniejszej, a Homo sapiens sapiens (człowiek rozumny właściwy) pojawił się około 40 tys. lat temu. Cóż... ironicznie rzecz ujmując oprócz historii, należałoby też zmienić pogląd o najstarszym zawodzie świata. Skoro przed pojawieniem się człowieka istniała już finansjera – bankowcy górą.

W 1860 r.  profesor Giuseppe Ragazzini odkrył w Castenedolo ludzkie szczątki. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że szczątki zostały odkryte w osadach z trzeciorzędu (65 do 1,8 mln lat temu). W 1883 roku profesor Giuseppe Sergi potwierdził, że szkielety mężczyzny, kobiety i dwójki dzieci, należą do przedstawicieli ludzi współczesnych, a niebieskozielony ił pokrywający szczątki pochodzi z warstwy sprzed 3-4 milionów lat. Siłą rzeczy ludzie ci musieli także pochodzić z tego okresu.

Anomalii tego typu jest dużo więcej i nie sposób wymienić je wszystkie w jednej blogowej notce. Kontrowersyjny obiekt z Aiud, starożytny mechanizm z Antikythery czy też skamieniały mikrochip z Labińska. Dość jest światła dla tych, którzy chcą widzieć, że coś tu się dzieje co najmniej paradoksalnie. Nauka, zamiast dążyć do poznania i rozpowszechniania prawdziwej historii człowieka, czyni całkowicie na odwrót, nieodparcie przyjmując rolę strażnika prawdy przed ludzkim poznaniem.

8.12.2019

Brat Jezusa, UFO i Madonna e San Giovanino

Istnieją dzieła sztuki, w których artysta najistotniejsze przedstawia na drugim planie. Z różnych powodów pragnie przekazać coś, co musi ukryć między wierszami. Pierwszoplanowy motyw często stanowi dymną zasłonę zakazanej informacji ukrytej w podtekście.


Dzieło Madonna e San Giovanino
Madonna e San Giovanino Foto: YouTube
Zdjęcie po lewej przedstawia dzieło nieznanego autora, zatytułowane Madonna e San Giovanino i jest wystawione w Palazzo Vecchio we Florencji. Obraz pochodzi z XV w. i wciąż jest tematem sporu o to, kto je namalował. Głównych podejrzanych jest kilku: Domenico Ghrirlandaio (1445-1494), Jacopo Sellaio (1441-1493), Sebastiano Mainardie (1466-1513) oraz Filippo di Tommaso Lippi (1406-1469).

Na pierwszym planie dzieła Maryja ma dłonie złożone do modlitwy i od strony bezwzględnej władzy kościelnej tamtych czasów jest wszystko w porządku. Ale, choć Kościół jeszcze nie ma się do czego doczepić, na tym porządek zostaje zachwiany, a w obraz zaczyna wkradać się ukryta tajemnica. Maryja z czułością spogląda na dwóch małych chłopców, z których jeden jakby próbował pomóc wstać drugiemu, a drugi patrząc na Maryję, wyciąga do niej lewą rączkę. Można śmiało przyjąć, że jednym z dzieci jest mały Jezus, ale kim jest drugie dziecko? Czyżby Jezus nie był jedynakiem? Dla Kościoła i znawców sztuki sprawa jest nadzwyczaj prosta: drugim dzieckiem ma być Jan Chrzciciel. Ale... takie wyjaśnienie jest tylko z pozoru proste, a już na pewno bardzo naciągane. Nie ma absolutnie żadnego dokumentu o Janie Chrzcicielu będącym jeszcze dzieckiem. Pojawia się on w Nowym Testamencie nagle już jako dorosła osoba. Poza tym Madonna e San Giovanino to nie jedyne dzieło, na którym artysta umieszcza Jezusa z braciszkiem. Jak się okazuje, podobny motyw jest dość częsty w dawnych dziełach sztuki. Tylko dla przykładu można tu podać obraz Perugina z 1490 roku Maryja z dzieciątkiem i drugim chłopcem, czy z 1506 roku dzieło Rafaela zatytułowane Madonna ze szczygłem. Zaś na obrazie z 1505 roku Madonna Terranuova, Rafael umieszcza aż trzech chłopców. W tym przypadku wyjaśnienie Kościoła jest jeszcze prostsze – oczywiście to nawiązanie do Trójcy Świętej. No jak można było o tym nie wiedzieć? Zapewne trzy zasady dynamiki Newtona zastąpiły fizykę Arystotelesa również ku czci Trójcy Świętej. Oczywiście to ironia, ale używam jej świadomie, gdyż z rodzeństwem Jezusa sprawa nie jest taka prosta i należy w tym przypadku liczyć się z tym, co ma do powiedzenia ezoteryka. Na podstawie tez austriackiego filozofa, wizjonera, gnostyka i antropozofa Rudolfa Steinera (1861-1925), Jezus faktycznie miał mieć rodzeństwo. Wiedza ta miała być bardziej powszechna w epoce renesansu, jednak Kościół skutecznie zatuszował fakty. A wiedzieć trzeba, że ówczesny Kościół miał do tego celu sprawdzone środki, co opisałem w notce Piąte – Nie zabijaj.

Steiner przytacza fragmenty Nowego Testamentu, gdzie mowa była o dwojgu dzieciach. Trzeba tu podkreślić, iż Biblia dla potrzeb i na zlecenie Kościoła była wiele razy przerabiana, co opisałem w notce Kłamstwa Kościoła. Według Steinera wzmianka o dwojgu dzieciach miała być w scenie Zwiastowania (Ewangelia według św. Łukasza) oraz w zapowiedzi narodzin syna, którą otrzymał Józef (Ewangelia według św. Mateusza). Przy czym istotne tu jest, że według Ewangelii Łukasza Dzieciątko Jezus pochodzi z linii Natana rodu Dawida, a według Ewangelii Mateusza Jezus pochodzić miał z linii Salomona. To bardzo istotne biorąc pod uwagę, że ewangelia Mateusza podaje motyw rzezi niewiniątek Heroda, przed którą Jezus z linii Salomona miał być uchroniony. A co to oznacza w praktyce? To, że Jezus z linii Natana urodzić się miał dopiero kilka miesięcy po narodzinach Jezusa z linii Salomona. Jakby tego było mało według zwojów z Qumran, które odkryte zostały stosunkowo niedawno, (1947 rok) nad Morzem Martwym wynika, iż lud żydowski oczekiwał dwóch, a nie jednego mesjasza. Oczywiście takie informacje są częściej tuszowane niż nagłaśniane, gdyż istnieje ryzyko powstania labiryntu niewygodnych dla Kościoła pytań. A to już może oznaczać dla Kościoła narodziny chaosu. Prawda może okazać się całkiem inna, niż ta wpajana nam przez setki lat, ale i tak Kościół rację musi mieć. Imperium Kościoła nie może pozwolić sobie na chaos. Zbyt bardzo się rozrósł – i obrósł piórka też.

Powiększenie obiektu w tle Madonny Foto: YouTube
Wróćmy jednak do dzieła Madonna e San Giovanino, gdyż na tym nie koniec tajemniczości obrazu. Za Madonną w tle widzimy niezidentyfikowany obiekt latający (UFO?), na który z ziemi wyraźnie przygląda się jakaś nieznana postać. Dla uwidocznienia, że nie jest to chmura lub naturalne zjawisko postać ta przysłania oczy, jakby obiekt go oślepiał niczym Słońce, a obok człowieka tego siedzi pies, który także spogląda w górę. Czyżby Madonna ze złożonymi dłońmi do modlitwy była jedynie pierwszoplanową mgłą maskującą prawdziwy sens dzieła? Autor obrazu w tamtych czasach musiał liczyć się ze stosem, jeśli Kościół dostrzegłby w obrazie to, co faktycznie chciał przekazać. Obiekt w tle Matki Boskiej (powiększone zdjęcie obiektu po prawej stronie) zbyt bardzo przypomina znane nam dziś zdjęcia UFO, a w XV wieku nie istniały żadne obiekty latające stworzone ludzką ręką. Co zatem faktycznie autor dzieła Madonna e San Giovanino chciał nam przekazać, ale boimy się pewne rzeczy nazwać po imieniu? W średniowiecznych kronikach znajdujemy mnóstwo relacji o niezidentyfikowanych obiektach latających. Szczegółowe opisy techniczne mitycznych statków latających znajdują się w staroindyjskich przekazach. Biblia opisuje podniebną podróż Eliasza, a Henoch w Księdze Henocha przedstawia szczegółowy opis opuszczenia Ziemi.
"Synu człowieczy, mieszkasz wśród ludu opornego, który ma oczy na to, by widzieć, a nie widzi, i ma uszy na to, by słyszeć, a nie słyszy, ponieważ jest ludem opornym".Księga Ezechiela 12,2.
Od nas samych zależy, czy pozbędziemy się klapek na oczach. My, którzy szczycimy się najinteligentniejszą formą życia na planecie Ziemia.

25.08.2019

Śmierć nie jest końcem życia

Żyjemy z dnia na dzień pochłonięci sprawami dnia codziennego, wmawiając sobie, że robimy to dla lepszego jutra. Zatopieni w mętnych wodach trudów życia nie dostrzegamy, że życie nie trwa wiecznie. Dopiero dowiadując się o śmierci kogoś bliskiego, zaczynamy zastanawiać się nad sensem życia i stawiamy sobie pytanie – co jest po drugiej stronie? Uświadamiamy sobie bowiem, że kiedyś sami będziemy musieli przejść przez granicę życia, by wejść w nieznane nam strefy życia po śmierci.


Dzieło J. E. Ridingera
Fot: Wikimedia Commons
Na temat początku życia powstało wiele teorii, które na zawsze pozostaną teoriami. Bez zbędnego oszukiwania się – nikt nie jest w stanie udowodnić narodzin Wszechświata za sprawą Wielkiego Wybuchu, życia w tymże Wszechświecie za sprawą Boga Stwórcy czy teorii ewolucji według Darwina, która jest tak dziurawa jak sito. Historia pochodzenia człowieka tym bardziej jest zagadką obojętnie, czy spojrzymy na nią z punktu widzenia wiary, czy nauki: i tak pozostanie nam jedynie wiara ubrana w inne ciuchy. Rodzimy się, dorastamy, nasiąkamy czystą i brudną wiedzą akademicką niczym gąbka wodą, starzejemy się z czasem i obserwujemy na żywo wokół siebie proces życia, który zawsze kończy się śmiercią.

Od kiedy homo sapiens nauczył się myśleć, nabywając świadomości swego istnienia i uświadomił sobie, że to istnienie nie trwa wiecznie – boi się śmierci. Jest świadkiem umierania swych wrogów, ludzi mu obojętnych, a co najistotniejsze swoich przyjaciół i ludzi mu najbliższych. Obserwuje także narodziny nowego życia tak w przyrodzie, jak i ludzi w swym otoczeniu. Zaczyna zastanawiać się, co leży między życiem a śmiercią? Nowo narodzone życie nie jest wszakże tym samym życiem, które umarło. Przeświadczenie o dalszym życiu daje człowiekowi siłę, by patrzeć śmierci prosto w oczy. A jednak lęk przed śmiercią nie znika, ponieważ życie każdego z nas jest jedynie mgiełką, a nadzieja ulotną iluzją podsycaną religijnymi zapewnieniami. Religia jednak to jedynie pusta wiara, a wiara to nie fakty. Naturalną rzeczą jest, że człowiek boi się nieznanego, a istnienie po śmierci jest największą zagadką, która zagadką pozostanie na wieki, bowiem przecież każdy z nas już kiedyś nie żył. Tak – każdy z nas już nie żył wtedy, zanim zaczął żyć. Wydaje się to trochę skomplikowane, ale zastanawiając się nad tym głębiej, to czemu bać się śmierci, skoro już kiedyś nie żyliśmy? A gdzieś przecież musieliśmy istnieć z tym jedynie, że nikt z nas nie jest w stanie pamiętać życia przed życiem.

Katolicka, nie tylko zresztą, wizja piekła, czyśćca i nieba niezbyt już przekonuje nawet zatwardziałych wiernych. Nie tylko świadczyć o tym może styl życia wiernych żyjących w krajach katolickich, co sadystyczny, zbrodniczy charakter przedstawicieli Kościoła katolickiego. Przesadzam? Nie sądzę. Proszę przeczytać notkę „Piąte – Nie zabijaj”, w której szerzej opisałem szatana ukrywającego się pod znakiem katolickiego krzyża. Nie odbiegając od tematu, uważam, że religie niewiele wnoszą, by przekazać nam wiedzę, co jest tam po drugiej stronie życia, zwłaszcza że przynależąc do danej grupy religijnej zawsze mamy narzucony NAKAZ wiary w poszczególne elementy z góry ustalone przez kapłanów tejże religii. Zakaz myślenia, wyrażania własnego zdania, wątpienia, nie tylko dotyczy podwładnych Watykanowi. O siedmiu dziewicach otrzymanych w nagrodę za wiarę w innej grupie religijnej, również możemy zapomnieć. Reklama podobnie jak fanatyczna wiara, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Człowiek poważnie myślący, gdzie obecnie znajduje się osoba mu bliska, która niedawno zmarła, potrzebuje faktów, niezaprzeczalnych dowodów, a tych niestety w religiach brakuje. Tu nie chodzi nawet o to, co nas czeka po śmierci, ale o rzecz ważniejszą – kochając kogoś za jego życia, pragniemy pewności, że osoba ta jest szczęśliwa po śmierci ciała.

Bardziej sprawiedliwa i zarazem resocjalizacyjna wydawać się może wiara w reinkarnację. „Co człowiek posieje, to i żąć będzie”. Wielokrotny cykl narodzin i śmierci, gdzie w nowych wcieleniach odbieramy nagrody i doświadczamy kar za dobre i złe czyny w życiach poprzednich. Tyle tylko, że tu również mamy do czynienia z wiarą, gdzie faktów i dowodów wciąż brakuje. Bardziej sprawiedliwą, bowiem niby wszyscy rodzimy się równi, tak dziecko urodzone w bogatej rodzinie, jak i biednej. Gdzie tu zatem sprawiedliwość? Odpowiedź może tkwić właśnie w czynach istnień poprzednich. Co prawda zdarzają się przypadki, kiedy dziecko opowiada ze szczegółami swoje poprzednie życie, a o szczegółach tych wiedzieć nie mógł, to czy można uznać to za dowód? Być może tak, a być może jest inne tego wyjaśnienie. Tak czy inaczej, wiara w reinkarnację jest nadal tylko wiarą, ale w tym przypadku skłania do myślenia. Jest także pewne, że ludzie wierzący w reinkarnację z egoistycznych pobudek zmienią swe życie na lepsze tylko dlatego, by nie odbierać kar w życiach przyszłych. To już bardzo dużo, chociażby dla otoczenia złego człowieka. Nam jednak chodzi o pewność, że bliska nam osoba po śmierci jest szczęśliwa, a tej pewności wciąż nie mamy.

Naukowe badania nad Duszą możemy wrzucić na tę samą półkę, co wierzenia religijne. Tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Uznając człowieka za coś w rodzaju maszyny, można uznać Duszę za coś w rodzaju energii, która podobnie jak prąd elektryczny sprawia, że człowiek (maszyna) funkcjonuje i żyje. Nie ma energii, nie ma życia człowieka i nie ma sprawności maszyny. Człowiek zamienia się w proch, jak i maszyna zaczyna rdzewieć. To jednak całkiem inny temat wymagający dłuższego opisu. Faktem jedynie jest, że nauka absolutnie niczego nam nie wyjaśnia i nie udzieli odpowiedzi na nasze pytanie.

Nadzieję mogą dawać relacje ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Scenariusz bardzo podobny – światłość, spotkania z bliskimi wcześniej zmarłymi, uczucie ciepła i miłości oraz niechęć powrotu do ciała materialnego. I wszystko pięknie, gdyby nie mały szczegół. Czy śmierć kliniczną możemy uznać za śmierć w pełnym brzmieniu tego słowa? Skoro ludzie wracają do życia, oznacza to, że ciało wcale w pełni nie umarło ostatecznie. Nie podważa osiągnięć obecnej medycyny, ale z drugiej strony wszyscy wiemy, iż to za mało i daleko jej do doskonałości. Wiele przypadków błędnej diagnozy utrzymuje się w tajemnicy. Sam byłem świadkiem, kiedy to lekarz stwierdził zgon jedynie po oględzinach. Niestety to zdecydowanie za mało, by uznać ciało za martwe, zwłaszcza że ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną, także przez długi nawet okres nie wykazywali oznak życia. A jednak powracali i powracają nadal.

Wreszcie czy można uznać za dowód życia po śmierci relacje ludzi, którzy twierdzą, iż mieli wizje, aczkolwiek wizjami tego nie nazywają, ale spotkaniami na jawie z bliskimi im zmarłymi. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jak się okazuje, badania tego zjawiska wykazują, iż takich spotkań doświadcza więcej osób, niż mogłoby nam się wydawać. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych dowodzą, że co czwarty obywatel tego kraju widział choć raz w życiu kogoś bliskiego zmarłego. Jednocześnie też większość tych ludzi wyznaje, że nie rozpowiadają o tym znajomym, bojąc się ich reakcji. I wcale im się nie dziwię.

A co z odpowiedzią na pytanie, czy istnieje życie po śmierci? Osobiście uważam, że istnieje i ukształtowane jest czymś w rodzaju istnień poprzednich doświadczeń, kształtując własny byt przyszły. Spekulować możemy w nieskończoność, przy czym jedno jest pewne... Warto przeżyć życie uczciwie i zawsze być pomocnym bliźniemu, bowiem nigdy nie wiadomo, czy nie spotkamy go na kolejnych poziomach wielkiej gry w hiperprzestrzeni istnienia, i nie będziemy potrzebowali od niego pomocy w życiu po śmierci.

Nie stawiajmy materializmu ponad śmierć i życie.


24.03.2019

Ostatnia skazana czarownica

Słysząc o czarach, alchemikach, klątwach czy czarownicach, wyobrażamy sobie co najmniej okres średniowiecza. Nic bardziej mylnego. Ostatnią osobą w Wielkiej Brytanii, która została oskarżona o czary na mocy ustawy o czarownicach z 1735 roku, była Victoria Helen McCrae Duncan, skazana na karę więzienia w 1944 roku.


Victoria Helen McCrae Duncan
Helen Duncan Foto: Harry Price/Public Domain
Sprawa Helen Duncan stała się głośna, gdy minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii, zwrócił się do królowej Elżbiety II o rehabilitację oskarżonej o czary szkockiej oszustki w 1944 roku.

Helen Duncan w 1944 roku była znaną spirytystką, pochodzącą z Edynburga. Trwała II wojna światowa, na której ginęło wielu ludzi na froncie, wielu było zaginionych bez wieści, a rodziny czekały z niepewnością. Lepszej sytuacji nie mogła sobie wymarzyć osoba podająca się za medium, która twierdziła, że ma kontakt ze światem niematerialnym. Reklama po kilku udanych seansach poszła w obieg, a Helen Duncan miała ręce pełne roboty. Zatrwożone matki, żony, narzeczone chciały wiedzieć, co dzieje się z ich bliskimi, którzy od miesięcy nie dawali znaku życia. I tak rozkręcił się bardzo dochodowy biznes Szkotki, która za drobną opłatą miała kontaktować się bezpośrednio z tymi, co polegli lub udzielać informacji ze świata duchów, że zainteresowane osoby nie opuściły materialnego świata, co krzepiło serca klientów i tym samym szerzej otwierało ich portfele. Wszystko szło pięknie, interes kwitł w najlepsze, ale... do pewnego czasu. Konkretnie do czasu o jedną informację za dużo.

Podczas jednego z seansów spirytystycznych, Helen Duncan wywołała ducha pewnego marynarza, który poprzez usta medium oznajmił zebranym bliskim, że jego okręt HMS Barham zatonął u wybrzeży Malty. W tamtych czasach nie było Internetu, telefonów komórkowych, ale był inny rodzaj bardzo szybko rozchodzących się wieści – poczta pantoflowa, a samej spirytystce bardzo zależało na tym, aby jej udane seanse rozchodziły się w świat, gdyż to przyciągało nowych klientów i większe dochody. Wieść o seansie ze zbyt gadatliwym marynarzem dotarła do dowództwa Marynarki Wojennej Wielkiej Brytanii. Nie była to dla nich miła informacja, gdyż dla bezpieczeństwa rodziny nie były informowane, w jakich jednostkach służy dany żołnierz, gdzie walczy i na jakim okręcie pływa. Takie informacje uznawano za tajne, albowiem wróg mógł je wykorzystać na swoją korzyść. Poza tym akurat zatonięcie okrętu HMS Barham utajniono, by nie obniżać morale wojska. Oficerowie przyjęli zatem taką informację ze zdumieniem, ale i przerażeniem. Nie mogli pojąć, skąd Helen Duncan poznała tajne fakty, to jednak nie to było najważniejsze, bowiem najgorsze było to, że tajne informacje spirytystka puszcza lekkomyślnie w świat. To było nie do przyjęcia, bowiem wojska brytyjskie w tym okresie szykowały się do słynnej Operacji Neptun, bardziej znanej jako Lądowanie w Normandii. Operacja objęta była najpilniej strzeżoną tajemnicą, a wciąż nie było jasne, skąd Helen Duncan posiadała wcześniej rozgłaszane tajne informacje.

Dla bezpieczeństwa operacji, Helen Duncan aresztowano na mocy Ustawy o Czarownicach z 1735 roku. Zarzucono jej wywoływanie duchów oraz rozpowszechnianie tajnych informacji uzyskanych podczas seansów. Skazana na dziewięć miesięcy więzienia odbyła pełny wyrok w zakładzie karnym Holloway, a dowództwo Królewskich Sił Zbrojnych miało pewność, że żadne tajne informacje na temat Operacji Neptun nie zostaną ujawnione, gdyby jakimś cudem skazana się o nich dowiedziała.

Sprawa uwięzienia Helen Duncan stała się na tyle głośna, że dotarła nawet do Winstona Churchilla, który mocno skrytykował sądy, że te zajmują się zabobonami i czarami zamiast poważniejszymi incydentami. Stwierdził także, iż czas zlikwidować przestarzałą Ustawę o Czarownicach, bowiem minęły czasy, kiedy wierzono, że niektóre kobiety mogą latać na miotłach. Podkreślił także, że nie pozwoli na to, by w XX wieku można było prawnie oskarżać ludzi o czary, torturować ich, czy nawet palić na stosie. Z pozytywnym skutkiem, chociaż Ustawa o Czarownicach miała jeszcze moc prawną przez kilka lat.

W roku 1951 wreszcie Ustawę o czarownicach zastąpiono Ustawą o Oszustwach Paranormalnych. Chociaż Helen Duncan miała mocny wkład na zmodyfikowanie Ustawy, to podkreślić trzeba, iż na mocy nowej Ustawy także byłaby skazana, bowiem nie posiadała żadnych mocy nadprzyrodzonych, a jej seanse były zwykłymi oszustwami. O tyle miała jednak szczęścia, że nie urodziła w czasach, kiedy to Kościół katolicki palił „czarownice” na stosach.

6.02.2019

Żydowski sposób na władzę

Wielu ludzi uważa, że nowy porządek świata (NWO), grupa Bilderberga czy światowy rząd, to tylko teorie spiskowe. Nie ulega jednak wątpliwości, że od kiedy człowiek pojawił się na arenie dziejów, zawsze pewne grupy społeczne dążyły do podboju innych grup, rozszerzając swoje wpływy w miarę sukcesów na zdobycie władzy i zniewolenie kolejnych państw.


Oko na piramidzie, jako masoński symbol
Symbol masoński Foto: YouTube
Kiedyś teorią spiskową były pogłoski, że setki nazistów, zamiast stanąć przed wymiarem sprawiedliwości, zaczęli pracować dla Stanów Zjednoczonych. Dziś wiemy, że w ramach operacji Spinacz przemycono do USA grupę utalentowanych naukowców z dziedzin nazistowskiego przemysłu rakietowego, medycyny i oddziałów ds. broni chemicznej. Kiedyś teorią spiskową były pogłoski, że władze chcą przejąć kontrolę nad ludzkimi umysłami. Dziś wiemy, dzięki częściowemu odtajnieniu projektu MK-Ultra, program miał badać możliwości wpływania na ludzki umysł za pomocą odpowiednich środków chemicznych, wiadomości podprogowych, impulsów elektrycznych i substancji psychoaktywnych. Kiedyś teorią spiskową były wieści o tym, że CIA na Mazurach przetrzymuje i torturuje więźniów podejrzanych o terroryzm. Dziś wiemy, że autor owych wieści zginął w tajemniczych okolicznościach, a w Klewkach jednak "coś" się działo. Kiedyś teorią spiskową były wieści o klubie Bilderberga, który miał nieoficjalnie stanowić rząd światowy. Dziś wiemy, że grupa Bilderberga jest faktem. Kiedyś teorią spiskową były wieści o zbrodniczej, wręcz sadystycznej działalności Kościoła katolickiego. Dziś wiemy, że Kościół w niczym nie ustępował nazizmowi, co szerzej opisałem w notce Piąte – Nie Zabijaj. I tak z wolna dochodzimy do punktu, w którym teorią spiskową są wieści o tym, że naród żydowski od dawna dążył do władzy nad światem, i nadal realizuje owe zamiary.

"Będziemy mieli rząd światowy obojętnie czy wam się podoba czy nie, albo za zgodą albo na drodze podboju". – Paul Warburg, założyciel amerykańskiej Rezerwy Federalnej, przemówienie w amerykańskim senacie.

Kolejna teoria spiskowa, czy ukryta rzeczywistość?

W 1880 roku w „Revue des Etudes Juives” opublikowano dwa listy adresowane Żydom żyjącym w XV wieku. Żydzi z Arles proszą o pomoc Żydów z Konstantynopola z powodu jak to sami ujmują, ich prześladowaniu. Atrybut dobrze nam znany i często towarzyszący tej grupie społecznej od wieków. Żydzi z Konstantynopola zaś, odpisują im w formie doradztwa, co mają uczynić w ramach, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu, zemsty, która ma przynieść dwie korzyści. Pozytywny aspekt tej zemsty może ma nie być odczuwany natychmiast, ale w przyszłości zaowocować ma korzyścią niemal globalną, aczkolwiek sam plan ma być iście cwaniacki, a nawet dość wredny.

Zagrożeni Żydzi w Arles piszą w języku prowansalskim do Żydów w Konstantynopolu:

"Czcigodni Żydzi pozdrowienie Wam i łaska. Powinniście wiedzieć, że król Francji, zmusza nas nakazem publicznym do przyjęcia wiary chrześcijańskiej, albo opuszczenia kraju. Mieszkańcy Arles, Ais i Marsylii chcą zabrać nasze majętności, grożąc naszemu życiu, burzą nasze synagogi i gnębią nas w rozmaitszy sposób; nie wiemy, jak mamy sobie postąpić według praw Mojżesza. Oto dlaczego Was prosimy zatem, abyście nam mądrze wskazali, co mamy robić". – Chamorre rabin Żydów w Arles 13 grudnia sabatu 1489 rok.

A oto treść listu Żydów z Konstantynopola w odpowiedzi na żale Żydów z Arles:


"Umiłowani Bracia w Mojżeszu, skoro król Francji zmusza was, byście stali się chrześcijanami, uczyńcie tak, bo inaczej postąpić nie możecie, ale zachowajcie prawo Mojżeszowe w waszych sercach. Jeśli wyzuwają was z waszych dóbr, niechaj wasi synowie staną się kupcami, by mogli krok po kroku wyzuwać chrześcijan z ich dóbr. Jeśli są zamachy na wasze życie, niechaj wasi synowie zostaną medykami i farmaceutami, aby mogli odbierać życie chrześcijanom. Jeśli burzą wasze synagogi, niech wasi synowie zostaną kanonikami i klerykami, by mogli zniszczyć ich kościoły. Jeśli prześladują was inaczej, niechaj wasi synowie zostaną adwokatami i rejentami i mieszają się do spraw wszystkich państw, aby chrześcijanie znaleźli się w waszym jarzmie, a zapanujecie nad światem i weźmiecie na nich odwet". – V.S.S.V.F.F. Książę Żydów w Konstantynopolu 21 kasleu 1489 rok.

Ostatnie zdanie jest dość znamienne i brzmi jak teoria spiskowa, ale wiedzieć trzeba, że listy są oryginalne. A czy sama treść nie odzwierciedla rzeczywistości? Nie stwierdzam, ale pytam, nie oczekując odpowiedzi. Odpowiedź bowiem powinna zabrzmieć wewnątrz każdego z nas tak, jak to każdy z nas widzi. Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, teoria spiskowa wyblaknie, przenosząc swe kolorowe barwy na rzecz ukrytych rzeczywistości. Te jednak już nie są teorią spiskową, ale faktami, które nigdy nie powinny wyjść zza kulis tajemnic tego, co powinno być zawsze zakamuflowane. Żydzi byli i są narodem, żyjącym życiem odrębnym, podatnym do konspiracji lub też najzupełniej konspiracyjnym, ale to już brzmi jak teoria spiskowa, która jest rodzoną siostrą ukrytej rzeczywistości.

Innym dość osobliwym dokumentem, który stawia przed nami problem panowania nad światem przez naród żydowski jako teorię spiskową, jest pismo uznawane oficjalnie za fałszywkę, jak na teorię spiskową przystało – Protokoły mędrców Syjonu. Skoro oficjalnie uznano dokument za fałszywkę, w porządku, nie sprzeciwiam się, czytając treść dokumentu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że skądś już to znam:

Kiedy król izraelski wdzieje na swoje święte czoło koronę, zaofiarowaną mu przez Europe, z tą chwilą stanie się patriarchą świata".

Teoria spiskowa, czy ukryta rzeczywistość? Ponowne pytanie skierowane do wewnątrz, bez oczekiwanej odpowiedzi na zewnątrz. Obserwujmy zawsze z większą uwagą to, co dzieje się na drugim i trzecim planie, zamiast tego, czym karmią nas media jako najważniejsze, pamiętając, że media nie są po to, by podawać ważne informacje, ale żeby je tuszować informacjami nieistotnymi, ale odzianymi w oryginalne ciuszki.
"Wielka siła naszego Zakonu leży w jego ukryciu. Niech nigdy nie pojawia się pod swoją własną nazwą, ale zawsze niech będzie objęty innym szyldem i inną funkcją". – Adam Weishaupt, założyciel Zakonu Iluminatów Bawarskich.

1.12.2018

Giganci istnieli naprawdę




Mitologie, pradawne przekazy, legendy, pisma święte wielu kultur na całym świecie przepełnione są relacjami o potężnych ludziach, którzy posiadać mieli ponadprzeciętną, atletyczną budowę ciała, ponadludzką siłę i zazwyczaj mieli być wrogo nastawieni do rasy ludzkiej nam znanej. Wszystko może to się wydawać jedynie fantastyczną fikcją, ale co, jeśli dzisiaj można udowodnić, iż mitologie to nie fantastyka, ale rzeczywistość?


Szkielet Giganta odkryty w Wernie w Bułgari
Gigant z Werny Foto: YouTube

Według mitologi greckiej Giganci to olbrzymy przedstawiani jako synowie Uranosa i Gai. Istnieją także wzmianki o tym, że ojcem greckich Gigantów był Tartar. Częstą charakterystyką olbrzymów według podań starogreckich było to, iż zamiast nóg posiadali wężowe sploty i tak byli często przedstawiani na starogreckich rycinach. Tak miał wyglądać Gigant walczący z Artemidą. O greckich Gigantach pisał zarówno Homer, jak i Hezjod, a ze znanych nam przekazów wiemy, że Gigantami byli Alkyoneus, Agrios, Anteusz, Athos, Damysos, Echion, Efialtes, Enkelados, Eurytos, Gration, Hippolytos, Klytias, Mimas, Otis, Pallas, Polybotes, Porfyrion oraz Toas.

W mitologi nordyckiej najsłynniejszym olbrzymem był Ymir Starszy (Imir), który wyłonił się z ciepłej wody w otchłani Ginnungagap. Ymir dał życie pierwszym ludziom-gigantom oraz lodowym olbrzymom, a na jego cześć nazwano Grzbiet Ymir na Atlantyku.

W Biblii znajdujemy wzmianki o istotach zwanych Nefilim (upadłe anioły) oraz w polskich przekładach o Gigantach. Bardzo często interpretuje się, iż Nefilim i Giganci to ta sama grupa istot, jednak tu stanowi problem gra tłumaczeń językowych, zwłaszcza z hebrajskiego na grecki, i niekoniecznie musi być to właściwa interpretacja. Istoty nazywane Nefilim oraz Anunnaki to temat na oddzielną notkę, gdyż ich istnienie, pojawienie się na Ziemi oraz działalność, jest o tyle istotna dla rodzaju ludzkiego, że może stanowić klucz do poznania początków dziejów człowieka. Zajmijmy się zatem istotami, które uznawane były za Gigantów w takim znaczeniu, jaki tu nas interesuje, a celem przybliżenia różnicy podam przykładowy cytat z Księgi Rodzaju:
A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki.
Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały.
Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat.
A w owych czasach byli na ziemi giganci
(Nefilim zastąpiono słowem giganci); a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach (Giganci).
Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się.
- Księga Rodzaju.
Bardziej dobitne wyjaśnienie znajdziemy w apokryfach takich jak Księga Henocha:
Aniołowie (Nefilim) ujrzeli kobiety ziemskie i za namową ich dowódcy, Szemihaza, złożyli przysięgę, że spłodzą z nimi dzieci. Dwustu aniołów zstąpiło na Ziemię, każdy wybrał sobie kobietę, którą nauczył czarów i zaklęć. Ze związków tych narodzili się giganci, wysocy na trzy tysiące łokci. Ponieważ ludzie nie mogli ich utrzymać, giganci obrócili się przeciwko nim.
O Olbrzymach donosili także szpiedzy Mojżesza, którzy zostali wysłani do ziemi Kanaan:
I rozgłaszali złe wiadomości o kraju, który zbadali, mówiąc do Izraelitów: „Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu.
Widzieliśmy tam nawet olbrzymów - Anakici pochodzą od olbrzymów — a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach". -
Księga Liczb.
Nie tylko w przekazach biblijnych czy apokryficznych znajdujemy informacje na temat Gigantów, Tytanów, Olbrzymów z krwi i kości, ale także sama mitologia hebrajska nie jest uboga w opisy tych istot. Apokryficzna Księga Barucha podaje nawet, że na ziemi w owym czasie żyło 4 090 000 Gigantów, a realne ich istnienie w tamtych okresie dla autorów starożytnych przekazów było oczywiste.

W mitologii indyjskiej Kaśjapa był ojcem olbrzymów Dajtjów i Danów, którzy sprzymierzyli się z asurami (odpowiednikami upadłych aniołów w Biblii i apokryfach) w wojnie z dewami.

Olbrzym Światogor znany jest głównie w przekazach pochodzących z Rosji. Miał być tak masywny, że komfortowo czuł się jedynie na terenach skalistych. A skoro mowa o terenach bliskich naszym ziemiom, to warto wspomnieć, że mitologia słowiańska jest równie bogata w opisy ludzi o gigantycznych wymiarach. Kto z nas nie zna legend o Waligórze i Wyrwidębie, kto nie słyszał o Lelum i Polelum, Giewoncie lub o olbrzymich Stolemach, ten zapewne nie ma też pojęcia, iż w Łupawie znajduje się największe zachowane cmentarzysko grobów megalitycznych w Polsce, nazywane grobami olbrzymów.

Fakty o Gigantach.


We wszystkich światowych mitologiach aż roi się od olbrzymów. Na każdym kontynencie i w niemal każdej kulturze znajdujemy wspólne cechy – ludzie o gigantycznych rozmiarach zazwyczaj nie byli przyjaźnie usposobieni do słabszych ludzi, a bogowie zsyłają potop głównie w celu zlikwidowania zagrożenia ze strony Gigantów. Sceptycy oczywiście stwierdzą, że to tylko mity, legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie, systematycznie kolorowane z każdym następnym przekazem. Z pewnością ludzie posiadają dar wyolbrzymiania tematu olbrzymów. Światowy potop jest jednak faktem potwierdzonym naukowo. Co do przyczyny wystąpienia potopu uczeni wciąż się spierają, więc nie wiemy, ile prawdy jest w tym, iż wkurzeni bogowie zesłali go na ziemię, aby zniszczyć krwiożerczych Gigantów.

Z legendarnych czasów stopniowo przenieśmy się do wydarzeń bliższych naszym.

5 kwietnia 1722 r. w Niedzielę Wielkanocną, holenderska wyprawa pod dowództwem admirała Jacoba Roggeveena po Oceanie Spokojnym, natknęła się na nieznany dotąd ląd, który nazwano Wyspą Wielkanocną na cześć dnia odkrycia. Jacob Roggeveen zyskał sławę odkrywcy, a Wyspa Wielkanocna jest do dziś znana przede wszystkim z 887 kamiennych posągów, zwanych moai stawianych na kamiennych platformach ahu. Cel oraz sposób wykonania posągów moai do dzisiaj stanowią zagadkę. Niektóre z nich ważą ponad 20 ton i mają ponad 6 metrów wysokości. Rekordowy moai waży 270 ton i mierzy 21 metrów wysokości. Wszystkie posągi mają charakterystyczny wygląd ludzkich postaci o gigantycznych rozmiarach. Taką wiedzę o Wyspie Wielkanocnej posiada każdy z nas pobieżnie, o ile ktoś nie interesuje się szczegółami, gdyż gigantyczne posągi nie muszą mieć wiele wspólnego z Gigantami z krwi i kości. I mamy odpowiedni czas i miejsce, by uchylić rąbka tajemnicy czegoś, o czym niewielu z nas wie.

Jak wspominałem wcześniej, J. Roggeveen zyskał sławę odkrywcy i tylko jego nazwisko jest nam dziś znane. Nikt zapewne nie słyszał o innych członkach holenderskiej wyprawy i zapewne nikomu nie jest znane nazwisko C.F. Behrens, który towarzyszył w wyprawie admirałowi, sporządzając codzienne notatki.
„Naprawdę mogę powiedzieć, że wszyscy ci dzicy (tubylcy) są więcej niż ogromnych rozmiarów. Mężczyźni są wysocy i potężnie zbudowani, mają przeciętnie 12 stóp (3,65 metra) wzrostu. Jest to bardzo zadziwiające, najwyżsi ludzie na pokładzie naszego statku mogli przejść pomiędzy nogami tych dzieci Goliata, nie pochylając przy tym głowy. Kobiety nie mogą równać się posturą z mężczyznami i najczęściej nie są wyższe niż 10 stóp (3 metry) wzrostu". - C.F. Behrens.
Co możemy sądzić o takiej relacji? Czy mamy wierzyć naocznemu świadkowi, czy raczej wrzucić na jedną półkę z mitami opisywanymi powyżej? Wyprawa po odkryciu wyspy zyskała i tak dostateczną sławę, więc wydaje się, że nie byłoby sensu wprowadzać dodatkowych sensacji kłamliwymi relacjami. Behrens potrafił odróżnić gigantyczne posągi od żywych tubylców, chociaż po odkryciu wyspy ekipa wcale nie zainteresowała się ogromnymi moai, sądząc, że są wykonane z gliny.

Przesuwając się coraz bliżej naszych czasów, sytuacja staje się coraz ciekawsza. Archeolodzy na całym świecie zaczęli donosić o odkryciach, które budziły wiele kontrowersji w świecie nauki oraz sensacji w opinii publicznej. Historia człowieka została już napisana, a czego nie ma w książkach, to nie istnieje. Tak było, jest i zapewne będzie. Archeolodzy, którzy zaczęli donosić o odkryciach ludzkich szczątków o gigantycznych kształtach, tracili renomę, wiarygodność, byli piętnowani przez środowisko ortodoksyjnej nauki i często też tracili dalsze fundusze na kontynuację prac, a nawet często tracili posadę. Noble za błędy autorytetów rozdane i wygodniej jest utrzymywać kłamstwo jako prawdę, niż utracić autorytet. No tak, a co z dowodami? Przecież gigantyczne ludzkie szczątki odkopywano. Co z nimi?

Instytut Smithsonian to największe na świecie centrum badań i zarazem największy magazyn naukowy w USA. W skład Smithsonian Institute wchodzi 19 muzeów. Placówka współpracuje ze 168 innymi muzeami w 39 stanach, Panamie i Portoryko. Sama posiada 17 ośrodków badawczych takich jak np. różne stacje terenowe, m.in. na obszarach podbiegunowych. Smithsonian Institute zatrudnia najwybitniejszych naukowców w swych dziedzinach i jest jakoby autorytetem samo w sobie. Gdzie zatem miały trafiać odkopane szczątki Gigantów, jeśli nie do Smithsonian Institute. A trzeba powiedzieć od razu, że dowody te strasznie nie spodobały się autorytetom, którzy zawsze twierdzili, że Giganci to mit, a teoria ewolucji Darwina to świętość nad świętościami. Co ma jedno z drugim wspólnego? Oczywiście oficjalne przyznanie, że ludzie Giganty żyli naprawdę, pośrednio może spowodować obalenie mitu o ewolucji według Darwina.

Archeolodzy z prawdziwego zdarzenia, dla których najważniejsza jest prawda obojętnie jaka by była, wiedzieli, że liczne szkielety Gigantów w niewyjaśnionych okolicznościach nagle znikają w mrocznych piwnicach Smithsonian Institute. Z czasem „niższy” szczebel naukowców nabrał przekonania, że dowody są ukrywane lub niszczone, a prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. Wystąpić przeciw Smithsonian to jak walka Dawida z Goliatem, ale walkę podjęto i dokonano niemożliwego. Jak Dawid pokonał gigantycznego Goliata, tak niezależni archeolodzy pokonali w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych, w nierównej walce pseudonaukowców ze Smithsonian Institute. Dzięki wykradzionej kości udowej o długości 1,3 metra, która posłużyła za dowód w procesie, organizacja American Institution of Alternative Archeology udowodniła, że pseudonaukowcy ze Smithsonian Institute ukrywają i niszczą cenne wykopaliska. W sumie udowodniono, że zniszczonych zostało dziesiątki tysięcy szczątków Gigantów, a Sąd Najwyższy USA zmusił Smithsonian Institute do ujawnienia zastrzeżonych dokumentów, sięgających początków dwudziestego stulecia. Podczas procesu wyszło także na jaw, że ludzie ze Smithsonian Institute zatopili w Atlantyku cały ładunek o wadze kilkunastu ton, niewygodnych dla nauki artefaktów. Co zniszczyli – tego dokładnie wiedzieć nie możemy, gdyż wszelkie dokumenty w tej sprawie mają być ujawnione dopiero w 2020 r. Być może znajdziemy dowody na to, że pradawne cywilizacje były tak wysoko rozwinięte, że potrafili modyfikować genetycznie wszelkie żywe stworzenia z człowiekiem włącznie.

Ogólnie w tle naukowych oszustw, spodziewać się możemy dosłownie wszystkiego. Nawet tego, że na jakimś etapie zostaliśmy zmodyfikowani przez istoty, które we wszystkich pismach świętych całego świata, nazywani są bogami. Wszak do dzisiaj nie jest wyjaśnione, dlaczego 15% ludzkiej populacji posiada krew z czynnikiem Rh- minus, który zarezerwowany jest dla mutantów.