09.09.2018

Imigracyjna polityka PiS




Imigracyjna polityka partii Prawo i Sprawiedliwość najwyraźniej dąży do destabilizacji Polski oraz działa na niekorzyść Polaków we własnym kraju. Pytanie tylko, czy PiS robi to świadomie i celowo, czy raczej politycy sami nie wiedzą jakie piekło fundują własnym rodakom.


Imigranci masowo napływający do Europy
Imigranci Fot/YouTube
Wygrane wybory parlamentarne w roku 2015 partia Prawo i Sprawiedliwość zawdzięcza wielu czynnikom, które na to się złożyły. Rzecz jasna najbardziej na sukces PiS wpłynęły te obietnice, które nie zostały w ogóle spełnione lub zostały wypaczone w taki sposób, aby wyborca odczuł, że coś dostał, ale jednocześnie nie dostrzegł, iż w rzeczywistości niczego nie dostał, a kupił. A to już ogromna różnica. Nie oszukując się, choć wielu kibiców partii PiS odda życie za bezsensowny sprzeciw, Prawo i Sprawiedliwość wybory wygrała dzięki sile głosów najniższej klasy społecznej, czyli pracowników pracujących na umowach śmieciowych z szablonową stawką najniższą krajową aż do emerytury, przeciwników wysokich podatków za rządów PO/PSL oraz przeciwników polityki migracyjnej. W rzeczy samej na partię Prawo i Sprawiedliwość wyborcy głosowali także z innych powodów, chociażby tylko dlatego, by usunąć od władzy ośmioletnie rządy koalicji PO/PSL, to jednak powyższe trzy czynniki najmocniej wpłynęły na sukces PiS, gdyż wyborcy chcieli zmian głównie dla własnego dobra.

W najśmielszych snach nie spodziewali się jednak, że głosując na PiS otworzą Puszkę Pandory, oraz że doprowadzą do spełnienia przepowiedni dotyczących zalania świata (w tym przypadku Polski) żółtą rasą, które wieściła królowa Saby.

Nie oszukujmy się i powiedzmy to głośno – wyborca ma w czterech literach budżet państwa, a jedyny budżet, który go interesuje, to budżet własny. Wyborca głosujący na PiS spodziewał się przede wszystkim wyższych zarobków, pracy na legalnych, pełnowartościowych umowach o pracę z faktyczną stawką, a nie najniższą krajową, obniżenia kosztów pracy oraz podatków, i spodziewał się, że nie będzie musiał wyjeżdżać za chlebem do pracy do wyżej rozwiniętych krajów Unii Europejskiej. Podkreślam – Unii Europejskiej, a nie poza jej granicami. To ma duże znaczenie, gdyż Polacy obserwowali tragiczne skutki przyjmowania imigrantów spoza Unii Europejskiej przez kraje Europy Zachodniej. Polacy nie chcieli w Polsce ani uchodźców, ani też imigrantów zarobkowych, przybywających z krajów poza granicami UE.

Mijają trzy lata rządów PiS i co obserwuje wyborca? Umowy śmieciowe kwitną w najlepsze, wprowadzane są nowe „podatki” pod przykrywką innego ich nazewnictwa oraz z każdym miesiącem, tygodniem i dniem, wciąż nową liczbę imigrantów zarobkowych spoza granic Unii Europejskiej. Pamiętajmy, że partia Prawo i Sprawiedliwość mocno potępiała politykę migracyjną i równie mocno podkreślała, że w Polsce imigrantów spoza Unii Europejskiej nie będzie.

Pomińmy kłamstwa dotyczące podatków i umów śmieciowych, a zajmijmy się kłamstwem w sprawie polityki migracyjnej.

Liczba imigrantów z Ukrainy nie zaskakuje już nikogo, gdyż to właśnie rząd PiS na nich jako pierwszych, skupił całą swą politykę migracyjną. Nie trzeba podawać za dowód statystyk, albowiem pracownicy z Ukrainy przeniknęli do firm w każdym mieście i stopniowo ta liczba zwiększa się z każdym miesiącem. Mało już jest firm w Polsce, w której nie pracują pracownicy z Ukrainy. Rząd jednak posunął się dalej w swej migracyjnej polityce i planowane są liczniejsze, masowe nabory rąk do pracy z Wietnamu, Indii, Filipin, Tajlandii oraz innych krajów w tym również tych, gdzie dominuje kultura muzułmańska. Religia i kultura jednak odgrywa tu znacznie mniejszą rolę, gdyż Polak powinien zwrócić uwagę na coś, co jest przed nim skutecznie ukrywane. Konsekwencje polityki masowej imigracji. A nowa ustawa o rynku pracy przewiduje, że fala migracyjna będzie liczona w milionach.

Wyimaginowany brak polskich pracowników.


Rząd PiS stwierdza w swych tłumaczeniach, że w Polsce brakuje rąk do pracy, a bezrobocie spada. Nie mówi jednak otwarcie dlaczego? Otóż tu należy podkreślić, że bezrobocie maleje, ale jedynie wirtualnie. Politycy PiS ukrywają, że pracownik mający na karku komornika czy firmę windykacyjną, dzięki temu, że PiS nic nie zrobił ze śmieciówkami, polski pracownik zmuszany jest do pracy na czarno. Gdyby PiS zlikwidował umowy śmieciowe, komornik pracownikowi pracującemu na umowie o pracę, zabierałby nieznaczną sumę, co opłacałoby się pracownikowi pracować legalnie. A tu trzeba koniecznie jasno powiedzieć, że zdecydowanie największa liczba dłużników, długi swe mają na skutek małych zarobków. Pracownik zarabiający najniższą krajową musi w końcu zaplątać się w pętle kredytowe w parabankach. Opisałem to szerzej w notce Demokracja orwellowska. Dodam tu jedynie, że jeśli dłużnik swoje dochody czerpie z umowy zlecenia bądź umowy o dzieło, komornik ma prawo zająć całą jego pensję. Takie umowy dla pracownika fizycznego są zwykłymi śmieciówkami i każdy normalny człowiek będzie unikał pracy na takich umowach z obawy, iż zostanie mu odebrany cały zarobek. Nikt z rządu nie bierze tego pod uwagę, mówiąc z uśmiechem o spadku bezrobocia. Zadłużony pracownik zmuszany jest taką polityką do pracy na czarno, a według polityków PiS bezrobocie zmalało. Ten pracownik jednak nadal jest pracownikiem, ale nierejestrowanym z tego powodu, aby komornik nie odebrał mu tego, co zarobił.

Czy się mylę? Czy ktoś, z kibiców partii Prawo i Sprawiedliwość stwierdzi, że takich pracowników jest znikoma ilość? Jak wynika z badań BIG Info Monitora i Biura Informacji Kredytowej liczba dłużników rośnie, a na koniec roku 2017 było ich ponad 2,5 mln. Oznacza to, że co najmniej 2 miliony Polaków odrzuci legalną pracę na śmieciówce zlecenie, śmieciówce o dzieło i każdej innej umowie cywilnoprawnej, na rzecz pracy na czarno.

Jasno z tego wynika, że spadek bezrobocia jest tylko wirtualną próbą zatuszowania faktów. Manipulacją, by porażka stała się publicznym sukcesem. Wystarczy jedynie dać gwarancję zadłużonemu pracownikowi, że komornik nie zabierze mu całej pensji a jedynie małą część, wówczas statystyki dotyczące bezrobocia diametralnie zmienią się na niekorzyść wyimaginowanych sukcesów partii PiS. Ale tu znowu jest kolejny dylemat. Aby było to możliwe, PiS musiałby przyznać się do porażki z umowami śmieciowymi, i zmienić je na umowy o pracę. To znowu wiąże się z obniżeniem kosztów pracy i zmusza do obniżki podatków. Można powiedzieć, cała reakcja łańcuchowa zależnych od siebie kłamstw czyni, iż PiS musi trzymać się swojej brudnej drogi. Tracą oczywiście Polacy i cała Polska, ale kogo z polityków to obchodzi? Ważniejszy wyimaginowany sukces.

Zagrożenie imigracyjne wynikające z zasiedleniem.


Nie jest tajemnicą, że pomimo licznych zapewnień polityków PiS, w Polsce istnieje bardzo duży problem z mieszkaniami. Inflacja, a co za tym stoi wzrost cen i podnoszenie podatków sprawia, że problem ten wciąż się pogłębia. Nie jest tajemnicą też, że w związku z powyższym podskoczyły ceny za wynajem mieszkań, a przecież Polacy we własnym kraju też chcą mieć mieszkanie. Z płacy minimalnej niestety Polaków nie stać na wynajem mieszkania. Mówiąc szczerze, to z płacy minimalnej Polaka nie stać na to, by nawet skromnie żyć, a co mówić o własnym mieszkaniu lub wynajęciu drogiego mieszkania. Inflacja sprawia, że te mieszkania będą jeszcze droższe.

Szacuje się, że już w Polsce jest 2-3 miliony Ukraińców, którzy mieszkać gdzieś muszą. Nowa ustawa o rynku pracy przewiduje na początek, że nowa fala imigrantów to ponad 3 miliony pracowników, którzy rzecz jasna też muszą gdzieś mieszkać. Rząd gdzieś zakwaterować ich musi, a tymczasem Polacy z całego kraju od całkiem niedawna donoszą, że istnieje coś w rodzaju eksmisji polskich rodzin z mieszkań komunalnych za niewielkie długi, wynikające tylko i wyłącznie z powodu głodowych zarobków w Polsce. Czy taka polityka ma na celu oczyszczenie mieszkań na rzecz nowych imigrantów? Pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi i do oceny przez rodaków.

Zagrożenie ekonomiczne.


Faktem niezaprzeczalnym jest, że migracja ma na celu poprawę bytu imigrantów, a przez to ich rodzin w ich rodzimych krajach. Naturalne jest zatem, że imigrant pracujący w Polsce zawsze będzie wydawał minimum niezbędne do przeżycia, a większość swojego dochodu będzie wysyłał do swego kraju, skąd przybył. Znamy to wszyscy. Polacy z powodu głodowych pensji również emigrują za chlebem do krajów rozwiniętych w Unii Europejskiej. Znamy doskonale również scenariusz, jak to dzieje się z pracownikami z Ukrainy, którzy już pracują w Polsce. Zawsze minimum tu, a maksimum na wysyłkę. Dzięki temu nieświadomie wspieramy ukraińską gospodarkę, o czym ukraińskie media chwalą się na cały świat.

I co z tego wynika złego? Oczywiście fakt bardzo słabej złotówki w stosunku do euro. Żaden normalny Ukrainiec nie wysyła na Ukrainę taniej złotówki, ale kupuje tu w Polsce mocne euro, za które jest zdecydowanie większa przebitka. Przysyłane przez Polaków euro z Zachodu zaczyna wyrównywać się z euro, które Ukraińcy wysyłają na Ukrainę. Polacy nie chcą wracać do Polski, gdyż PiS niczym nie zachęca ich do powrotu, więc większość Polaków decyduje się więcej wydawać mocnych funtów w Wielkiej Brytanii i euro w krajach, gdzie ta waluta obowiązuje, niż wysyłać zarobione tam pieniądze do Polski. Napływ obcej i mocnej waluty się zmniejsza. Odpowiednio Ukraińcy pracujący w Polsce zarabiają więcej, co sprawia, że więcej wysyłają euro na Ukrainę. Odpływ euro jest wyższy, a to sprawia znowu, że euro w Polsce topnieje jak lód na wiosnę. Taki scenariusz odnotowujemy już dziś, jeszcze przed napływem nowej, wielomilionowej fali imigrantów. Czy trzeba tłumaczysz, co to oznacza w przyszłości, gdy nowi imigranci przybywający do Polski w milionach pomnożą wypływ mocnej waluty z Polski? W skrócie – bilans płatniczy zaczyna się chwiać, złotówka staje się coraz słabsza, wyczerpują się rezerwy walutowe, niekończąca się reakcja łańcuchowa podwyżek cen i podatków, odpływ inwestorów, a na koniec pozostaje ratowanie się nowymi, bardzo drogimi pożyczkami oraz finansowy krach. Grecja bis.

Ponawiam pytania postawione na początku notki, czy politycy partii Prawo i Sprawiedliwość nie mają świadomości, co czynią, czy raczej jest to celowe działanie? Nie bardzo przekonuje mnie, że politycy nie mają pojęcia o zagrożeniach. Analogicznie natomiast pozostaje druga, gorsza opcja, iż doprowadzają do tego celowo. A jeśli celowo, to jaki mają w tym cel? Destrukcja kraju? Komu na tym zależy i dlaczego? Może ma to taki sam cel jak polityka migracyjna na Zachodzie Europy? Destrukcja Europy? Niczego nie wykluczam, ale obserwując polskich polityków splatanych coraz częściej z politykami z Izraela, na myśl przychodzi tylko stare powiedzenie:
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.
A kim jest ten trzeci? Odpowiedź może być ukryta między wierszami w zdaniu powyżej. Wystarczy tylko czujnie obserwować wydarzenia, które rozgrywają się w tle sztucznej mgły tematów zastępczych, które zawsze mają na celu ukrycie przed narodem spraw najistotniejszych.

25.08.2018

Ofiary Trójkąta Bermudzkiego


Trójkąt Bermudzki to jedna z najstarszych, najbardziej tajemniczych i najdramatyczniejszych zagadek świata.


Zarys na mapie wskazujący Trójkąt Bermudzki
Trójkąt Bermudzki  Fot/YouTube
Obszar Trójkąta Bermudzkiego nie jest jednoznacznie określony, ponieważ wielu badaczy tajemnicy rozciąga jego teren aż po wybrzeże Irlandii, przypisując pewne anomalia i tragiczne wydarzenia z tamtego rejonu do zagadki Trójkąta Bermudzkiego. Najczęściej jednak i jak wielu uważa najwłaściwszym obszarem dla określania Trójkąta Bermudzkiego, jest teren pomiędzy Miami, Puerto Rico i Bermudami.

Pierwsze wzmianki o tajemniczych wydarzeniach w rejonie Trójkąta Bermudzkiego pochodzą z czasów, gdy europejskie okręty po raz pierwszy zawędrowały w nieznane rejony Oceanu Atlantyckiego na zachód od Europy, czyli wyprawy Krzysztofa Kolumba w roku 1492. Z dziennika pokładowego Krzysztofa Kolumba dowiadujemy się, że w nocy 11 października 1492 r. zaobserwowano dziwne światła przemieszczające się z nieregularną prędkością nad horyzontem, jakby tańczące z dużym blaskiem płomienie świecy, wykluczając naturalne pochodzenie z nieodkrytego jeszcze lądu. Pamiętajmy, że to wiek XV, a odkrywcom ciężko było ubrać we właściwe słowa zjawisko, które nawet dzisiaj jest dla nas tajemnicą.

Faktem jest, że oceany nawet dzisiaj w XXI wieku, są miejscem budzącym respekt i tak naprawdę bardzo niewiele wiemy o wszystkich zagrożeniach płynących z bezmiaru wód. Są głębiny, do których człowiek nigdy nie dotarł, co sprawia, że mówiąc o morskich obszarach naszego globu, bardzo często mówimy o niezbadanych niebezpieczeństwach. Zatonięcia, awarie statków lub samolotów zdarzają się bardzo często na całym wodnym świecie niezależnie, czy to będzie ocean czy jakiekolwiek morze. Trójkąt Bermudzki jednak jest o tyle wyjątkowy, że w jego obszarze do takich wypadków dochodzi częściej niż gdziekolwiek indziej, oraz to, że w tym rejonie okręty, samoloty i ludzie giną bez wieści. Wyjątkowość Trójkąta Bermudzkiego polega także na występowaniu tam zjawisk często przeczących nauce, co znacznie utrudnia wyjaśnienie fenomenów tam występujących.

Liczne hipotezy wyjaśniające zagadkę mogą być niekiedy odpowiedzią na pewne zdarzenia, ale tylko na poszczególne przypadki, a nie ogół zjawiska. Tak zwane Fale Wyjątkowe (nagle powstająca, pojedyncza i gwałtowna, wysoka fala dochodząca do 30 metrów wysokości), może stanowić wyjaśnienie zatonięć okrętów, ale tego zjawiska w żaden sposób nie można powiązać z zaginionymi bez wieści samolotami. Analogicznie próba wyjaśnienia zaginięć samolotów na skutek zjawiska Elektronicznej Mgły, może być odpowiedzią na złe funkcjonowanie urządzeń elektronicznych w samolotach, ale nie można wiązać tego zjawiska z zaginionymi jednostkami pływającymi. Wachlarz zjawisk anomalnych na terenie Trójkąta bermudzkiego jest przeogromny, co sprawia, że można łatwo obalić twierdzenie, iż za wszystko odpowiada zmienna i nieprzewidywalna pogoda. Niech nas nie zwiedzie zatem powstała hipoteza wyjaśniająca za jednym zamachem wszystkie zjawiska, gdyż do tej pory każdą próbę rozwiązania zagadki tajemniczych zniknięć, bardzo szybko obalano. A liczba zanotowanych mrocznych incydentów w regionie Trójkąta Bermudzkiego jest przeogromna i poniżej postaram się przedstawić w skrócie te wydarzenia, które są szerzej opisane w literaturze fachowej, jako oficjalnie uznane za ofiary tajemnicy Trójkąta Bermudzkiego.

Niewyjaśnione incydenty morskie w strefie Trójkąta Bermudzkiego


  • Rok 1492. W nocy 11 października 1492 r., Krzysztof Kolumb i załoga Santa Maria zgłosili obserwację dziwnie tańczącego, nieregularnie przemieszczającego się światła, na kilka dni przed lądowaniem w Guanahani. Incydent, do którego nawiązałem wyżej, i o którym można przeczytać we fragmentach z dziennika Krzysztofa Kolumba.
  • Rok 1502. W czerwcu 1502 r., 27 karawel gubernatora Ovando zaginęły bez wieści w rejonie Sando Domingo. Istnieją dokumenty stwierdzające, że panował wówczas silny sztorm. Jednak mało przekonuje zła pogoda, która miała być odpowiedzialna za aż tak duże straty doświadczonych marynarzy.
  • Rok 1800. USS Pickering, 20 sierpnia 1800 r., wypłynął z Gwadelupy z 90 osobami na pokładzie. Nigdy nie dotarł do miejsca swej podróży i nigdy więcej o nim nie słyszano, jak i o losie wszystkich ludzi będących wówczas na pokładzie.
  • Rok 1800. Około 20 września 1800 r., zaginął bez wieści USS Insurgent. Okrętu i załogi nigdy nie odnaleziono, a zagadka wciąż jest niewyjaśniona.
  • Rok 1812. 31 grudnia 1812 r., szkuner Patriot wypłynął z Georgetown w Południowej Karolinie. Patriot wraz ze wszystkimi osobami znajdującymi się wówczas na pokładzie, zaginął bez wieści.
  • Rok 1824: Dwumasztowy szkuner USS Wild Cat, kursujący z Kuby, zaginął bez wieści wraz z 31 osobami na pokładzie.
  • Rok 1840. W sierpniu 1840 r. odnaleziono zaginiony francuski żaglowiec Rosalie. Na pokładzie nie było nikogo, a żaglowiec nie wykazywał żadnych cech uszkodzenia. Ładunek, pomimo że bardzo wartościowy był nietknięty na swoim miejscu. Wszystkie papiery kapitana były zabezpieczone. Kabiny oficerów i pasażerów były elegancko urządzone, a wszystko wskazywało, że całkiem niedawno je opuszczono. Na pokładzie znaleziono żywego kota i kilka wygłodniałych kanarków. Nie odnaleziono jedynie ani jednego człowieka.
  • Rok 1854. W kwietniu 1854 r. zaginął bez wieści statek Bella
  • Rok 1866. Zaginięcie szwedzkiego barku Lotta.
  • Rok 1868. Hiszpański frachtowiec Viego zaginął bez śladu na wodach Oceanu Atlantyckiego.
  • Rok 1869. USS Atlanta zaginął bez wieści wraz z całą załogą w grudniu 1869 r.
  • Rok 1872. W grudniu 1872 r. odnaleziono na oceanie opuszczony przez załogę Mary Celeste. Losy statku i załogi to jedna z najgłośniejszych nierozwiązanych tragedii morskich. Załoga statku Dei Gratia, która zauważyła dryfujący statek widmo z częściowo uszkodzonymi żaglami, stwierdziła, iż wszystko znajduje się w niemal idealnym porządku, nie brakowało żadnej szalupy ratunkowej, brak śladów uszkodzeń na pokładzie wykluczało panicznie szybkie opuszczenie statku, wszystko wyglądało, jakby życie codzienne trwało nadal – brakowało jedynie załogi.
  • Rok 1881. Żaglowiec Ellen Austin odnalazł opuszczony dryfujący statek bez śladów uszkodzeń. Na pokładzie nie było tylko załogi. W tym miejscu mamy dwie różne relacje, gdzie w jednej bardziej udokumentowanej, część załogi Ellen Austin przejęła statek-widmo, ale wkrótce przez nagłą zmianę pogody odnaleziony okręt znikł ponownie wraz z nową załogą. Ta wersja została przyjęta za bardziej wiarygodną, gdyż nie notowano ofiar na Ellen Austin, ale notowano zmienną liczbę załogi żaglowca. Incydent do dziś usiany jest w wiele znaków zapytania, co sugerować może, iż tę sprawę próbowano zatuszować. Faktem niezaprzeczalnym tylko jest, że odnaleziono nieuszkodzony statek widmo bez śladów człowieka na pokładzie.
  • Rok 1884. Włoski szkuner Miramon (Miramonde), płynący do Nowego Orleanu zaginął bez wieści.
  • Rok 1902. Historia niemieckiego statku Freya jest dość niepewna, gdyż w różnych mediach można znaleźć dość sprzeczne informacje. Faktem jednak jest, że Freya ma głęboki związek z tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego.
  • Rok 1918. 4 marca 1918 r., USS Cyclops wypłynął z Barbados do Baltimore w stanie Maryland. Na pokładzie było wówczas 306 osób. Do Baltimore nigdy nie dotarł, a zakrojona na szeroką skalę akcja poszukiwawcza nie przyniosła rezultatów. 1 czerwca 1918 r. zastępca sekretarza Marynarki Wojennej Franklin D. Roosevelt ogłosił, że Cyclops uznaje się oficjalnie za utracony, a cała załoga nie żyje.
  • Rok 1921. 31 stycznia 1921 r. odnaleziono na mieliźnie niedaleko Cape Hatteras w Północnej Karolinie, szkuner Carroll A. Deering. Na pokładzie nie było nikogo i nigdy nie odnaleziono żadnego z członków załogi. Na podstawie historii Carroll A. Deering powstało wiele mitów żywych do dzisiejszego dnia, a statek zyskał rozgłos jako jedna z najtragiczniejszych ofiar Trójkąta Bermudzkiego. Co się stało z załogą? Nie wyjaśniono do dziś.
  • Rok 1925. 29 listopada 1925 r. parowiec trampowy SS Cotopaxi wyruszył z Charleston w Południowej Karolinie. 1 grudnia Cotopaxi wysłał sygnał z wezwaniem o pomoc, informując, że statek wpadł w nagłą tropikalną burzę, dzięki której zaczął nabierać wody, co według kapitana wzbudziło zagrożenie zatonięcia. 31 grudnia oficjalnie uznano, że statek zatonął, a z załogi nikt nie przeżył. Sprawa SS Cotopaxi jest o tyle ciekawa, że pewne media w 2015 r. podały, że w pobliżu Kuby odnaleziono dryfujący statek widmo, który miał być tym samym, który zaginął w 1925 r. Oficjalnie informacja ta nie została potwierdzona.
  • Rok 1941. USS Proteus (AC-9), zaginął na wzburzonym morzu wraz z 58 osobami na pokładzie. Nigdy nie został odnaleziony, jak również nigdy nie odnaleziono żadnego członka załogi.
  • Rok 1963. SS Marine Sulphur Queen wraz z 39 członkami załogi opuścił Florydę 4 lutego 1963 r. Tego dnia wysłano standardowy komunikat ze statku, informując o swojej pozycji. Nie zgłoszono żadnych problemów. Pomimo tego był to ostatni komunikat, po którym SS Marine Sulphur Queen zaginął. Po 19 dniach poszukiwań uznano statek za zatopiony a marynarzy za zaginionych. Wraku nie udało się odnaleźć, pomimo że odnaleziono pewne mniejsze fragmenty zaginionego obiektu. Sprawa do dzisiaj budzi wiele kontrowersji.
  • Rok 2015. Pod koniec lipca 2015 roku dwóch 14-letnich chłopców, Austin Stephanos i Perry Cohen udali się na wyprawę wędkarską na swoim 19-metrowym statku. Pomimo poszukiwań wybrzeża Florydy przez US Coast Guard, nie odnaleziono śladu chłopców. Rok później w 2016 roku, odnaleziono statek młodych chłopców u wybrzeży Bermudów. Chłopców nie odnaleziono do dnia dzisiejszego.
  • Rok 2015. SS El Faro zatonął u wybrzeży Bahamów 1 października 2015 r. Faktem jest, że kapitan statku meldował o nagłej burzy, która zalewała statek. Ostatni meldunek kapitana brzmiał, iż załoga opanowała sytuację, a statek jest bezpieczny. Wkrótce potem El Faro zaprzestał wszelkiej komunikacji z lądem i został uznany za zaginiony.

Niewyjaśnione incydenty lotnicze nad strefą Trójkąta Bermudzkiego


  • Rok 1945. 10 lipca 1945 r., Thomas Arthur Garner, wraz z jedenastoma innymi członkami załogi, zaginął na morzu w patrolu US Navy PBM3S nad Trójkątem Bermudzkim. O godzinie 1:16 wysłano komunikat o swej pozycji, po czym zniknęli z radarów. Dziesięciodniowe poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Do dzisiaj nie natrafiono na żaden ślad załogi i sprzętu.
Zaginione samoloty 19. eskadry w 1945 r.
Lot 19
  • Rok 1945. Najsłynniejsze zniknięcie w strefie powietrznej nad Trójkątem Bermudzkim, miało miejsce 5 grudnia 1945 r. Flight 19 (Lot 19) lub często nazywane incydentem 19. eskadry. Treningowy lot pięciu Grumman TBM Avenger z 14-osobową załogą zaginał bez wieści tuż po tym, jak piloci zaczęli zgłaszać wariujące przyrządy nawigacyjne. Awaria elektroniki w jednym samolocie zawsze jest możliwa, ale nawigacja zwariowała nagle we wszystkich maszynach. Piloci zgłaszali sprzeczne dane i nagle zniknęli z radarów. Nigdy nie odnaleziono samolotów, pomimo że istnieją raporty o tym, że próbowano sztucznie wyjaśnić tajemnicę.
  • Rok 1945. W misję poszukiwawczą wyżej wymienionej 19. eskadry, wysłano Martin PBM Mariner z 13 osobową załogą. Nigdy nie powrócił ze swej ratunkowej misji i wszelki ślad po nim zaginął.
  • Rok 1947. Douglas C-54, zaginął podczas burzy u wybrzeży Florydy.
  • Rok 1948. 30 stycznia 1948 r., Avro Tudor G-AHNP zaginął z sześcioma członkami załogi i 25 pasażerami na trasie z Santa Maria.
  • Rok 1948. 28 grudnia 1948 r., Douglas DC-3 NC16002 zaginął z trzema członkami załogi i 36 pasażerami, w drodze z Portoryko do Miami na Florydzie.
  • Rok 1949. 17 stycznia 1949 r., Avro Tudor G-AGRE zaginął z siedmioma członkami załogi i 13 pasażerami na trasie z Kindley Pole.
  • Rok 1962. 8 stycznia 1962 r., USAF KB-50 zaginął nad Atlantykiem między Wschodnim Wybrzeżem USA a Azorami.
  • Rok 1965. 9 czerwca 1965 r., USAF C-119 zaginął między Florydą a Wyspą Grand Turk.
  • Rok 1965. 6 grudnia 1965 r., prywatny ERCoupe F01 zaginął z pilotem i jednym pasażerem, w drodze nad Atlantykiem.
  • Rok 2005. 20 czerwca 2005 r., Piper-PA-23 zniknął przy Fort Pierce na Florydzie. Na pokładzie były trzy osoby.
  • Rok 2007. 10 kwietnia 2007 r., Piper PA-46-310P zniknął w pobliżu Berry Island po wlocie w burzę z piorunami i utracie wysokości. Do czasu zniknięcia pilot zgłaszał nienaturalnie działający sprzęt elektroniczny. Zgłoszono dwie ofiary śmiertelne.
  • Rok 2017. 23 lutego 2017 r., turecki Airlines TK183 został zmuszony do zmiany kierunku podczas lotu z Hawany nad Kubą na lotnisko Washington Dulles po wystąpieniu pewnych problemów mechanicznych i elektrycznych, które nastąpiły w trakcie przelotu nad Trójkątem Bermudzkim. Jak we wszystkich przypadkach tak i tu pilot zgłaszał anormalnie działający sprzęt elektroniczny, błędne dane i położenie niezgodne z tym, które rejestrowały radary.
  • Rok 2017. Prywatny samolot MU-2B znajdował się na wysokości 24 000 stóp, kiedy zniknął z radaru, a łączność radiowa z kontrolerami ruchu lotniczego w Miami została zerwana.
Dodać tu należy incydent z 1969 roku, kiedy z latarni morskiej w Bimini zniknęło bez śladu dwóch strażników. Odnotowano wówczas szalejący huragan, ale mimo to pracownicy latarni byli ostrzeżeni i mieli odpowiednie schronienie. Incydent pozostaje tajemnicą do dziś.

Wymienione wyżej incydenty nie są wszystkimi tego typu tragediami w regionie Trójkąta Bermudzkiego. Wymienione tu wydarzenia są szerzej opisane i mniej lub bardziej nagłośnione przez media. Do wszystkich incydentów nie sposób dotrzeć. Trzeba podsumować to, co wiemy o liczbie znanych nam ofiar Trójkąta Bermudzkiego.

Łącznie według zapisanych danych od roku 1800 w Trójkącie Bermudzkim w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło 879 osób, a ocalałych z tragicznych wydarzeń odnotowano jedynie 21 osób, i tylko w dwóch przypadkach. To są dane oszacowane ogólnie, a niekiedy nie bierze się pod uwagę zaginionych, póki nie zostaną uznani za ofiary śmiertelne. Rodziny często nie chcą słyszeć, że ich bliscy nie żyją, więc łatwo sobie to wyobrazić. Zaginiony nie dla każdego jest nieboszczykiem i z pewnością bardzo często słusznie.

Istnieją instytucje, zwłaszcza wojskowe, którym zależy, aby wydarzenia te nie wychodziły na światło dzienne, a jeśli zostaną nagłośnione, należy za wszelką cenę wyjaśnić je błędami pilotów i załogi, awariami sprzętu lub zmienną pogodą, która w rejonie Trójkąta Bermudzkiego jest jak najbardziej nieprzewidywalna. Niestety pewnych zdarzeń nie da się wyjaśnić racjonalnie. Oczywiście są tacy, którzy próbują wtłaczać w tło naciągane interwencje Obcych i nawet nie można temu się dziwić, gdyż tam, gdzie nieznane, musi być też coś naciągane. Być może wyjaśnienie jest banalnie proste, tyle tylko, że boimy się mówić głośno o pewnych niekonwencjonalnych teoriach, a co za tym idzie, blokujemy tym odkrywanie zjawiska pod innym kątem. Być może we wnętrzu Ziemi istnieje coś, co generuje nieznaną nam siłę, a my boimy się przyznać, że tak naprawdę o Ziemi wiemy bardzo niewiele. Na poparcie twierdzenia, że pod dnem Atlantyku coś drzemie nieznanego, może być fakt, że podobne zjawiska rejestruje się dokładnie po drugiej stronie globu, ale tam nie są one kolorowane w iście amerykańskim stylu. Za przykład niech nam posłuży zaginięcie lotu Malaysia Airlines 370, o którym zapewne każdy z nas słyszał. Boeing 777-200ER wykonujący lot MH 370 z Kuala Lumpur do Pekinu w marcu 2014 roku, do dnia dzisiejszego nie został odnaleziony, i nikt nie bierze pod uwagę, że teren zagadki to miejsce, gdzie byśmy trafili przebijając się pionowo przez Ziemię w strefie Trójkąta Bermudzkiego. Przypadek? Nie wykluczone, ale zapewniam, że lot MH 370, to tylko jeden przykład wielu tajemniczych zaginięć na tamtych terenach.

Niewyjaśnione i anomalne siły pola, o którym mało wiemy już w przeszłości doprowadzały do samozapłonów w Canneto di Caronia na Sycylii, choć tam może faktycznie coś zatajać wojsko. W strefie Trójkąta Bermudzkiego jest to wykluczone, gdyż relacje o anomalnych zjawiskach sięgają czasów odkrycia Ameryki.

W rejonie Trójkąta Bermudzkiego wciąż giną okręty, samoloty i ludzie bez wieści, a nauka jest bezradna.

Zagadka trwa nadal.

12.08.2018

HAARP – Projekt Naukowy czy Wojenny



Projekt HAARP to kompleks 180 anten nadawczych wysokich częstotliwości na Alasce, oficjalnie służący do badania jonosfery. W rzeczywistości prawdziwym przeznaczeniem projektu może być stworzenie najpotężniejszej broni na świecie.


Zorza polarna widziana nad projektem HAARP
Zorza polarna nad HAARP Fot/YouTube
HAARP, High Frequency Active Auroral Research Program (Wysokoczęstotliwościowe Aktywne Badania Zorzy Polarnej), to kompleks 180 anten radiowych o potędze 3.6 MW, zajmujący teren około 35 akrów. W projekcie tym działają: IRI (Ionospheric Research Instrument – narzędzie dla badania jonosfery), ISR (Incoherent Scatter Radar – wysokoczęstotliwościowy radar) i współczesne badawcze narzędzie geofizyczne ELF.

Oficjalnie uznajmy, że HAARP jest programem naukowym i nie ma nic wspólnego z najnowszą technologią wojenną. Dlaczego jednak ma mieć coś wspólnego z fantastyczną bronią o potędze przekraczającej nasze wyobrażenia? Aby odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę jest HAARP, należy prześledzić szczegóły tak naukowe, jak i z punktu widzenia możliwości użycia projektu HAARP jako broni ostatecznej.

Główne centrum badawcze HAARP znajduje się niedaleko miejscowości Gakona na Alasce. W wielkim skrócie jest najpotężniejszym na świecie krótkofalowym nadajnikiem radiowym, którego celem jest górna warstwa atmosfery. Kompleks 180 anten nadawczych wielkiej częstotliwości (HF), oficjalnie jest instrumentem badań jonosferycznych.

Celem projektu HAARP jest, według słów jego twórców:
„Zrozumienie, symulowanie i kontrola procesów zachodzących w jonosferze, które mogą mieć wpływ na działanie systemów komunikacji i nadzoru elektronicznego".
Tyle oficjalnie, aby jednak dostrzec pełny obraz projektu HAARP, należy prześledzić jego przeszłość.

Geneza powstania HAARP



Aby w pełni zobrazować z czym mamy do czynienia, powinniśmy cofnąć się czasie o przeszło 100 lat.

Inżynier i wynalazca serbskiego pochodzenia Nikola Tesla (1856 - 1943), przed końcem XIX wieku rozpoczął eksperymenty z bezprzewodową transmisją energii elektrycznej. W Colorado Springs wybudował laboratorium, gdzie chciał przeprowadzić szereg eksperymentów, mających potwierdzić jego teorie. Skonstruował wówczas wieżę transmisyjną – urządzenie o możliwościach generowania mocy rzędu 300 000 watów. Obecnie takie urządzenie określane jest skrótem TMT (Tesla Magnifying Transmitter) i w omawianym temacie ma kluczowe znaczenie, gdyż HAARP stanowi doskonalszą i nowoczesną odmianę nadajnika powiększającego TMT Tesli.

Na początku XX wieku Tesla odkrył podziemne fale stojące. Miał pewność, że można wpompować energię do wnętrza ziemi w jakimkolwiek punkcie węzłowym tych fal, by wydobyć ją w dowolnym punkcie węzłowym. Na potwierdzenie słuszności swego odkrycia, z odległości 40 kilometrów bezprzewodowo rozpalił ponad 200 lamp produkowanych wówczas przez Edisona. Urządzenie Tesli, dzięki któremu dokonywał tego „cudu”, generowało ładunki, uwalniające błyskawice o długości do 50 metrów. Odgłosy wyładowań słyszalne były w miasteczku oddalonym o 20 kilometrów od Colorado Springs, ale bezpośrednie skutki eksperymentów odczuwalne było w najbliższych okolicach. Mieszkańcy donosili, że z kranów wydobywały się samoistnie jakby elektryczne płomienie, a iskry przeskakiwały pomiędzy stopami mieszkańców a ziemią. Świadkowie twierdzili także, że widywali świecące, napromieniowane motyle oraz wybuchające znad wody zimne płomienie. Duże podobieństwo do efektów samoistnych pożarów z 2004 i 2014 roku z miejscowości Canneto di Caronia na Sycylii, opisanych w notce Nawiedzona ogniem Sycylia. Warto zapoznać się z tamtymi wydarzeniami, gdyż tam również naukowcy odnotowali bardzo silne działanie pola, ale o niezidentyfikowanym źródle pochodzenia. Jedynym logicznym wyjaśnieniem było wówczas przypisanie winy eksperymentom wojskowym, lecz wojsko wszystkiemu zaprzecza do dziś.

Na skutek jednego z eksperymentów Tesli, elektrownia w Colorado Springs Electric Company uległa niespodziewanej awarii. Kilka lat po tym wydarzeniu Tesla wyznał, że kiedy ustawił swój nadajnik na moc kilkuset kilowatów, w generatorach elektrowni wytworzył się prąd ogromnej częstotliwości, czego wówczas nie przewidział, ale potwierdziło to ukrytą potęgę przedsięwzięcia. Pomimo że Tesla odkrycie podziemnych fal stojących uznawał za największy swój sukces, to paradoksalnie z tym odkryciem zaczęły się kłopoty odkrywcy. Odkrył bowiem coś dużo silniejszego, niż sam przewidywał, a awaria elektrowni wcale nie zniechęciła go do dalszych prób i eksperymentów.

W 1907 roku doszło do niespodziewanej i niewyjaśnionej eksplozji na francuskim statku „Iena”. Okręt został doszczętnie zniszczony, a sprawa stała się tak głośna, że media oczekiwały wyjaśnień od specjalistów, którzy w końcowym raporcie wykazali, iż nagła eksplozja mogła powstać tylko na skutek silnego wyładowania elektrycznego. Innej przyczyny nie brano pod uwagę, ale to znowu wzbudziło kolejną zagadkę – pochodzenie owego wyładowania. W prasie zaczęły pojawiać się informacje o tym, że w tamtym czasie Tesla pracował nad czymś w rodzaju „sterowanej torpedy”, a zainteresowani sprawą uczeni podawali reporterom informacje o tym, że Tesla był w stanie zdalnie wysłać na statek niszczącą energię. Siłą rzeczy media oczekiwały od Tesli odpowiedzi na stawiane mu zarzuty. Ten jednak o dziwo wcale nie wyparł się tego, że pracuje i eksperymentuje nad czymś, co mogłoby zniszczyć jakikolwiek obiekt na Ziemi. Przyznał, że już zbudował i przeprowadził testy na czymś w rodzaju „sterowanej torpedy”, ale podkreślał, że jego odkrycie nie ma nic wspólnego z wybuchem na zniszczonym okręcie, bowiem jego eksperymenty wykazały, że to nad czym pracuje ma dużo bardziej destrukcyjną siłę rażenia. Twierdził także, że już może dokonać przesłania potężnej fali energii do jakiegokolwiek wybranego punktu na Ziemi pod warunkiem, że wybrany punkt będzie obliczony na tyle dokładnie, na ile pozwala dokładność ogólnie przyjętych metod obliczeń pomiarów Ziemi. Mówiąc dobitnie, chcąc, by celem była Syberia, energię można skierować na tyle celnie, na ile zezwala dokładność pomiarów. Pamiętajmy, że mowa o roku 1907.

Dlaczego akurat Syberia? Może to jedynie wybrany, przykładowy punkt na Ziemi? Mówimy o teoriach, ale także już o przeprowadzanych eksperymentach z energią, której siły destrukcyjnej nikt nie znał, i nikt także nie miał pojęcia o dokładności ówczesnych pomiarów. A może jednak Syberia to nie przypadek?

Widok powalonych drzew po katastrofie tunguskiej
Katastrofa Tunguska
Rok później, 30 czerwca 1908 roku, wydarzyło się coś, co do dnia dzisiejszego nie zostało wyjaśnione. W środkowej Syberii nad rzeką Podkamienna Tunguzka, na obszarach niezamieszkałych doszło do potężnej eksplozji, zwanej dziś ogólnie Katastrofą Tunguską. Pomimo licznych teorii wyjaśniających przyczynę katastrofy, żadnego oficjalnie przyjętego wytłumaczenia nie ma, a każda nowa teoria była szybko odrzucana z powodów niedorzeczności i braku dowodów. Nie znaleziono najmniejszego śladu meteorytu, nie znaleziono krateru, nie znaleziono śladów uderzenia czegokolwiek w centrum zdarzenia – nie znaleziono absolutnie niczego, oprócz efektów potężnej energii, która powaliła drzewa w promieniu 40 kilometrów. Uderzenie było tak silne, że rosyjskie magnetometry pokazywały w jego regionie drugi biegun północny, wstrząs zarejestrowały wszystkie sejsmografy na świecie, eksplozja słyszana była nawet na terenach oddalonych o 1000 km, a jednak do dzisiejszego dnia nie ma odpowiedzi, co się stało 30 czerwca 1908 roku na Syberii.

Oczywiście wielu uznało wówczas, że nad taką potęgą energii pracuje Tesla, a ten jasno potwierdzał, że jego odkrycia i eksperymenty mają właśnie tak działać. Przesyłanie ogromnej energii do wybranego punktu na Ziemi, bez śladów i bez użycia materialnych nośników energii. Wielu wówczas próbowało nawet dowieść, że Tesla miał urządzenia zdolne do takiego czynu i sam wychwalał się, że jest do tego zdolny. Tesla jednak odpierał zarzuty mu stawiane, ale nigdy nie oddalił tego, że właśnie taką katastrofę jest w stanie spowodować.

Czy dokonał tego Tesla czy tez nie, może dziś już jest to mniej istotne. Najważniejsze, że dzisiejszy HAARP jest zbudowany na fundamentach odkryć wynalazcy. Pamiętajmy, że od Katastrofy Tunguskiej minęło już 100 lat, a technologia nie lubi stać w miejscu. Jeśli faktycznie za incydentem na Syberii stoi odkrycie Tesli, to do czego zdolny jest dzisiejszy HAARP?

  • Zmiana pogody w wybranym, dowolnym punkcie na Ziemi. 
  • Kontrola umysłów. 
  • Skruszanie i stapianie metalu na ogromną odległość. 
  • Ukierunkowana energia elektromagnetyczna. 
  • Sygnały akustyczne o wszelkiej intensywności. 
  • Przesyłanie energii termicznej na dowolną odległość. 
  • Infradźwięki i ultradźwięki. 
  • Elektryczne urządzenia porażające. 
  • Kinetyczne pociski. 
  • Lasery optyczne. 
  • Światło stroboskopowe. 
  • Technologia holograficzna.

To jedynie mała dawka tego, co dzisiaj potrafi HAARP, jeśli zostałby użyty jako broń. Pamiętajmy, że broń nie musi oznaczać zniszczenia lub pozbawiania życia. Dzisiaj bardziej skuteczną bronią jest broń psychologiczna, sprawiająca, że bez ofiar przeciwnik nieświadomie przyjmuje każde polecenie. Czy się mylę? Wystarczy poznać kulturę, wierzenia mieszkańców danego regionu, by ten wykonał każde polecenie wroga. Zapewniam, że odpowiednio spreparowane objawienie bóstwa na danym terenie sprawi, że słowa płynące z ust osoby świętej, będą uznawane za świętość, a 100% mieszkańców wykona święte polecenia co do jednego bez zbędnych pytań – dlaczego?

Projekt HAARP dzisiaj jest w stanie wykonać wszystko powyższe. Istnieje jednak jeszcze jeden, może ważniejszy, bardziej niebezpieczny składnik zagrożeń wynikających z projektu. Niebezpieczna ingerencja w wyższe partie atmosfery, doprowadzić może do niekontrolowanej zagłady całej cywilizacji. Technologia HAARP jest w stanie całkowicie zniszczyć naturalną ochronę życia na Ziemi. Brak tej ochrony, to zagłada dla całej ludzkości.

Amerykanie w przeszłości już byli oskarżani o to, że używali instalacji HAARP w celach destrukcyjnych. Pakistańczycy zwracali uwagę na projekt HAARP, iż to właśnie eksperymenty z jonosferą mają być odpowiedzialne za dotykające ich kraj klęski żywiołowe. Całkiem niedawno Iran oskarżał Izrael o użycie broni klimatycznej, ale władze Iranu przy tym zaznaczają, że Izrael nie działa sam, a HAARP może mieć wiele wspólnego z suszą w Iranie. Szef rosyjskiej agencji kosmicznej kilka lat temu insynuował także, że uszkodzenie Fobosa, satelity Phobos-Grunt to spisek Amerykanów i ich instalacji z Alaski. Prezydent Wenezueli Hugo Chavez, twierdził, że HAARP wywołał tragiczne trzęsienie ziemi w Haiti. Celem miała być ropa, której zasoby odkryto na morzu w okolicy Haiti.

To tylko małe wzmianki z ostatnich lat, gdzie oskarża się już niemal oficjalnie Stany Zjednoczone o tajne ataki z wykorzystaniem projektu HAARP, co oznacza, że świat militarny ma szerokie podstawy, i być może słuszne obawy o rozpoczęciu cichych działań wojennych z użyciem technologii, o jakiej większość ludzi na świecie nawet nie ma pojęcia. Przy użyciu takiej technologii można atakować inne kraje w dosłownym słowa znaczeniu wszelkimi kataklizmami, od trzęsień ziemi po huragany, susze, powodzie, ale także wpływać bezpośrednio na umysły samych mieszkańców zaatakowanego kraju. Wszakże czym jest ludzki mózg, jeśli nie odbiornikiem zewnętrznych fal o odpowiednich częstotliwościach, na które bez problemu już dzisiaj można wpływać bezpośrednio? Doktor Elizabeth Rauscher, dyrektor Technic Research Laboratory w San Leandro, która przez wiele lat badała promieniowanie fal ELF głównie po to, by wprowadzić nowoczesne techniki przewidywania trzęsień ziemi, ale także wpływ fal ELF na ludzkie umysły, stwierdziła:
"Dajcie mi fundusze i trzy miesiące czasu, a będę w stanie wpłynąć na zachowanie 80% mieszkańców wybranego miasta bez ich wiedzy o tym".
Aby było śmieszniej, uczona zasugerowała, że sposób zachowania mieszkańców jest dla niej bez różnicy, gdyż chodzi jej tylko o potwierdzenie skuteczności jej metod. Słowa te wypowiedziała w latach 90. Dzisiaj po latach, projekt HAARP potrafi zdziałać dużo więcej. Możemy spekulować nadal, czy HAARP to instalacja naukowa, czy wojskowa, warto jednak zacząć obserwować świat, wydarzenia, katastrofy naturalne i zachowania ludzi, z innego punktu widzenia.

16.07.2018

Zastrzelony neandertalczyk




Specjaliści od balistyki końcowej i lekarze sądowi potwierdzają, że otwór w czaszce człowieka pierwotnego, pomimo iż jest to wbrew logice i znanej nam historii pochodzenia człowieka, mógł powstać wskutek działania pocisku wystrzelonego z dużą prędkością.


Czaszka Człowieka z Kabwe z otworem jak po kuli z broni palnej
Czaszka Człowieka z Kabwe     Fot. Nature
W 1921 roku, podczas prac w kopalni cynku i żelaza w Broken Hill w północnej Rodezji (obecnie Kabwe w Zambii), na głębokości 18 metrów natrafiono na ludzkie szczątki. Odkrycia dokonał szwajcarski górnik Thomas Zwigelaar, a w skład jego znaleziska wchodziła kość piszczelowa i kości udowe, kość krzyżowa, górna szczęka oraz czaszka z tajemniczym, okrągłym otworem wyglądającym jak po kuli wystrzelonej z broni palnej, z lewej strony czaszki. Po przeciwnej stronie czaszki kość jest roztrzaskana od wewnątrz, co jest bardzo charakterystyczne do obrażeń dzisiejszych ofiar morderstw, gdy pocisk przebija czaszkę z jednej strony na wylot, roztrzaskując przeciwną stronę czaszki od środka. W dzisiejszych czasach biegli sądowi badający zwłoki ofiar z takimi charakterystycznymi cechami, nie mają żadnych wątpliwości, że śmierć nastąpiła wskutek postrzału z broni palnej w głowę. Problem w tym, że znaleziona czaszka pochodzi, według najnowszych oficjalnych analiz z okresu między 130 000 a 300 000 lat.

Odkrycie od samego początku budziło wiele kontrowersji oraz wymuszało zadania łańcucha niewygodnych pytań w większości pozostających bez jednoznacznych odpowiedzi. Przede wszystkim wiek czaszki oraz do kogo należała, a że początkowo nie chciano przyznać się do błędnego nazewnictwa, uznano za stosowne dopasować czaszkę do konkretnego gatunku. Wiek kości początkowo oceniano na 1,5 - 2,5 miliona lat, jednak porzucono tę tezę ze względu na zbyt rozrośnięty mózg. Z powodu dużego podobieństwa do neandertalczyka, wskazywały na to cechy czaszki, dość długo niektórzy specjaliści utrzymywali wiek pochodzenia szczątków na minimum 40 000 lat. Początkowo uznawano nawet, że czaszka należała do przodka neandertalczyka z powodu cech wspólnych Homo erectus, chociaż ta ma zbyt spłaszczoną twarzą, a cechy wspólne z Homo sapiens wprawiało naukowców w zakłopotanie. Neandertalczyk? Ale przecież nowoczesne analizy wykazują, że neandertalczyk nie mógł być przodkiem człowieka. Sam neandertalczyk jest do dziś zagadką dla nauki, gdyż rozwinął się niezależnie od dawnego człowieka, opanował Eurazję na niemal 300 000 lat, i... nagle w niewyjaśniony sposób około 30 000 lat temu znikł z powierzchni ziemi. Dlaczego nie przetrwał i nie rozwinął się jak człowiek, pomimo że cechowała go większa objętość mózgu? Nikt nie potrafi na to odpowiedzieć. Człowiek pierwotny? Przodek neandertalczyka? Neandertalczyk? Nic nie pasowało do szczątków znalezionych w dzisiejszym Kabwe. Dla wygody i jednocześnie nie przyznając się do niemocy w identyfikacji skamielin, powstała nazwa Człowiek z Kabwe lub Człowiek z Broken Hill, a wiek szczątków ostatecznie oceniono na 130 000 - 300 000 lat.

Nie powinno nas to zbytnio dziwić, wiedząc, że świat nauki jak każda rzecz ma dwie strony medalu. Przeważnie widzimy tę jasną, promieniującą stronę nauki, gdy ta potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. Zapewniam jednak, że druga, ciemna strona jest ukrywana wówczas, kiedy świat domaga się jednoznacznej odpowiedzi, a nauka milczy nie dlatego, że nie zna odpowiedzi, ale dlatego, że odpowiedź może być zaprzeczeniem tego, co już uznano za fakt dokonany. Możemy zatem z odwagą mówić o wielkim szczęściu, że odkrycie szwajcarskiego górnika Thomasa Zwigelaara ujrzało światło dzienne. Zazwyczaj niewygodne dla nauki artefakty, które zaprzeczają ustalonej już chronologii zdarzeń, kończą w zatęchłych piwnicach współczesnych muzeach lub są niszczone. Być może zawdzięczać to powinniśmy czasopismu Nature, w którym 14 listopada 1921 roku, Dr. Arthur Smith Woodward zamieścił artykuł A New Cave Man from Rhodesia, South Africa, opisując odkrycie. Reakcja łańcuchowa informacji o odkryciu obiegła świat, który oczekiwał odpowiedzi na trudne pytania.

Co pewnego wiemy o Człowieku z Kabwe?


Właściwie nic oprócz tego, że żył co najmniej wiele tysięcy lat temu i możemy wrzucić go do akt ludzi pierwotnych. Największa zagadka jednak wciąż tkwi nie w samym życiu owego jaskiniowca, ale jak umarł. Uczeni z dziedziny medycyny nie mają złudzeń co do tego, że Człowiek z Broken Hill nie umarł śmiercią naturalną. Nie z takim obrażeniem czaszki, który jednoznacznie wykazuje cechy przebicia czaszki, kulą wystrzeloną z dużą prędkością. Skoro uczeni uznali, że szczątki pochodzą sprzed tysięcy lat, to jakim cudem czaszka posiada obrażenia znane nam współcześnie po użyciu broni palnej? Najstarsza znana nam broń palna z lufą z brązu pochodzi z Chin, z roku 1288. Ale przecież człowiek pierwotny nie mógł posiadać umiejętności wyrobu czegokolwiek z brązu, zwłaszcza że sam proch wynaleziono w IX wieku, również w Chinach. Jedyna znana nam broń sprzed tysiącleci to maczugi oraz kamienie. Skąd więc takie obrażenia u człowieka jaskiniowego? Badania wykazują, że praczłowiek z gatunku Homo erectus wynalazł oszczep, a także miotacz oszczepów oraz metodę osadzania kamiennych ostrzy w drewnianej rękojeści. Homo heidelbergensis sprzed 400 tys. lat potrafili wytwarzać broń z drewna. Odkrycia archeologiczne koło Hanoweru dowiodły, że drewniana broń jak na tamte czasy była dość zmyślna, a odkopano nawet wyrzutnie drewnianych oszczepów o zasięgu do kilkudziesięciu metrów. To jednak za mało, by osiągnąć efekt jak po pocisku z rewolweru.

Czy wobec takich znalezisk, gdzie wiek nie pasuje do ówczesnej technologii, mamy prawo przypuszczać, że coś jest przed nami ukrywane? Oczywiście odrzucam cokolwiek, co może mieć wspólnego z teoriami spiskowymi. Bardziej pochylić się można ku sugestii, że historia już zapisana, uznana, przypieczętowana, nie ma prawa ulegać zmianie, nawet jeśli jest fałszywa. A co z prehistorycznymi przekazami, gdzie jasno mamy wskazane poszlaki przemawiające za tym, że pradawne cywilizacje miały dużo obszerniejszą wiedzę, niż sądzimy? Wiedzę nawet w tak trudnych i skomplikowanych dziedzinach jak genetyka, co opisałem w notce Genetyka - nauka prehistorycznych bogów i naukowców jutra.

09.07.2018

Klimatyczna wojna



Władze Iranu twierdzą, że ich kraj został zaatakowany przez Izrael bronią klimatyczna.


Projekt badawczy na Alasce HAARP
HAARP Źródło: YouTube

Czy niegdyś uważane za wytwór fantazji wojny klimatyczne, to już celowe działania, by osłabić wrogi kraj gospodarczo?


Dla władz Iranu susza nękająca ich kraj w ostatnim czasie nie jest przypadkowa, a za ingerencję w ich deszczowe chmury oskarżają Izrael. Generał brygady Gholam Reza Jalali, szef irańskiej organizacji obrony cywilnej, powiedział, że zmieniający się klimat w Iranie jest co najmniej "podejrzany", a już na pewno nie ma podłoża naturalnego. Za zmiany klimatyczne, które coraz częściej powodują w Iranie przedłużające się susze, oskarża Izrael, który ma działać wraz z innym, niesprecyzowanym krajem na szkodę irańskiej gospodarki.

"Podejrzewamy, że ingerencja zagraniczna odegrała zasadniczą rolę zmiany klimatu nad terenami Iranu. Izrael i inny kraj w regionie mają wspólne zespoły naukowców, które pracują nad tym, by chmury wchodzące na irańskie niebo były bezdeszczowe. Bez wątpienia stoimy wobec problemu kradzieży chmur i śniegu". - Powiedział Gholam Reza Jalali.

Na poparcie swego oskarżenia, jak podaje DailyMail, generał Gholam Reza Jalali przedstawia szereg danych, z których wynika, iż od pewnego czasu wszystkie obszary górskie pomiędzy Afganistanem a Morzem Śródziemnym pokrywa śnieg, z wyjątkiem Iranu. Generał stwierdza wprost, że nie może to być naturalnym zjawiskiem, który dotyka jedynie teren Iranu, i kieruje sprawę do naukowego wyjaśnienia, co ma być potwierdzeniem jego przypuszczeń, że Izraela używa nowoczesnej broni klimatycznej.

Zarzuty generała o kradzież chmur deszczowych nie były pierwszym przypadkiem, gdy irański urzędnik oskarżył wrogów kraju o kradzież deszczu. Podobne przypuszczenia miał były prezydent Mahmud Ahmadineżad, który w 2011 roku oskarżał kraje europejskie, o używanie broni klimatycznej, co miało wywołać suszę w Iranie.

"Dziś nasz kraj zmierza w kierunku suszy, która jest częściowo wynikiem przemysłu i częściowo celowego działania, w wyniku zniszczenia przez wroga chmur zmierzających w kierunku naszego kraju i jest to wojna, którą Iran zamierza przezwyciężyć" - mówił Mahmud Ahmadineżad.

Irańscy naukowcy dość sceptycznie podchodzą do celowego ataku Izraela na Iran. Nie wykluczają takiej możliwości, ale bardziej biorą pod uwagę naturalne zmiany klimatyczne, które w ostatnich latach dotykają w podobny sposób inne tereny, a samo ocieplenie klimatu też ma znaczenie.

Czy Izrael zaatakował Iran bronią klimatyczną? Na to pytanie odpowiedzi nie ma i być może w ogóle nie będzie. Zawsze jednak podczas tego typu incydentach, powraca temat możliwości zaatakowania wroga cichą bronią klimatyczną, a za wszystko obarczyć można samą Naturę. A jeśli mowa o broni klimatycznej, nie można pominąć najsłynniejszego projektu HAARP.

HAARP, High Frequency Active Auroral Research Program (Wysokoczęstotliwościowe Aktywne Badania Zorzy Polarnej), to kompleks 180 anten radiowych o potędze 3.6 MW, zajmujący teren około 35 akrów. W projekcie tym działają: IRI (Ionospheric Research Instrument - narzędzie dla badania jonosfery), ISR (Incoherent Scatter Radar - wysokoczęstotliwościowy radar) i współczesne badawcze narzędzie geofizyczne ELF.

Słowo HAARP najczęściej słyszymy, gdy na Ziemi dojdzie do potężnej katastrofy naturalnej. Potężne trzęsienie ziemi, potężna siła wiatru czy nawet anomalne zmiany klimatyczne na danym terenie. Dlaczego tak jest? Może dlatego, że to być może jedyny projekt na świecie, który potrafi wywołać potężną katastrofę.

HAARP jest bez wątpienia najpotężniejszym na świecie narzędziem dla oddziaływania na jonosferę. Niektórzy wojskowi uważają, że jest ona bronią geofizyczną albo jonosferyczną. Stacja HAARP rozpoczęła swe działanie w roku 1997. Od tego czasu, może zbieg okoliczności, na całym świecie zaczęto odnotowywać najpotężniejsze katastrofy.

Warto przypomnieć największe klęski żywiołowe po roku 1997


  • Rok 1999. Trzęsienie ziemi w Turcji o magnitudzie 7,6 w skali Richtera doprowadziło do śmierci ponad 20 tysięcy osób.
  • Rok 2001. Trzęsienie ziemi w Indiach o magnitudzie 7,9 w skali Richtera doprowadziło do śmierci ponad 20 tysięcy osób.
  • Rok 2003. Trzęsienie ziemi w Iranie. Szacuje się, że ofiar śmiertelnych było ponad 50 tysięcy, pomimo że oficjalnie podano liczbę 26 tysięcy osób. Siła trzęsienia ziemi w skali Richtera wynosiła 6,6 stopni.
  • Rok 2003. Huragan Isabel uśmiercił 16 osób. Maksymalna prędkość wiatru wyniosła 315 km/h, a najniższe ciśnienie – 915 hPa.
  • Rok 2003. Fala upałów w Europie doprowadziła do śmierci od 30 do 50 tysięcy osób. W tym przypadku ciężko oszacować dokładną liczbę ofiar. Upały najbardziej dotknęły Francję, Włochy i Hiszpanię, ale anomalia odczuwana była w całej Europie. W tym okresie odnotowane zostały rekordowe temperatury w wielu krajach. Dla przykładu we Francji 44 stopnie Celsjusza.
  • Rok 2004. Tsunami na Oceanie Indyjskim. Liczba ofiar ponad 230 tysięcy osób.
  • Rok 2005. Trzęsienie ziemi w Pakistanie osiągnęło siłę 7,6 stopni i pochłonęło życie ponad 80 tysięcy osób.
  • Rok 2008. Cyklon Nargis uderzył w Birmę 2 maja 2008 roku. Wiatr towarzyszący zjawisku miał prędkość 190-240 km/h. Liczba ofiar ponad 146 tysięcy osób.
  • Rok 2008. Trzęsienie ziemi w Syczuanie o magnitudzie 8,0, uśmierciło ponad 69 tysięcy osób.
  • Rok 2010. Kolejna rekordowa fala upałów w Europie, chociaż właściwie należy tu powiedzieć, iż tym razem upały ogarnęły niemal całą północną półkulę. Najbardziej falę gorącego powietrza odczuła Rosja, a ogólną liczbę ofiar szacuje się na ponad 50 tysięcy osób.
  • Rok 2010. Trzęsienie ziemi w Haiti uśmierciło ponad 316 tysięcy osób.
  • Rok 2011. Rekordowe trzęsienie ziemi w Japonii o magnitudzie 9,0, które wywołało potężne tsunami. Ponad 18 tysięcy ofiar.
  • Rok 2018. Aktualnie jesteśmy świadkami kolejnych rekordowych upałów w Europie, którym towarzyszą liczne, ogromne i śmiercionośne pożary. Dokładnej liczby ofiar jeszcze nie oszacowano, gdyż upały trwają, a synoptycy zapowiadają, że najgorsze przed nami.
  • Rok 2018. Trzęsienie ziemi o sile 6 stopni w skali Richtera nawiedziło Iran.
  • Rok 2018. Każdego roku w powodziach spowodowanych deszczami monsunowymi w Indiach ginie kilkadziesiąt osób. Rok 2018 jest rokiem rekordowym pod tym względem. Specjaliści twierdzą, że takich powodzi w Indiach nie było od stu lat. W tym roku od maja w siedmiu stanach zginęło już ponad tysiąc osób.
  • Rok 2018. Tajfun Jebi uderzył w Japonię. Jebi jest najsilniejszym od 25 lat tajfunem, który nawiedził Japonię. 
  • Rok 2018. Trzęsienie ziemi w Japonii (Hokkaido) o sile 6,7 stopni w skali Richtera.


Przypuszcza się nawet, że HAARP to broń, która pozwala zniszczyć wszystkie satelity i międzykontynentalne pociski balistyczne. Sprowadzać na wybrany cel falę promieniowania równie niszczącego jak bomba nuklearna. Zaglądać głęboko pod ziemię. Manipulować pogodą. Oddziaływać na umysły milionów ludzi. Taka broń byłaby w stanie zniszczyć całe narody bez jednego strzału w taki sposób, że nikt nawet nie dostrzegłby ataku. Każda armia na świecie chciałaby posiadać tak potężną broń, zwłaszcza że żyjemy w czasach ogromnego zagrożenia, co dość szczegółowo opisałem w notce Geneza terroryzmu.

Pytanie tylko, czy HAARP jest taką bronią, czy jedynie najsilniejszym na świecie przetwornikiem wysokiej mocy i wysokiej częstotliwości do badania jonosfery? Aby na to pytanie odpowiedzieć, należy bardziej szczegółowo poznać historię powstania projektu, i spróbować wyciągnąć wnioski. Wielu uczonych sprzed niemal wieku uważają, że tak zwana katastrofa tunguska, miała wiele wspólnego z dzisiejszym projektem na Alasce. Oczywiście wówczas HAARP jeszcze nie istniał, ale eksperymentował wtedy Nikola Tesla, który ma wiele wspólnego z dzisiejszym projektem, co opisałem w notce HAARP – Projekt Naukowy czy Wojenny.

05.07.2018

Nawiedzona ogniem Sycylia



Mieszkańcy wioski Canneto w północnej Sycylii, zaniepokojeni są powrotem pożarów, których przyczyn nikomu nie udało się wyjaśnić.


Pożar we włoskiej wiosce na Sycylii, Canneto di Caronia
Pożar w Canneto di Caronia
Ciężko tu nawet mówić o zaniepokojeniu. Mieszkańcy wioski Canneto, są wręcz przerażeni, obawiając się powrotu niewyjaśnionych nigdy pożarów, które już nawiedzały ich domy. Obecne przypadki nagłych samozapłonów władze próbują tłumaczyć naturalnymi przyczynami, a media nie nagłaśniają pojedynczych przypadków spontanicznego pojawiania się ognia, nie chcąc ponownego rozgłosu na cały świat. Być może słusznie władze wpływają na media, by te nie robiły ponownie afery, gdyż tym razem wszystko można wyjaśnić logicznie. Wszak pożary występują w każdej części świata, więc naturalne jest, że i rejon północnej części Sycylii nie jest wolny od naturalnych żywiołów. Mieszkańcy nadmorskiej wioski jednak mają w pamięci zdarzenia z przeszłości, których nigdy nikomu nie udało się wyjaśnić, a oni sami stali się ofiarami samozapłonów jakby znikąd, co przed laty wywołało nie lada zagadkę dla świata nauki, jak również badaczy zjawisk paranormalnych.

Niewyjaśnione pożary w Canneto di Caronia z przeszłości


Dym z okna w Canneto di Caronia
Dym z okna w Canneto
Wszystko zaczęło się dość niewinnie i naturalnie. Przypadek jakich wiele w każdym rejonie świata. Na początku 2014 roku w wiosce Canneto w prowincji Mesyna w północnej Sycylii, w jednym z mieszkań nagle uległ spaleniu telewizor. Zdarzenie w niczym niezwykłe mając na uwadze wady starszych urządzeń. W Polsce wszyscy znamy takie przypadki z jeszcze nie tak odległej przeszłości. Jeśli nie każdy spotkał się z wybuchającymi telewizorami w dawnej Polsce, to na pewno każdy słyszał o takich przypadkach. I choć jeszcze nie można dopatrywać się tu niczego nadzwyczajnego, to sytuacja bardzo szybko staje się nietypowa, gdyż ten jeden telewizor zapoczątkował całą serię niewyjaśnionych samozapłonów innych przedmiotów i urządzeń w całej miejscowości Canneto di Caronia. Już na drugi dzień po pożarze telewizora w domu Nino Pezzino, mieszkańcy nadmorskiej wioski zaczęli donosić o innych niezwykłych zdarzeniach, których byli świadkami. Telefony same dzwoniły i same się wyłączały. Ktoś inny spanikowanym tonem opowiadał sąsiadowi o tym, że tuż przed świtem z balkonu obserwował szybko poruszającą się kulę światła tuż na morską wodą, a rozmowę przerwał sygnał nadjeżdżającego kolejnego wozu strażackiego w kierunku Canneto. Miejscowa straż pożarna całe swe siły w jednym czasie skupiła na jednej nadmorskiej mieścinie, gdzie naoczni świadkowie uparcie twierdzili, że ogień w ich otoczeniu pojawiał się nagle i bez żadnych przyczyn. Firanki w oknach, wnętrza szaf, papiery na biurkach, materace i koce bez żadnej wyraźnej przyczyny nagle zaczynały płonąć. Bez żadnego logicznego wyjaśnienia i bez ostrzeżenia ogień nieregularnie pojawiał się samoczynnie.

Ogień nie przebierał w środkach a jakieś logiczne wyjaśnienie, przyczyna, musi być. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, winny zawsze człowiek i tajemnicze pożary starano się wyjaśnić zwykłymi podpaleniami lub próbowano wmawiać ludności, iż ci nieumiejętnie obchodzili się z ogniem. Szybko jednak porzucono te hipotezy, gdyż zbyt wiele było naocznych świadków upierających się przy zdaniu, że widzieli, jak ogień pojawiał się samoczynnie tam, gdzie właściwie nie powinien. Płonęły lodówki, radia, wspomniane już telewizory, łóżka, a nawet samochody parkowane na parkingach. Jeden z policjantów oświadczył nawet, że gdy patrolował dzielnicę, jego spodnie samoistnie zaczęły płonąć. Sprawy zbagatelizować się nie dało i powzięto wszelkie środki bezpieczeństwa, w tym także odcięto całkowicie prąd, myśląc, iż przyczyną ognia była wada instalacji elektrycznej. Nic to jednak nie dało. Ogień wciąż pojawiał się na oczach świadków, a wraz z samozapłonami, mieszkańcy opowiadali o innych niewyjaśnionych fenomenach. Widzieli szybko poruszające się obiekty nad morzem, jak i nad lądem, niektórzy słyszeli dziwne dźwięki, których źródeł nie udało się ustalić, a także opowiadano i samoistnym przemieszczaniu się różnych przedmiotów. Zbiorowa halucynacja nie mogła wchodzić w grę, albowiem płomienie widział każdy. Nie można też było ignorować innych fenomenów, objawiających się w postaci zwęglonych korzeni roślin oraz licznych odnotowań śmierci mniejszych zwierząt hodowlanych. A skoro padały zwierzęta, pojawiło się zagrożenie życia dla miejscowej ludności.

Dziwne incydenty nie ustawały a do Canneto przybyli licznie dziennikarze szukający sensacji oraz specjaliści od wulkanologii, fizyki, elektryki, elektromagnetyzmu, geofizyki, a nawet sprowadzono znanego egzorcystę, o. Gabriela Amortha mając coraz większe przekonanie, że tu działają siły nieczyste. Egzorcysta nie pomógł, a uczonym nie udało się rozwiązać zagadki spontanicznie wybuchających pożarów.

"Stałem wraz z policjantami, gdy doszli do nas dziennikarze, by zadać pytania na temat pożarów. Na naszych oczach, wszyscy to widzieliśmy, jak przedmioty same zaczynały płonąć. Cóż mogę dodać na temat. Wszyscy to widzieliśmy". - Oświadczył burmistrz Caronii, Calogero Beringheli.

Na jakiś czas musiano ewakuować całą ludność feralnej miejscowości. Uczeni wciąż byli w kropce. Nie potrafili znaleźć naukowego wyjaśnienia. W 2007 roku, jedna z włoskich gazet zamieściła artykuł, w którym za tajemnicze pożary obwiniano (właściwie nie wykluczano), samych kosmitów. Ustalono bowiem, że pożary musiały wywołać silne emisje elektromagnetyczne, które nie zostały wytworzone przez człowieka. Początkowo podejrzewano wojskowe eksperymenty przeprowadzane na terenach morskich, lecz wojsko zaprzeczało, by dokonywano jakichkolwiek prób z użyciem pola elektromagnetycznego. Biorąc pod uwagę, że w Stanach Zjednoczonych przeprowadzano takie eksperymenty już w latach 40., pod nazwą Eksperyment Filadelfijski, należy brać pod uwagę, iż nie jest to wcale wykluczone. Zawsze lepiej podać fantastyczne wyjaśnienie, by ukryć rzeczywistość.

Wszystko powróciło do normy na kilka lat, aż do 2014 roku, gdy to mieszkańcy tej samej miejscowości zaczęli uskarżać się ponownie na tajemnicze pożary niewiadomego pochodzenia. Zagadka sprzed dziesięciu lat powróciła równie nagle, jak zniknęła w 2004 roku. Pojawili się także uczeni z nowocześniejszą aparaturą do różnych pomiarów. Wyniki nieznacznie odbiegały od siebie, a specjaliści z różnych dziedzin potwierdzali wcześniejsze badania, stwierdzając, iż za pożary odpowiedzialne są silne promieniowania, którego źródła nie ustalono. Dopatrywano się "czegoś" nieznanego pod ziemią tuż pod wioską Canneto, co mogła emitować w nieregularnych odstępach czasowych bardzo silne promieniowanie elektromagnetyczne. Żadnego pewnika jednak nie ustalono poza tym, że wieś została dotknięta oddziaływaniem elektromagnetycznym o sztucznym pochodzeniu, które może generować skoncentrowane wiązki energii o bardzo silnym natężeniu. Naukowcy są także zgodni co tego, że źródłem tak intensywnego pola nie może być sama natura.

Powracają zatem pytania będące wciąż bez odpowiedzi. Raport Obrony Cywilnej nie wykluczył ingerencji obcych, ale to jest zbyt naciągane i zbyt, powiedzmy niedorzeczne. A jeśli nie obcy, to kto? Silne pole nie bierze się samo z siebie, a Włoskie Siły Zbrojne nabierają wody w usta, i raczej wolą wyjaśnienia o ingerencji obcych, byle tylko oddalić jak najdalej podejrzenia od siebie. Hipoteza przemawiająca za wojskowymi eksperymentami wcale nie jest bezpodstawna, albowiem w Sigonelli znajduje się baza NATO, a w Niscemi zainstalowany jest amerykański system radiowy MUOS (Mobile User Objective System). Czym jest MUOS? W ubogim skrócie, to system SATCOM o bardzo wysokiej częstotliwości (UHF); (zakres częstotliwości od 300 MHz do 3 GHz), obsługujący przede wszystkim Departament Obrony Stanów Zjednoczonych (DoD).

Czy powinno nas zatem dziwić, że zagadka nie powinna być rozwiązana?

Oficjalnie tajemnica pozostaje niewyjaśniona. Nieoficjalnie komuś bardzo zależy na tym, aby nie została rozwiązana nadal. A najbardziej pokrzywdzonych, którzy obawiają się powrotu silnego pola i tajemniczych pożarów przy każdym, nawet naturalnym pojawieniu się ognia, nikt nie bierze pod uwagę.