28.12.2018

Kataklizmy naturalne 2018 roku

Zmiany klimatyczne, anomalie pogodowe, ekstremalne temperatury czy El Niño, to terminy, które ostatnio bardzo często pojawiają się nie tylko w mediach, gdyż coraz częściej doświadczamy ich skutków na własnej skórze.


Cyklon Dean widziany z orbity
Cyklon Dean  Foto: NOAA
Coraz częściej przestają nas dziwić wiadomości o opadach gradu wielkości piłki golfowej, silnych opadach śniegu na terenach krajów strefy równikowej czy długotrwałych suszach w krajach obfitujących zazwyczaj w dostateczne ilości opadów. Coraz częściej słyszymy teorie o ocieplaniu klimatu na skutek działalności człowieka, inne teorie mówią o nadchodzącym ochłodzeniu na skutek niskiej aktywności Słońca, a jeszcze inne o zmianach klimatycznych, które mają swe źródło w głębinach oceanów lub nawet zmianach w samej skorupie ziemskiej. Teorie, na razie zostawmy w spokoju, bowiem najważniejszym dla nas faktem jest to, że zmiany istnieją naprawdę. Skutkami tych zmian są coraz częściej powtarzające się kataklizmy naturalne, przybierające z każdym rokiem na sile. Czy rzeczywiście jest ich coraz więcej, są coraz silniejsze i coraz bardziej wydają się anomalnymi zjawiskami pogodowymi? Prześledźmy w skrócie kataklizmy naturalne mijającego roku 2018.

Katastrofy naturalne w 2018 roku.


  • Niże Carmen i Eleanor – Nowy Rok przywitaliśmy intensywnymi opadami i silnymi wiatrami we Francji za sprawą niżu Carmen, a w Irlandii, Wielkiej Brytanii, krajach Beneluksu w tym także i Francji, niżu Eleanor. Suma ofiar obydwóch układów sięgnęła 7 osób.
  • Bomb Cyclone – bomba pogodowa, bomba meteorologiczna czy bombowy cyklon, to ogólne nazwy zjawiska, do którego dochodzi po spełnieniu pewnych ściśle określonych warunków. Bomb Cyclone nawiedził Stany Zjednoczone w styczniu 2018 roku, wywołując anomalie pogodowe (bardzo mroźna zima, huragany, marznące opady), które doprowadziły do śmierci 22 osób.
  • Atak zimy w Indiach – styczeń nie rozpieścił mieszkańców Indii, gdzie na skutek nieoczekiwanego ataku mroźnych dni, zginęło ponad 94 osoby.
  • Powódź w Kongo – w styczniu 2018 roku, w Kinszasa opady deszczu wyniosły 182 mm w 24 godziny. Zginęły 44 osoby.
  • Powódź w USA – 8 i 9 stycznia 2018 roku w Kalifornii na skutek powodzi zginęło 21 osób. Powódź spowodowana była nagłymi, bardzo intensywnymi opadami deszczu w krótkim czasie.
  • Cyklon Ava – w styczniu 2018 roku pierwszy cyklon tropikalny w sezonie na Oceanie Indyjskim, uderzył w Madagaskar z drugą kategorią skali siły huraganów. Liczba ofiar sięgnęła 78 osób.
  • Trzęsienie ziemi w Peru – w styczniu 2018 roku Peru nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 7,1 w skali Richtera.
  • Powódź w Filipinach – aktywny niż tropikalny nad Filipinami przyniósł w styczniu bardzo intensywne opady deszczu. Miejscami nawet aż 264 mm w ciągu doby. Zginęło 11 osób.
  • Powódź w Mozambiku – ekstremalne opady deszczu dotknęły Mozambik w styczniu 2018 roku. Zginęło 11 osób.
  • Sztorm Fryderyk – sztorm Fryderyk w styczniu dotknął swym zasięgiem Zachodnią i Centralną Europę, w tym także Polskę. W Wielkiej Brytanii prądu zostało pozbawionych 140 tys mieszkańców, w Niemczech 240 tys, a w Polsce 50 tys. Zginęło 13 osób.
  • Trzęsienie ziemi w Tajwanie – 6 lutego wystąpiło trzęsienie ziemi u wybrzeża Tajwanu o sile 6,4 w skali Richtera. Zginęło 17 osób.
  • Cyklon Gita – w lutym wystąpił najsilniejszy cyklon tropikalny poprzedniego sezonu, który osiągał prędkość wiatru do 230 km/h. Rejony dotknięte cyklonem to Tonga, Fudżi, Samoa i Nowa Zelandia.
  • Seria powodzi w Indonezji – lutym i marcu Indonezję nawiedziły liczne powodzie, z których najdotkliwsze okazały się dla Jawy i Sumatry.
  • Trzęsienie ziemi w Hualian – trzęsienie ziemi o sile 6,4 w skali Richtera miało miejsce 6 lutego 2018 r. Epicentrum znajdowało się ok. 22 km na północ od centrum wschodnio-tajwańskiego miasta Hualian, na głębokości ok. 4,5 km pod powierzchnią oceanu. Główny kataklizm poprzedzony był serią 9 wstrząsów o sile od 4,6 do 6,1 stopnia, począwszy od 4 lutego, a po nim nastąpiła seria wstrząsów wtórnych, z których najsilniejsze 7 lutego 2018 r. miało siłę 5,7 stopnia. Na skutek trzęsienia zginęło 17 osób, a 285 zostało rannych.
  • Seria tornad w USA – tylko jednego dnia, 24 lutego na terenach Stanów Zjednoczonych powstało aż 29 tornad.
  • Trzęsienie ziemi w Papua-Nowa Gwinea – 25 lutego rejony Papua-Nowa Gwinea nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 7,5 a skali Richtera. Główne trzęsienie ziemi pochłonęło 160 osób, a wstrząsy wtóre kolejne 40 osób.
  • Atak zimy w USA – w marcu wschodnie wybrzeże USA nawiedziły dwa ośrodki niżowe. Pierwszy wywołał intensywne opady deszczu, bardzo silny wiatr i wysoką falę przybrzeżną. Ogromne opady śniegu wystąpiły w stanie New York, na skutek drugiego niżu. Tydzień później ten sam niż wywołał kolejne opady śniegu. W Woodford odnotowano aż 91 cm.
  • Ekstremalna pogoda w Chinach – w marcu pogoda nie była łaskawa dla Chin. Wysokie sumy opadów połączone z burzami, spowodowały szkody oszacowane na niemal 150 mln USD.
  • Cyklon Eliakim – w marcu cyklon tropikalny Eliakim nawiedził Madagaskar. W wyniku żywiołu zginęło 21 osób.
  • Cyklon Nora – cyklon tropikalny Nora uderzył w Australię w marcu 2018 roku. W Port Douglas spadło wówczas aż 593 mm opadów deszczu w ciągu doby.
  • Trzęsienie ziemi w Iburi – silne trzęsienie ziemi o magnitudzie 6,6 stopni w skali Richtera, nawiedziło Japonię w pod prefekturze Iburi, oraz południową prefekturę Hokkaido 6 września 2018. Zginęły 44 osoby, a 660 zostało rannych.
  • Cyklon Mekunu – cyklon 3. kategorii w skali Saffira-Simpsona, w maju 2018 roku uderzył w południową część Półwyspu Arabskiego, pustosząc między innymi miasto Salala w Omanie. Zginęło 31 osób, z czego 24 w Jemenie, a 7 w Omanie.
  • Erupcja Volcán de Fuego – erupcja wulkanu w czerwcu 2018 w Gwatemali, która obejmowała lahary, przepływy piroklastyczne i chmury popiołu wulkanicznego, która przyczyniła się do wielu ofiar śmiertelnych. Jest to najbardziej śmiercionośna erupcja w kraju od czasu erupcji wulkanu Santamaría w 1902 roku.
  • Anomalna susza w Iranie – władze Iranu uznały, że susze nawiedzane ich kraj nie są wynikiem naturalnych procesów. Szef irańskiej obrony cywilnej udzielając wywiadów, wypowiedział się w mediach, że Iran został zaatakowany bronią klimatyczną przez Izrael. Więcej na temat w notce Klimatyczna wojna.
  • Rekordowe upały w Europie – tego lata w Europie doświadczaliśmy kolejnych rekordowych upałów.
  • Powodzie w Kerali – klęska żywiołowa powodzi nawiedziła Keralę w południowo-zachodnich Indiach, w sierpniu 2018 roku. 11 z 14 dystryktów stanu zostało zalanych. 483 osoby zginęły, a co najmniej 82 400 osób zdołano uratować od niechybnej śmierci.
  • Pożary lasów w Grecji – seria pożarów, które swoim zasięgiem objęły Attykę w Grecji. Pożary wybuchły w lipcu 2018 roku na wschód i zachód od Aten. Pomimo bardzo gorącego i suchego lata, uznano, że za pożary odpowiedzialni są ludzie, nie wykluczając celowych podpaleń. W walce z żywiołem straciło życie 100 osób.
  • Pożary lasów w Szwecji – w tym samym czasie, kiedy Grecy walczyli z ogniem w swoim kraju, seria pożarów swoim zasięgiem objęły tereny południowej i północnej Szwecji. Pożary w Szwecji rozpoczęły się już pod koniec maja 2018 w Västmanland, lecz ogólnokrajowa fala rozpoczęła się na początku lipca, a nasiliła się od 15 lipca na południu i północy kraju. Według władz szwedzkich do 24 lipca spaliło się 25 tys. ha lasów. Tylko do 23 lipca 2018 straty spowodowane pożarami przekroczyły 900 milionów koron szwedzkich. Oficjalnie za przyczynę licznych pożarów w Szwecji uznano wyjątkowe warunki klimatyczne – bardzo gorące i suche lato, wprost unikalne jak na warunki dla Półwyspu Skandynawskiego.
  • Huragan Lane – huragan 5. kategorii Lane osiągnął prędkość wiatru 260 km/h, wywołując powodzie i lawiny błotne na Hawajach.
  • Tajfun Jebi – super tajfun 5. kategorii Jebi uderzył w Japonię we wrześniu jako najsilniejszy w historii tajfun. Śmierć poniosło 17 osób.
  • Huragan Florence – we wrześniu 2018 roku w USA uderzył huragan Florence. Huragan przyniósł ulewne deszcze, które spowodowały powodzie w wielu obszarach na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Ponad 30 ofiar śmiertelnych.
  • Trzęsienie ziemi na Celebesie – silne trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,5 stopni w skali Richtera, nawiedziło wyspę Celebes na Oceanie Spokojnym w Indonezji 28 września 2018 r. Zginęło co najmniej 2256 osób, a ponad 10 tysięcy osób zostało rannych.
  • Tsunami w Cieśninie Sundajskiej – tsunami, które nawiedziło wybrzeże Lampung i Banten oraz regiony Serang i Pandelang, prawdopodobnie na skutek erupcji wulkanu Anak Krakatau w Indonezji, miało swój początek w dniu 22 grudnia 2018 r. Władze zagrożonych terenów informują, że wulkan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, ostrzegając przed kolejną tragedią, która już pochłonęła 429 ofiar śmiertelnych.
  • Atak zimy w USA – wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych po raz kolejny zostało zaskoczone niespodziewanym atakiem zimy. Miejscami spadło powyżej 30 cm śniegu, a drogi są mocno oblodzone. Najgorsza sytuacja jest w Karolinie Północnej, która leży w strefie klimatu podzwrotnikowego. Zanotowano już pierwsze ofiary śmiertelne.
  • Przebudzenie wulkanu Etna – wznosząca się na wysokość 3326 metrów n.p.m. Etna jest najbardziej aktywnym wulkanem w Europie. Naukowcy łączą trzęsienie ziemi z aktywnością wulkanu Etna. W poniedziałek z trzech kraterów zaczął się wydobywać dym, który spowodował zakłócenia w ruchu lotniczym i chwilowe zamknięcie lotniska w Katanii. W ciągu ostatnich trzech dni od przebudzenia się wulkanu odnotowano ponad tysiąc wstrząsów. Sytuację obserwujemy z rosnącym niepokojem. Widok na wulkan Etna na żywo.

Oczywiście to nie wszystkie kataklizmy naturalne, które wystąpiły w mijającym 2018 roku. Biorąc pod uwagę, że rok ma tylko 365 dni, to i tak powyższa lista jest długa. Powstają pytania, czy kataklizmy naturalne występują częściej niż w poprzednich latach, czy są intensywniejsze, czy bardziej naturalne, czy anomalne, oraz najważniejsze – czy za niektóre z nich nie odpowiada człowiek? Emisje cieplarniane, próby jądrowe, a może coś więcej? Znana jest nam wszak technologia, dzięki której można skutecznie wpływać na pogodę, a co za tym idzie, można jej używać jako broni klimatycznej. Wciąż zagadką jest, jaką faktycznie pełni funkcję technologia umiejscowiona na Alasce. Czym właściwie jest HAARP – Projekt Naukowy czy Wojenny?


13.12.2018

Obraz Ziemi na żywo z kosmosu


Ziemia widziana na żywo z kamer Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (International Space Station, ISS).


Widok Ziemi z kamery w technologii HDEV, zamontowanej na ISS.
Sardynia widziana z ISS Foto: NASA

Eksperymentalny projekt NASA umieszczenia kamer o wysokiej częstotliwości HDEV (High Definition Earth Viewing) na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), pozwala nam na żywo śledzić Ziemię widzianą wprost z kosmosu. System został opracowany przez inżynierów z Johnson Space Center w Houston w Teksasie i składa się z czterech kamer wideo o wysokiej rozdzielczości, które zostały rozstawione tak, by widok Ziemi zmieniał się wraz ze zmianą aktualnie aktywnej kamery. Wszystkie cztery kamery nie mogą działać jednocześnie, co sprawia, że obraz nie jest ciągły. Przerwa na przełączenie kamery wymaga czasu (zazwyczaj około 10 sekund, ale bywa i dłużej). Wówczas następuje krótka przerwa w emisji. Przerwa następuje także wtedy, gdy ISS znajduje się na nocnej stronie Ziemi. W takim przypadku obraz będzie czarny, a na wznowienie bezpośrednich ujęć z kosmosu należy poczekać dłużej.



Obraz szary – krótka przerwa spowodowana przełączeniem obrazu na inną kamerę.

Obraz czarny – przerwa emisji spowodowana tym, że ISS znajduje się na nocnej stronie Ziemi. W tym przypadku pomocna będzie interaktywna mapa z aktualnym położeniem ISS. Według mapy można także ustalić, kiedy ISS znajdzie się nad Polską lub interesującym nas rejonie.

Stały obraz zachodzącego Słońca z napisami na ekranie – przerwa techniczna, dłuższa przerwa spowodowana przełączaniem kamer lub połączenie ze stacją ISS zostało zerwane. Czas oczekiwania na wznowienie transmisji niemożliwy do określenia.


07.12.2018

Tajemniczy obiekt w Bałtyku


Czym jest UFO, wie każdy z nas, a większość ludzi błędnie kojarzy zjawisko UFO z istotami pozaziemskimi. UFO to po prostu niezidentyfikowany obiekt latający. A skoro niezidentyfikowany, to nie możemy wiedzieć, czym jest i skąd pochodzi. Mniejszą sławą jednak cieszy się zjawisko USO, czyli niezidentyfikowany obiekt pływający. Jeszcze mniejsza liczba ludzi zapewne nie wie, że nasze Morze Bałtyckie kryje na swym dnie jedną z największych tajemnic USO.


Obiekt w kształcie dysku odkryty na dnia Morza Bałtyckiego
Niezidentyfikowany obiekt na dnie Bałtyku  Foto/YouTube
Teorie spiskowe, niezwykłe opowieści, tysiące oszustw i bujna wyobraźnia sprawiły, że wokół zjawiska UFO (Unidentified Flying Object) narosła pewna forma szablonowego kojarzenia UFO z Obcymi istotami z kosmosu. Jak wcześniej była mowa szablon ten jest jak najbardziej błędnym wskaźnikiem, chociaż z pewną dozą prawdopodobieństwa. Z powodu szerokiego pola widzenia nad naszymi głowami zjawisko UFO możemy dostrzec niemal każdego dnia. Widząc nienaturalnie wyglądający obiekt na niebie, zastanawiamy się, czym on może być, gdy nagle usłyszymy słowa innego obserwatora, który z podnieceniem stwierdza, że jest to UFO. W tym przypadku obserwator ma absolutną rację, gdyż każdy z obecnych nie potrafi zidentyfikować obiektu. Może to być zwykły balon zakamuflowany warunkami pogodowymi lub szybko lecąca satelita na nocnym niebie. Póki nie upewnimy się, czym obiekt jest faktycznie, dla obserwatorów jest to niezidentyfikowany obiekt latający, czyli w skrócie UFO.

Głębiny mórz i oceanów nie są naszym naturalnym środowiskiem życia. Siłą rzeczy zatem nie możemy na co dzień obserwować niezidentyfikowanych obiektów pływających, czy nawet stacjonarnie osiadłych na dnie morza, czyli wodnej alternatywy dla latających UFO, nazywanej skrótem USO (Unidentified Submerged Object). Głębiny mórz i oceanów jednak kryją w sobie tajemnice tym bardziej ciekawe, że namierzone na dnie USO możemy zbadać i dotknąć, co nie oznacza, że możemy je zidentyfikować. Nie każdy zapewne wie, że jedną z takich morskich tajemnic kryje w sobie nasze Morze Bałtyckie.

UFO na dnie Bałtyku?


W tym przypadku nie UFO, ale USO, choć to, że znalezisko pochodzi z dna Morza Bałtyckiego, nie oznacza, że nie mogło wcześniej być niezidentyfikowanym obiektem latającym.

W czerwcu 2011 r. szwedzka ekipa płetwonurków pod nazwą „Ocean X Team”, przemierzała Morze Bałtyckie w poszukiwaniu starych wraków statków, które dawno temu zatonęły, a przewoziły na swych pokładach cenne towary. Ekipa poszukiwaczy starych wraków przy okazji dorabiała ze sprzedaży starych trunków, artefaktów, cennych starych narzędzi oraz wszystkiego, co zostało znalezione i uznane za cenne. Mając namiar na pewien obiecujący wrak, który miał zatonąć na wodach między Szwecją a Finlandią, 19 czerwca 2011 r., łowcy morskich skarbów skupili się na przeczesywaniu wyznaczonego dna z nadzieję na cenne znaleziska. Niestety wraku nie znaleziono, ale płetwonurkowie natknęli się na pewien obiekt, którego absolutnie nie potrafili zidentyfikować w mrocznych głębinach Bałtyku. Nie wiedzieli, co znaleźli, ale od razu nabrali pewności, iż obiekt nie jest naturalnego pochodzenia. Obraz sonarowy wykazał, iż obiekt ma kształt dysku o wymiarach 60 metrów średnicy i 3 - 4 metry grubości. Obiekt miał znajdować się na końcu długiego śladu wgłębiania, jakby wyżłobionego dna po lądowaniu dysku, jak sugerowali poszukiwacze skarbów, o długości około 300 metrów. Analiza pobranych próbek z obiektu wykazała, że większość z nich to granity, gnejsy i piaskowce, co miało przemawiać za naturalnym pochodzeniu dziwnej formacji. Atmosferę podgrzał obszerny artykuł, który ukazał się w Daily Mail w czerwcu 2012 r. na temat tajemniczego pochodzenia obiektu. W publikacji pojawiło się wiele oryginalnych ilustracji przypominających podwodne zdjęcia lub skany wysokiej rozdzielczości, a także sugestie, że obiekt ten może być statkiem UFO (w znaczeniu z kosmosu), który w nieokreślonej przeszłości na skutek awarii zmuszony był do lądowania w wodach Morza Bałtyckiego. Coś na wzór incydentu, który wydarzył się w Roswell w lipcu 1947 r.

Publikacja informacji o znalezisku sprawiła, że świat dowiedział się o całej sprawie, co zapoczątkowało burzę sporów na temat istoty odkrycia. Ortodoksyjny świat nauki skutecznie odpierał teorie o dysku z kosmosu, podpierając się teoriami o naturalnym pochodzeniu obiektu, chociaż do złudzenia przypominającego dysk Sokół Millennium Hana Solo z serii filmów Gwiezdne wojny. Problemem było jedynie to, że statek Hana Solo to fantastyczna fikcja, a dysk na dnie Morza Bałtyckiego jest realny. Odkąd sprawa nabrała rozgłosu, odkrywcy obiektu odczuli zmasowany atak ze świata nauki z personalną, ostrą krytyką włącznie. Płetwonurkom zarzucano głównie amatorszczyznę pod każdym względem oraz wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Każda kolejna wyprawa ekipy Ocean X Team w rejony, gdzie znajdował się dysk, była nadzorowana, ale nie zabroniona. Z czasem jednak i to uległo zmianie. Jak można było się spodziewać, ortodoksyjna nauka wydała werdykt, twierdzący, że racja leży po stronie ortodoksyjnych uczonych, a kolejną koleją rzeczy musiało być uśpienie całej sprawy snem nienaturalnie wywołanym.

Czym obiekt jest faktycznie? Prawdą jest, że jakieś 90% doniesień o UFO to zwykłe fałszerstwa, mające na celu wywołanie taniej sensacji, rozgłosu, czasem dla nieuczciwego zysku i z wielu innych powodów. Ale co z pozostałymi dziesięcioma procentami, gdzie jawnie dostrzec można ślady tuszowania lub niszczenia dowodów przez świat ortodoksyjnej nauki? Wszak znamy już udowodnione przypadki niszczenia odkrytych szczątków ludzi Gigantów przez pseudonaukowców ze Smithsonian Institute, o czym więcej informacji można znaleźć w notce Giganci istnieli naprawdę. Czy zatem, aby na pewno obiekt drzemiący na dnie Morza Bałtyckiego jest naturalnego pochodzenia? Odpowiedź może nie być taka prosta, jak to się wydaje.

01.12.2018

Giganci istnieli naprawdę




Mitologie, pradawne przekazy, legendy, pisma święte wielu kultur na całym świecie przepełnione są relacjami o potężnych ludziach, którzy posiadać mieli ponadprzeciętną, atletyczną budowę ciała, ponadludzką siłę i zazwyczaj mieli być wrogo nastawieni do rasy ludzkiej nam znanej. Wszystko może to się wydawać jedynie fantastyczną fikcją, ale co, jeśli dzisiaj można udowodnić, iż mitologie to nie fantastyka, ale rzeczywistość?


Szkielet Giganta odkryty w Wernie w Bułgari
Gigant z Werny Foto: YouTube
Według mitologi greckiej Giganci to olbrzymy przedstawiani jako synowie Uranosa i Gai. Istnieją także wzmianki o tym, że ojcem greckich Gigantów był Tartar. Częstą charakterystyką olbrzymów według podań starogreckich było to, iż zamiast nóg posiadali wężowe sploty i tak byli często przedstawiani na starogreckich rycinach. Tak miał wyglądać Gigant walczący z Artemidą. O greckich Gigantach pisał zarówno Homer, jak i Hezjod, a ze znanych nam przekazów wiemy, że Gigantami byli Alkyoneus, Agrios, Anteusz, Athos, Damysos, Echion, Efialtes, Enkelados, Eurytos, Gration, Hippolytos, Klytias, Mimas, Otis, Pallas, Polybotes, Porfyrion oraz Toas.

W mitologi nordyckiej najsłynniejszym olbrzymem był Ymir Starszy (Imir), który wyłonił się z ciepłej wody w otchłani Ginnungagap. Ymir dał życie pierwszym ludziom-gigantom oraz lodowym olbrzymom, a na jego cześć nazwano Grzbiet Ymir na Atlantyku.

W Biblii znajdujemy wzmianki o istotach zwanych Nefilim (upadłe anioły) oraz w polskich przekładach o Gigantach. Bardzo często interpretuje się, iż Nefilim i Giganci to ta sama grupa istot, jednak tu stanowi problem gra tłumaczeń językowych, zwłaszcza z hebrajskiego na grecki, i niekoniecznie musi być to właściwa interpretacja. Istoty nazywane Nefilim oraz Anunnaki to temat na oddzielną notkę, gdyż ich istnienie, pojawienie się na Ziemi oraz działalność, jest o tyle istotna dla rodzaju ludzkiego, że może stanowić klucz do poznania początków dziejów człowieka. Zajmijmy się zatem istotami, które uznawane były za Gigantów w takim znaczeniu, jaki tu nas interesuje, a celem przybliżenia różnicy podam przykładowy cytat z Księgi Rodzaju:
A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki.
Synowie Boga, widząc, że córki człowiecze są piękne, brali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się tylko podobały.
Wtedy Bóg rzekł: Nie może pozostawać duch mój w człowieku na zawsze, gdyż człowiek jest istotą cielesną; niechaj więc żyje tylko sto dwadzieścia lat.
A w owych czasach byli na ziemi giganci
(Nefilim zastąpiono słowem giganci); a także później, gdy synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach (Giganci).
Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się.
- Księga Rodzaju.
Bardziej dobitne wyjaśnienie znajdziemy w apokryfach takich jak Księga Henocha:
Aniołowie (Nefilim) ujrzeli kobiety ziemskie i za namową ich dowódcy, Szemihaza, złożyli przysięgę, że spłodzą z nimi dzieci. Dwustu aniołów zstąpiło na Ziemię, każdy wybrał sobie kobietę, którą nauczył czarów i zaklęć. Ze związków tych narodzili się giganci, wysocy na trzy tysiące łokci. Ponieważ ludzie nie mogli ich utrzymać, giganci obrócili się przeciwko nim.
O Olbrzymach donosili także szpiedzy Mojżesza, którzy zostali wysłani do ziemi Kanaan:
I rozgłaszali złe wiadomości o kraju, który zbadali, mówiąc do Izraelitów: „Kraj, któryśmy przeszli, aby go zbadać, jest krajem, który pożera swoich mieszkańców. Wszyscy zaś ludzie, których tam widzieliśmy, są wysokiego wzrostu.
Widzieliśmy tam nawet olbrzymów - Anakici pochodzą od olbrzymów — a w porównaniu z nimi wydaliśmy się sobie jak szarańcza i takimi byliśmy w ich oczach". -
Księga Liczb.
Nie tylko w przekazach biblijnych czy apokryficznych znajdujemy informacje na temat Gigantów, Tytanów, Olbrzymów z krwi i kości, ale także sama mitologia hebrajska nie jest uboga w opisy tych istot. Apokryficzna Księga Barucha podaje nawet, że na ziemi w owym czasie żyło 4 090 000 Gigantów, a realne ich istnienie w tamtych okresie dla autorów starożytnych przekazów było oczywiste.

W mitologii indyjskiej Kaśjapa był ojcem olbrzymów Dajtjów i Danów, którzy sprzymierzyli się z asurami (odpowiednikami upadłych aniołów w Biblii i apokryfach) w wojnie z dewami.

Olbrzym Światogor znany jest głównie w przekazach pochodzących z Rosji. Miał być tak masywny, że komfortowo czuł się jedynie na terenach skalistych. A skoro mowa o terenach bliskich naszym ziemiom, to warto wspomnieć, że mitologia słowiańska jest równie bogata w opisy ludzi o gigantycznych wymiarach. Kto z nas nie zna legend o Waligórze i Wyrwidębie, kto nie słyszał o Lelum i Polelum, Giewoncie lub o olbrzymich Stolemach, ten zapewne nie ma też pojęcia, iż w Łupawie znajduje się największe zachowane cmentarzysko grobów megalitycznych w Polsce, nazywane grobami olbrzymów.

Fakty o Gigantach.


We wszystkich światowych mitologiach aż roi się od olbrzymów. Na każdym kontynencie i w niemal każdej kulturze znajdujemy wspólne cechy – ludzie o gigantycznych rozmiarach zazwyczaj nie byli przyjaźnie usposobieni do słabszych ludzi, a bogowie zsyłają potop głównie w celu zlikwidowania zagrożenia ze strony Gigantów. Sceptycy oczywiście stwierdzą, że to tylko mity, legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie, systematycznie kolorowane z każdym następnym przekazem. Z pewnością ludzie posiadają dar wyolbrzymiania tematu olbrzymów. Światowy potop jest jednak faktem potwierdzonym naukowo. Co do przyczyny wystąpienia potopu uczeni wciąż się spierają, więc nie wiemy, ile prawdy jest w tym, iż wkurzeni bogowie zesłali go na ziemię, aby zniszczyć krwiożerczych Gigantów.

Z legendarnych czasów stopniowo przenieśmy się do wydarzeń bliższych naszym.

5 kwietnia 1722 r. w Niedzielę Wielkanocną, holenderska wyprawa pod dowództwem admirała Jacoba Roggeveena po Oceanie Spokojnym, natknęła się na nieznany dotąd ląd, który nazwano Wyspą Wielkanocną na cześć dnia odkrycia. Jacob Roggeveen zyskał sławę odkrywcy, a Wyspa Wielkanocna jest do dziś znana przede wszystkim z 887 kamiennych posągów, zwanych moai stawianych na kamiennych platformach ahu. Cel oraz sposób wykonania posągów moai do dzisiaj stanowią zagadkę. Niektóre z nich ważą ponad 20 ton i mają ponad 6 metrów wysokości. Rekordowy moai waży 270 ton i mierzy 21 metrów wysokości. Wszystkie posągi mają charakterystyczny wygląd ludzkich postaci o gigantycznych rozmiarach. Taką wiedzę o Wyspie Wielkanocnej posiada każdy z nas pobieżnie, o ile ktoś nie interesuje się szczegółami, gdyż gigantyczne posągi nie muszą mieć wiele wspólnego z Gigantami z krwi i kości. I mamy odpowiedni czas i miejsce, by uchylić rąbka tajemnicy czegoś, o czym niewielu z nas wie.

Jak wspominałem wcześniej, J. Roggeveen zyskał sławę odkrywcy i tylko jego nazwisko jest nam dziś znane. Nikt zapewne nie słyszał o innych członkach holenderskiej wyprawy i zapewne nikomu nie jest znane nazwisko C.F. Behrens, który towarzyszył w wyprawie admirałowi, sporządzając codzienne notatki.
„Naprawdę mogę powiedzieć, że wszyscy ci dzicy (tubylcy) są więcej niż ogromnych rozmiarów. Mężczyźni są wysocy i potężnie zbudowani, mają przeciętnie 12 stóp (3,65 metra) wzrostu. Jest to bardzo zadziwiające, najwyżsi ludzie na pokładzie naszego statku mogli przejść pomiędzy nogami tych dzieci Goliata, nie pochylając przy tym głowy. Kobiety nie mogą równać się posturą z mężczyznami i najczęściej nie są wyższe niż 10 stóp (3 metry) wzrostu". - C.F. Behrens.
Co możemy sądzić o takiej relacji? Czy mamy wierzyć naocznemu świadkowi, czy raczej wrzucić na jedną półkę z mitami opisywanymi powyżej? Wyprawa po odkryciu wyspy zyskała i tak dostateczną sławę, więc wydaje się, że nie byłoby sensu wprowadzać dodatkowych sensacji kłamliwymi relacjami. Behrens potrafił odróżnić gigantyczne posągi od żywych tubylców, chociaż po odkryciu wyspy ekipa wcale nie zainteresowała się ogromnymi moai, sądząc, że są wykonane z gliny.

Przesuwając się coraz bliżej naszych czasów, sytuacja staje się coraz ciekawsza. Archeolodzy na całym świecie zaczęli donosić o odkryciach, które budziły wiele kontrowersji w świecie nauki oraz sensacji w opinii publicznej. Historia człowieka została już napisana, a czego nie ma w książkach, to nie istnieje. Tak było, jest i zapewne będzie. Archeolodzy, którzy zaczęli donosić o odkryciach ludzkich szczątków o gigantycznych kształtach, tracili renomę, wiarygodność, byli piętnowani przez środowisko ortodoksyjnej nauki i często też tracili dalsze fundusze na kontynuację prac, a nawet często tracili posadę. Noble za błędy autorytetów rozdane i wygodniej jest utrzymywać kłamstwo jako prawdę, niż utracić autorytet. No tak, a co z dowodami? Przecież gigantyczne ludzkie szczątki odkopywano. Co z nimi?

Instytut Smithsonian to największe na świecie centrum badań i zarazem największy magazyn naukowy w USA. W skład Smithsonian Institute wchodzi 19 muzeów. Placówka współpracuje ze 168 innymi muzeami w 39 stanach, Panamie i Portoryko. Sama posiada 17 ośrodków badawczych takich jak np. różne stacje terenowe, m.in. na obszarach podbiegunowych. Smithsonian Institute zatrudnia najwybitniejszych naukowców w swych dziedzinach i jest jakoby autorytetem samo w sobie. Gdzie zatem miały trafiać odkopane szczątki Gigantów, jeśli nie do Smithsonian Institute. A trzeba powiedzieć od razu, że dowody te strasznie nie spodobały się autorytetom, którzy zawsze twierdzili, że Giganci to mit, a teoria ewolucji Darwina to świętość nad świętościami. Co ma jedno z drugim wspólnego? Oczywiście oficjalne przyznanie, że ludzie Giganty żyli naprawdę, pośrednio może spowodować obalenie mitu o ewolucji według Darwina.

Archeolodzy z prawdziwego zdarzenia, dla których najważniejsza jest prawda obojętnie jaka by była, wiedzieli, że liczne szkielety Gigantów w niewyjaśnionych okolicznościach nagle znikają w mrocznych piwnicach Smithsonian Institute. Z czasem „niższy” szczebel naukowców nabrał przekonania, że dowody są ukrywane lub niszczone, a prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. Wystąpić przeciw Smithsonian to jak walka Dawida z Goliatem, ale walkę podjęto i dokonano niemożliwego. Jak Dawid pokonał gigantycznego Goliata, tak niezależni archeolodzy pokonali w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych, w nierównej walce pseudonaukowców ze Smithsonian Institute. Dzięki wykradzionej kości udowej o długości 1,3 metra, która posłużyła za dowód w procesie, organizacja American Institution of Alternative Archeology udowodniła, że pseudonaukowcy ze Smithsonian Institute ukrywają i niszczą cenne wykopaliska. W sumie udowodniono, że zniszczonych zostało dziesiątki tysięcy szczątków Gigantów, a Sąd Najwyższy USA zmusił Smithsonian Institute do ujawnienia zastrzeżonych dokumentów, sięgających początków dwudziestego stulecia. Podczas procesu wyszło także na jaw, że ludzie ze Smithsonian Institute zatopili w Atlantyku cały ładunek o wadze kilkunastu ton, niewygodnych dla nauki artefaktów. Co zniszczyli – tego dokładnie wiedzieć nie możemy, gdyż wszelkie dokumenty w tej sprawie mają być ujawnione dopiero w 2020 r. Być może znajdziemy dowody na to, że pradawne cywilizacje były tak wysoko rozwinięte, że potrafili modyfikować genetycznie wszelkie żywe stworzenia z człowiekiem włącznie.

Ogólnie w tle naukowych oszustw, spodziewać się możemy dosłownie wszystkiego. Nawet tego, że na jakimś etapie zostaliśmy zmodyfikowani przez istoty, które we wszystkich pismach świętych całego świata, nazywani są bogami. Wszak do dzisiaj nie jest wyjaśnione, dlaczego 15% ludzkiej populacji posiada krew z czynnikiem Rh- minus, który zarezerwowany jest dla mutantów.

19.11.2018

Galaktyczne Superfale


Dlaczego następuje noc po dniu, wszyscy wiemy doskonale. Wiemy też, dlaczego cyklicznie zmieniają się pory roku oraz to, że rok to jedno okrążenie Ziemi wokół Słońca. Nasz Układ Słoneczny jednak to mały trybik w ogromnym mechanizmie, gdzie Słońce wraz ze wszystkimi planetami naszego układu, również podlega silniejszym wpływom centrum Drogi Mlecznej, naszej Galaktyki. Możemy jedynie wyobrażać sobie potęgę czegoś, co znajduje się w centrum Galaktyki, co zmusza nasz Układ Słoneczny do podróży w nieznane. A jeśli przyjąć pewne teorie za słuszne, okazać się może, iż centrum Galaktyki nie zawsze jest takie spokojne, jak się wydaje, tym bardziej że teorie te mówią o cyklicznych zjawiskach, które powinny przebudzić się w czasach obecnych, a które odpowiadają za katastrofy w przeszłości.


Centrum Drogi Mlecznej złożony z trzech fotografii wykonanych za pomocą teleskopów Hubble'a , Spitzera oraz Chandra.
Centrum Galaktyki   Foto: NASA/JPL-Caltech/ESA/CXC/STScI
Patrząc na nocne niebo, łatwo możemy zlokalizować gwiazdozbiór Strzelca. Dlaczego jest on dla nas tak ważny? Otóż dlatego, że patrząc w tym kierunku, patrzymy w stronę centrum naszej Galaktyki. Oczywiście gołym okiem niczego szczególnego nie dostrzeżemy, ale mamy już pewne wyobrażenie, w którym kierunku znajduje się ta potężna siła, której podlega cały nasz Układ Słoneczny. Istnieją teorie mówiące, że w centrum Drogi Mlecznej znajduje się tajemnicza, niezbadana Czarna Dziura, czyli obiekt o takiej masie ciała, że nawet światło nie może z niego uciec. Nie jest to potwierdzone ostatecznie, zatem niczego nie możemy przesądzać, wiemy natomiast, że w centrum naszej Galaktyki istnieje coś, co emanuje niewyobrażalnie potężną siłę, która cyklicznie daje o sobie znać niczym Słońce podczas zjawiska nazywanego koronalnym wyrzutem masy (CME). Bardziej szczegółowo o burzach słonecznych, które wywołują burze magnetyczne niebezpieczne dla nas, opisałem w notce Burza magnetyczna a upadek cywilizacji.

Dr Paul A. LaViolette jest autorem teorii, która mówi, że fale kosmicznego promieniowania o wysokiej intensywności przemieszczają się bezpośrednio na naszą planetę z odległego źródła w naszej Galaktyce, co potwierdzają dane naukowe. Jest także pierwszym, który odkrył wysokie stężenia pyłu kosmicznego w polarnym lodzie z epoki lodowcowej, co wskazuje na wystąpienie globalnej kosmicznej katastrofy w czasach pradawnych. Odkrycie to zostało potwierdzone dziesięć lat później w 1993 r. Dzięki danym z sondy kosmicznej Ulysses i przez obserwacje radarowe z Nowej Zelandii, dokonał prognozy na temat przemieszczania się pyłu międzygwiezdnego do Drogi Mlecznej.

Powyżej wymienione odkrycia i sama teoria mają ze sobą ścisłe powiązania, gdyż sugerują, że katastrofa sprzed około 12 000 lat, została wywołana, lub precyzyjniej będzie stwierdzić zapoczątkowana, przez bombardowanie Drogi Mlecznej promieniowaniem pochodzącym z centrum Galaktyki, a na podstawie badań lodowców można wywnioskować, że podobne fale kosmicznego promieniowania o potężnej intensywności następują cyklicznie. Nie znamy przyczyny cyklicznej aktywności czegoś, co znajduje się w centrum Galaktyki, ale wiemy, że jak Słońce przechodzi swoje jedenastoletnie cykle, tak też co kilkanaście tysięcy lat coś zaczyna emanować silnym promieniowaniem kosmicznym wprost z centrum Drogi Mlecznej. Dr P. LaViolette zjawisko to nazwał Galaktyczną Superfalą i na podstawie badań lodowcowych obliczył, że cykliczność promieniowania wskazuje na to, że żyjemy w czasach dużego ryzyka wystąpienia kolejnej Galaktycznej Supefali, która w dalekiej przeszłości, być może była odpowiedzialna za liczne, następujące po sobie co tysiące lat, globalne katastrofy na Ziemi. Nie oznacza to, że kolejna Galaktyczna Superfala nadejdzie jutro czy za rok. Sugerować jedynie może, o ile teoria jest słuszna, że nasza cywilizacja wkrótce może paść jej ofiarą po raz kolejny.

Do tej pory zdawano sobie sprawę, że jądro Galaktyki ma swoje okresy humorów oraz że co jakiś czas następuje przebudzenie i uwolnienie siły trylion, trylionów, trylionów, trylionów silniejszej, niż najsilniejsza znana nam burza słoneczna, a skutki eksplozji odczuwalne są w całej Drodze Mlecznej. Przypomnieć tu należy, iż nasza Galaktyka ma średnicę około 100 000 lat świetlnych i ok. 1000 lat świetlnych grubości, a Słońce oddalone jest od centrum Galaktyki o ok. 28 000 lat świetlnych. Odległości niewyobrażalne, ale na podstawie tych ogromnych odległości możemy sobie wyobrazić potęgę aktywności jądra, skoro wiemy, że promieniowanie kosmiczne odczuwalne jest w całej Galaktyce. Zdawano sobie zatem sprawę z niebezpieczeństwa aktywności centralnego obiektu Galaktyki, ale sądzono, że cykliczność zjawiska nie jest krótsza niż miliony lat. Paul A. LaViolette swymi badaniami rdzeni lodowych dowiódł, że aktywność jądra Drogi Mlecznej następuje nie co miliony lat, ale co ok. 10 000 lat. Dowiódł także, że ostatnia galaktyczna burza nastąpiła ok. 12 000 lat temu, co sprawia, o ile przyjąć stałą cykliczność, że właściwie kolejna Galaktyczna Superfala jest spóźniona.

Zagrożenie dla Ziemi wynikające z kolejnej Galaktycznej Superfali.


Położenie Ziemi na obrzeżu Galaktyki przed bombardowaniem promieniami kosmicznymi chroni nas w bardzo niewielkim stopniu. Centralna eksplozja, jak wcześniej było poruszane, dotyka całą Galaktykę. Najbardziej istotnym dla nas faktem jest to, że promieniowanie w silnym stopniu wpływa na aktywność słoneczną, wywołując słoneczne zderzenie protonowe (SPE). Coś w rodzaju protonowej burzy, co skutkuje efektem podobnym do zorzy polarnej, z tym że w zjawisko zaangażowane są protony, a nie elektrony. Silna burza protonowa ma związek z burzami geomagnetycznymi, które mogą powodować rozległe zakłócenia w sieciach elektrycznych. Poza tym Galaktyczna Superfala silnie wpływa na przebudzenie rozbłysków słonecznych o ogromnej intensywności, co już dla Ziemi jest katastrofalne w skutkach, gdyż silna burza słoneczna ma już bezpośredni wpływ na burze magnetyczne o ogromnym natężeniu. A to z kolei skutkuje zniszczeniem satelit, elektroniki oraz pozbawia nas energii. Zdestabilizowane Słońce bogatsze w silniejsze rozbłyski wpłynie destrukcyjnie na ziemską atmosferę i magnetosferę, a to sprawi znów, że Ziemia i wszystko, co na niej żyje, stanie się bezbronne przed wzmożonym promieniowaniem kosmicznym. Cywilizacja, jaką dzisiaj znamy, staje się z dnia na dzień historią. Efektem ostatniej eksplozji jądra Galaktyki, według LaViolette'a było to ok. 12 000 - 12 900 lat temu, była gwałtowna zmiana klimatu, która przyczyniła się do wyginięcia wielu gatunków zwierząt, łącznie z mamutami.

Jeśli za naszego życia jądro Galaktyki przebudzi swą aktywność wywołując Galaktyczną Superfalę, będziemy o tym wiedzieli z wyprzedzeniem kilku dni. Na niebie w okolicach gwiazdozbioru Strzelca, pojawi się intensywne, silne biało-niebieskie światło. Galaktyczna Superfala dotrze do Ziemi i Słońca dopiero za kilka dni, jako że promieniowanie kosmiczne nie osiąga prędkości światła. Co będzie później i co powinniśmy zrobić? Być może odpowiedź tkwi w starożytnych odkryciach i legendach. Być może ludzie z pradawnych, wysokorozwiniętych, zaginionych cywilizacji potrafili to przewidzieć, skoro zadziwiają dziś naukowców doskonałą wiedzą w wielu dziedzinach, w tym, jak najbardziej astronomii. Jeśli tak było, to nie trudno domyślić się, że odkrywane sieci tuneli pod ziemią były budowane w celach ochronnych. Być może legendarna Agharta była schronem dla ogromnej populacji ludzi pradawnej cywilizacji. Być może pod Piramidami nie tylko w Egipcie, kryją się sieci podziemnych, ochronnych tuneli. Przynajmniej naukowcy są zgodni co do tego, że pod Sfinksem takie tunele występują, a kwestia ich odkrycia jest kwestią czasu.

Czy teoria LaViolette'a jest słuszna? Tego wiedzieć z całą pewnością nie możemy. Wiemy jedynie, że od pradziejów cywilizacje rozwijały się i nagle znikały bez śladu, a zjawisko to zdaje się mieć charakter cyklicznej częstotliwości. Podobnie jak eksplozja jądra Galaktyki.

11.11.2018

Niewyjaśnione zniknięcia ludzi


Każdego dnia ktoś wychodzi z domu i nie wraca. Porwania, ucieczki od świata, choroby lub wypadki chodzą po ludziach i są to naturalne zjawiska, których każdy może doświadczyć. Po wnikliwych poszukiwaniach duża część ludzi zaginionych odnajduje się lub, i tak bywa, odnajdywane są ciała. Są jednak przypadki, które absolutnie nie pasują do powyższego schematu. Zdarza się, że ludzie znikają nagle i wszelki ślad po nich się urywa. Żywi czy martwi, nie są odnalezieni nigdy, a scenariusz ich zniknięcia owiany jest mroczną tajemnicą.


Wojska Brytyjskie przy Zatoce Suvla z roku 1915
Wojska Brytyjskie przy Zatoce Suvla 1915 r. Fot/Flickr
Bazy danych osób zaginionych na całym świecie przepełnione są nazwiskami ludzi, którzy aktualnie są poszukiwani przez ich rodziny oraz zdjęciami ludzi, którzy wyszli z domu i na skutek choroby nie pamiętają ani swojego nazwiska, ani adresu. Prędzej czy później większość z tych ludzi odnajdzie swój dom lub w najgorszych przypadkach, zostaną odnalezione ciała zaginionych. Co jednak z przypadkami, których nikt nie potrafi wyjaśnić? Człowiek, a nawet całe grupy ludzi znikają w tym samym czasie bez żadnej wytłumaczalnej przyczyny. Sceneria wokół nich nigdy nie wskazuje na to, że świadomie mogli opuścić miejsce swego pobytu nagle. Ich rzeczy osobiste przeważnie są na swoim miejscu i nie zostawiają wiadomości, by nagle bez żadnych przyczyn zniknąć bez śladu, i nigdy nie zostają odnalezieni żywi, ani martwi. Mogłoby to się wydawać absurdem i jakieś wyjaśnienie być musi. Niestety takich przypadków jest mnóstwo, a wszelkie próby wyjaśnienia tajemniczych zniknięć spełzają na porażce.

Przybliżając problem, na początek podam przykład jedenastoletniego chłopca, Oliviera Thomasa, który w roku 1909 w wieczór wigilijny wyszedł do studni po wodę. Zaniepokojeni zbyt długą nieobecnością chłopca rodzice, wyszli sprawdzić, co się dzieje z Olivierem. Jak się okazało, chłopiec nigdy nie dotarł do pobliskiej studni, na co wskazywały urywające się w połowie drogi ślady na śniegu. Ani żywego chłopca, ani jego ciała nie odnaleziono nigdy.

Zupełnie nieprawdopodobne wydaje się, aby 145 osób nagle rozpłynęło się w powietrzu. Rzeczywistość czasem może okazać się bardziej fantastyczna, niż nam się wydaje. Świadkami tego zdarzenia było 22 żołnierzy nowozelandzkich, którzy długo milczeli na ten temat, i nie ma co się dziwić, ale po latach postanowili przerwać milczenie i zgodzili się zeznawać pod przysięgą o wydarzeniach z roku 1915. Podczas pierwszej wojny światowej na terenach Europy Południowej toczył się konflikt zbrojny między Turkami a Brytyjczykami. W walkach brał udział batalion żołnierzy brytyjskich z Pierwszego 5 Regimentu Norfolk. 21 sierpnia Brytyjczycy otrzymali rozkaz natarcia w kierunku Zatoki Suvla i zdobycia Wzgórza 60, które było głównym punktem oporu wojsk tureckich. Nowozelandczycy zeznali, że cały ranek niższa część wzgórza spowita była dziwnie wyglądającą mgłą. Dlaczego mgła wydała im się dziwna? Twierdzili, że tego dnia wiał dość silny wiatr z południowego zachodu, a mimo to mgła nie rozpraszała się, nie opadała, jakby nie podlegała prawom fizyki, a żołnierze nowozelandzcy mieli dość dobry widok na sytuację ze swych pozycji poniżej. Brytyjczycy, mając rozkaz zdobycia wzgórza, weszli wprost we mgłę, myśląc, że ta udzieli im kamuflażu. Niestety. Nowozelandczyki zeznali pod przysięgą, że tuż po wejściu brytyjskiego batalionu we mgłę, ta nagle zaczęła się kłębić, zagęszczać aż przybrała formę na wzór ogromnego bochenka chleba, by w chwilę potem unieść się w górę do nieba i odpłynąć w przeciwną stronę do kierunku wiejącego wiatru. Dramatycznym zaskoczeniem dla Nowozelandczyków było to, iż mając doskonały widok na miejsce akcji, nie dostrzegli u podnóża wzgórza już ani jednego brytyjskiego żołnierza. Batalion liczący 145 żołnierzy brytyjskich rozpłynął się w powietrzu. Długie milczenie naocznych świadków jest dość zasadne, któż ośmieliłby się zeznać, że mgła zabrała cały batalion żołnierzy? Nigdy nie zostało odnalezione ani jedno ciało żołnierza z feralnego batalionu, a po zakończeniu konfliktu, gdy dokonano wymiany jeńców wojennych, okazało się, że żaden żołnierz z batalionu Pierwszego 5 Regimentu Norfolk, nie został wzięty do niewoli. Los żołnierzy do dziś nie jest znany.

Incydent z pierwszej wojny światowej nie jest jedynym tego typu przypadkiem. Rok 1937 to czas krwawego konfliktu zbrojnego pomiędzy Republiką Chińską i Cesarstwem Wielkiej Japonii. W grudniu tego roku, gdy wojska japońskie próbowały zdobyć Nankin, Chińczycy dokonali wszelkich starań w celu ochrony bardzo ważnego strategicznie mostu, lokując tam silny oddział liczący około 3 tys. żołnierzy. Już na drugi dzień po rozmieszczeniu wojsk mających rozkaz obrony mostu, dowódca chiński, generał Li Feu Siea, został zaalarmowany meldunkiem o utracie łączności radiowej z dywizją obronną. Generał miał pewność, że wojska japońskie zdobyły most, co byłoby tragiczne dla Chińczyków. Natychmiast wysłał na miejsce zwiadowców w celu dokładnego zbadania sytuacji. To, co usłyszał po ich powrocie, zatrwożyło i zadziwiło go bardziej, niż się sam spodziewał. Jak się okazało, Japończycy nie przeprowadzili żadnego ataku, na miejscu brak było śladów walk, nie znaleziono ani jednego ciała, ale też nie odnaleziono ani jednego żywego żołnierza. Sytuacja niesłychanie dziwna z kilku powodów. Dezercja 3 tys. żołnierzy absolutnie nie wchodziła w grę. Wojna chińsko-japońska charakteryzowała się okrucieństwem, a tak silna dywizja nie poddałaby się bez walki, wiedząc, że niewola to prawdopodobna śmierć. Tak duża liczba wojsk wycofać się też nie mogła, gdyż formacje rozmieszczone dalej na pewno by to dostrzegły, a pewne jest, że dywizja strzegąca mostu na pewno się nie cofnęła przez most. Ta chińska zagadka jeszcze dość długo po zdarzeniu była wnikliwie analizowana, gdyż dzięki temu incydentowi Japończycy przekroczyli most bez jednego strzału i z łatwością zdobyli Nankin. Wnikliwe śledztwo przeprowadzone przez rząd chiński już po zakończeniu drugiej wojny światowej, nie doprowadziło do żadnego logicznego wyjaśnienia zagadki. Jedyne co ustalono z całą pewnością to fakt, że nigdy nie odnaleziono ani jednego martwego ciała i nigdy nie widziano, ani jednego żywego żołnierza broniącego mostu w grudniu 1937 r.

Jak się okazuje, historia zna przypadki niewyjaśnionych zaginięć całych wiosek. Władze Kanadyjskie do dziś nie mogą rozwikłać zagadki rozpłynięcia się całej osady Eskimosów, którzy zamieszkiwali teren nad brzegiem jeziora Angikuni w 1930 r. Osadę dość często odwiedzał traper Joe Labelle, który zaprzyjaźnił się z Eskimosami oraz prowadził z nimi mały handel wymienny. Pewnego listopadowego dnia wybrał się do osady po dwutygodniowej nieobecności, spodziewając się jak zwykle zastać bawiące się dzieci na dworze i przyjacielskich przywitań licznych Eskimosów, zaciekawionych, co tym razem Joe miał dla nich do potargowania się. Zamiast tego przywitała go głucha, złowieszcza cisza. Zaniepokojony traper obszedł wszystkie domy, nie znajdując żadnego mieszkańca osady. Tym bardziej poczuł się zaniepokojony, gdy w domach znalazł strzelby i koce Eskimosów, a na wygasłych paleniskach znajdowały się kociołki z zamarzniętym mięsem karibu, co sugerowało, że członkowie plemienia zniknęli w trakcie przygotowywania posiłku, ale jakby nie zdąrzyli go zjeść. Nawet gdyby coś zmusiło Eskimosów do szybkiego opuszczenia osady, to z pewnością zabraliby ze sobą strzelby i koce. Rozpaczliwie zaczął szukać choćby małego śladu wyjaśnienia całej sytuacji. Sprawdził brzeg jeziora, ale gdy odnalazł przycumowane kajaki, zatrwożył się tym bardziej. Wszystko było na swoim miejscu jak zawsze, żadnego śladu paniki, walki z kimkolwiek, brakowało tylko żywego człowieka, a plemię nie było małe, liczyło około 2 tys. Eskimosów. Joe Labelle był doświadczonym traperem polującym na zwierzęta futerkowe i potrafił odnaleźć ślady ucieczki tak ogromnej grupy ludzi. Nic z tego. Nie odnalazł ani jednego śladu świadczącego, że Eskimosi w tak wielkiej grupie zmuszeni byli opuścić osadę. W ogóle żaden ślad nie wskazywał na to, że ktoś opuścił wioskę. Poza tym w osadzie brakowało także psów pociągowych husky, ale brakowało też ich śladów. Traper czym prędzej zawiadomił Kanadyjską Policję Konną, wiedząc, że zdarzyło się coś złego, czego nie potrafił jako doświadczony myśliwy wyjaśnić. Policja natychmiast rozpoczęła poszukiwania na ogromną skalę. Przeszukano jezioro, brzegi i całe tereny wokół osady. Sytuacja stała się tym bardziej dramatyczna i zagadkowa, gdy odnaleziono pod zaspą zamarznięte psy pociągowe. Zarówno Policja, jak i Traper mieli pewność, że Eskimosi, nawet gdyby odeszli, na pewno nie zostawiliby na pastwę losu swoich psów. Druga tajemnicza sprawa, że w takim przypadku odpada opuszczenie osady drogą lądową. Odnalezione martwe psy oraz przycumowane kajaki pogłębiało tajemnicę. Największą zagadką było jednak odkrycie, że groby przodków plemienia były rozkopane i puste. Brakowało zatem nie tylko wszystkich żywych Eskimosów, ale także martwych ciał, a wiedzieć trzeba, że na tych terenach ziemia zamarznięta jest na kamień. Wnikliwe dwa śledztwa, powtórzone poszukiwania na większych terenach nie pozwoliło do dzisiaj wyjaśnić tej zagadki. Nigdy nie odnaleziono ani jednego członka plemienia żywego i nigdy nie odnaleziono żadnego ciała Eskimosa z tej osady. Wysokiej rangi oficer Kanadyjskiej Policji Konnej stwierdził, że nigdy w swej długiej karierze nie spotkał się z podobną sprawą. Stwierdził jednoznacznie, że to wszystko jakby pozbawione było sensu i logiki, a nagłe zniknięcie 2 tys. Eskimosów bez żadnego śladu jest fizycznie niemożliwe. Prędzej czy później coś musiałoby się wyjaśnić. Niestety do dzisiaj na żaden ślad nie natrafiono.

Takich opowieści można przytoczyć mnóstwo. Pomijam tu relacje niewyjaśnionych zaginięć w rejonie Trójkąta Bermudzkiego, gdyż te opisałem w notce Ofiary Trójkąta Bermudzkiego i mają one trochę odmienny charakter. Zastanawia tylko, co z tymi ludźmi się dzieje po zniknięciu? Co sprawia, że nagle znikają bez wieści? Gdzie obecnie są, o ile nadal żyją lub gdzie szukać ich ciał? I w końcu najważniejsze pytanie, czy wszystko wiemy o świecie, w którym żyjemy?