14.10.2019

La Pava – Twarze z Bélmez

O cudach zazwyczaj jest głośno, kiedy świadkom ukazuje się postać historyczna lub religijna. Ale czy to oznacza, że tylko znane postacie jak Jezus lub Matka Boska posiadają licencję do objawiania się? Jak się okazuje – nie. Przypadek samoistnie pojawiających się twarzy z Bélmez jest tego dobitnym dowodem.


Twarz z Bélmez w Hiszpanii
Twarz z Bélmez Foto: YouTube
Bélmez de la Moraleda to gmina w Hiszpanii, w prowincji Jaén, w Andaluzji, o powierzchni 49,44 km². Na ogół spokojna, gdzie mieszkańcy żyją własnym życiem. Zapewne o tej otoczonej gajami oliwnymi miejscowości nikt by do dzisiaj nie słyszał, gdyby nie pojawiające się w tajemniczy sposób budzące grozę twarze w domu pod numerem 5 przy Calle Real.

07.10.2019

Wzmożona aktywność asteroid – NASA ostrzega

W 2018 roku NASA ostrzegła, że nastąpił dramatyczny wzrost liczby obiektów w pobliżu Ziemi. W krótkim czasie zidentyfikowano ponad 18 000 pobliskich obiektów, a liczba ta ciągle rośnie o około kilkadziesiąt tygodniowo. Spotęgowana wykrywalność nowych potencjalnie niebezpiecznych obiektów dla Ziemi nie jest skutkiem nowych technologii, ale czegoś, czego NASA nie potrafi wyjaśnić.


Wizja asteroidy lecącej ku Ziemi
Foto: YouTube
Każdy z nas przeżył już co najmniej kilka zapowiadanych końców świata i zapewne jeszcze kilka przeżyjemy. Przywykliśmy do tego, że co jakiś czas ktoś ogłasza kolejny koniec świata, a my, słusznie zresztą, traktujemy taką informację z przymrużeniem oka. Informacje płynące z NASA nie mają nic wspólnego z zapowiedziami zagłady. Wręcz przeciwnie. NASA uspokaja, że nowe wykryte obiekty, które, pomimo że znajdują się w pobliżu Ziemi, to jest małe prawdopodobieństwo kolizji bardzo dużej asteroidy z naszą planetą. Jedyne, co może niepokoić, to zintensyfikowana liczba nowo wykrytych obiektów. Mówiąc wprost, wkraczamy w strefę, która objawia się, jak na razie przynajmniej, wzmożoną aktywnością asteroid.

Dlaczego mamy cztery pory roku wie każdy z nas. Ziemia obiega Słońce w ciągu jednego roku gwiazdowego, czyli 365 dni 6 godzin 9 minut i 9,54 sekund, przebywając w tym czasie drogę równą 939 887 974 km. Pozornie to bardzo dużo, ale jest to ruch cykliczny i wiemy, czego mamy się spodziewać w różnych miesiącach. Nikogo zatem nie dziwią upały w lipcu i mrozy w styczniu. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni i wiemy, że śnieg będzie padał w grudniu, a nie w lipcu choćby tylko dlatego, iż w grudniu śnieg padał rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu... itd. Chociaż dziś już nie jest to takie pewne, gdyż całkiem możliwe, że zmiany klimatyczne idą w parze ze wzmożoną aktywnością asteroid, ale to już inny temat. Zanudzam co? Pewnie do tej pory tak, ale...

Oczywiście wiem, że wszyscy wiedzą, iż Ziemia wykonuje ruch obrotowy wokół Słońca, które nie stoi w miejscu, lecz wraz z Układem Słonecznym krąży wokół centrum Galaktyki. Orbita Słońca wokół Galaktyki przypuszczalnie jest eliptyczna, z dodatkiem perturbacji pochodzących od ramion spiralnych Galaktyki. To bardzo ważne, gdyż istnieje hipoteza, że przejścia Słońca przez ramiona spiralne o wyższej gęstości zbiegają się z masowymi wymieraniami na Ziemi, być może ze względu na wzrost liczby upadków ciał niebieskich wskutek bliskich przejść gwiazd. Tego już pamiętać nie możemy, ale doświadczyć tego mogły dinozaury. Pełne okrążenie centrum Galaktyki (rok galaktyczny) trwa około 225–250 mln lat i szacuje się, że dotychczas Słońce okrążyło je 20–25 razy. Jak wiemy, w co wkraczamy, krążąc wraz z Ziemią wokół Słońca, tak wiedzieć nie możemy, w co wkraczamy, krążąc wraz ze Słońcem wokół centrum Galaktyki.

Czy mamy czego się obawiać? Poniższa symulacja zaprezentowana przez NASA Jet Propulsion Laboratory mówi sama za siebie, a trzeba zwrócić uwagę, że video nie obejmuje roku 2019.


Pomińmy wszystkie wykryte obiekty i ustalmy zagrożenie na podstawie liczby bliskich przelotów obok Ziemi. Bliski przelot to dość duże zagrożenie, gdyż nigdy do końca nie można być pewnym, iż obiekt ominie Ziemię. Dla przykładu warto tu przytoczyć asteroidę 2019 SP3, która kilka dni temu niemal otarła się o Ziemię. W roku 2014 odnotowano 31 bliskich przelotów planetoid. W roku 2015 – tylko(?) 24. Rok 2016 to już przynajmniej 45 bliskich przelotów. W 2017 roku było już ich minimum 53. W roku 2018 Ziemię o włos minęły 73 potencjalnie niebezpieczne obiekty. Pamiętajmy, że planetoida 2018 AH została wykryta dopiero... kiedy już minęła Ziemię. A w tym roku? O tym głośno się nie mówi, a NASA uspokaja. Oceńmy więc sami, czy najsłynniejsza medialnie asteroida Apophis faktycznie minie Ziemię w bezpiecznej odległości w kwietniu 2029 roku.

22.09.2019

Neil Armstrong – UFO i Złota Biblioteka Obcych

Co może mieć wspólnego szanowany, trzeźwo myślący astronauta z ogólnie wyszydzanymi teoriami i wiarą w istnienie inteligentnych form życia w Drodze Mlecznej poza naszą planetą oraz z pobytem obcej cywilizacji na Ziemi w czasach pradawnych? Wydawać by się mogło, że kompletnie nic. A jednak nikt nie może mieć większej wiedzy na temat pozaziemskich cywilizacji niż ludzie, którzy Ziemię opuścili.


Zdjęcie z lądowania na Księżycu, udostępnione przez NASA.
Foto: NASA
Neil Armstrong stał się bohaterem nie tyle Stanów Zjednoczonych, ile całej ludzkości, gdy 21 lipca 1969 r. jako pierwszy człowiek stanął na Księżycu. Telewizja przekazywała to wydarzenie milionom ludzi na całym świecie i cały świat mógł usłyszeć słynne zdanie Armstronga, kiedy dotknął stopą Srebrnego Globu: „🔊To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”. Pomijając teorie spiskowe mówiące o tym, że Neil Armstrong i Edwin Buzz Aldrin nigdy nie byli na Księżycu (to całkiem inny temat), uznajmy, że misja Apollo 11 odniosła sukces w takim stopniu, jak jest to oficjalnie przedstawiane, a przekaz telewizyjny z lądowania na Srebrnym Globie był prawdziwy. Jak się później okaże bowiem, w tym przypadku ma to ogromne znaczenie.

Jak ogólnie wiadomo, by zostać astronautą, należy przejść szereg rygorystycznych badań. Pod tym względem NASA dokonuje selekcji niezwykle skrupulatnie. Kosmos jest tylko dla najzdrowszych i najsilniejszych tak fizycznie, jak i psychicznie. Chcąc zostać astronautą, badań lekarskich sobie nie kupimy, jak to jest powszechnie stosowane w Polsce podczas badań wstępnych, okresowych czy wysokościowych. Podkreślmy zatem jeszcze raz – Kosmos tylko dla najsilniejszych i najzdrowszych tak fizycznie, jak i psychicznie.

Oficjalnie uznaliśmy za fakt, że misja Apollo 11 osiągnęła sukces, lądując na Księżycu. Oficjalnie uznaliśmy za fakt, że astronauci Neil Armstrong i Buzz Aldrin jako pierwsi ludzie zdobyli Srebrny Glob. Oficjalnie uznaliśmy za fakt, że miliony ludzi na całym świecie oglądali to wydarzenie w swoich telewizorach. A skoro tyle faktów uznaliśmy za fakt, to siłą rzeczy musimy uznać za fakt jeszcze jeden przemilczany szczegół – dwuminutową przerwę w transmisji, która nie wynikła z przyczyn technicznych. Dlaczego zdecydowano się przerwać transmisję? Z uwagi na ówczesną siłę propagandy w samym centrum zimnej wojny musiało to być coś, co przewyższało sowieckie upokorzenie. Długie lata ludzkość łagodnie trawiła informacje o problemach technicznych, ale... z czasem wszystko ulega zmianie w takim stopniu, jak zmianie uległ sam Neil Armstrong. Czy miało to jakiś związek z przerwą w transmisji? A może Neil Armstrong kogoś lub coś dostrzegł na Księżycu? To z pewnością tłumaczyłoby jednocześnie przerwę w transmisji oraz wewnętrzną przemianę astronauty po zakończeniu misji Apollo 11. Świat miał się dowiedzieć o lądowaniu na Księżycu, a nie o tym, co Armstrong tam widział i o czym meldował na bieżąco. Nonsens!

Nonsens? A może jednak nie, o ile weźmiemy pod uwagę miliony odtajnionych dokumentów CIA. Agencja zdecydowała się na odtajnienie dokumentów, aby stać się bardziej wiarygodną. Nastąpiło to po wielu pozwach przeciwko CIA i apelach ze strony zwolenników wolnego dostępu do informacji. Wśród odtajnionych dokumentów znajdują się także akta dotyczące badań zjawiska UFO – od samych obserwacji, po relacje z porwań. Naiwny jednak człowiek, który uważa, że CIA odtajniła cały komplet. Pomimo tego, cieszmy się z tego, co mamy. A co mamy, co może interesować nas w tym wątku? Wypowiedź Neila Armstronga, że w chwili lądowania na powierzchni Księżyca załoga lądownika Eagle nie była jedynymi obecnymi tam inteligentnymi istotami.
Ich statki znacznie przewyższały nasz pod względem szybkości i technologii" – miał powiedzieć Armstrong.
Ogólnie wiadomo, że piloci samolotów pasażerskich milczą, jeśli dostrzegą na swym kursie Niezidentyfikowany Obiekt Latający, gdyż grozi to zawodową degradacją. A tymczasem Neil Armstrong melduje o UFO podczas lądowania na Księżycu? O czym zatem może meldować w chwili, kiedy stąpał po Księżycu, że zdecydowano się przerwać transmisję? Nieoficjalnie, według pracowników NASA, którzy zdecydowali się przerwać zmowę milczenia, miał zameldować, że na skraju krateru widzi inteligentne istoty oraz należący do nich sprzęt. Brzmieć to może jak tania teoria spiskowa, ale...

Po powrocie na Ziemię Neil Armstrong stał się całkiem innym człowiekiem. Do tej pory sceptyk co do istnienia inteligentnej formy życia w naszej części Kosmosu, nagle nabrał Dänikenowskiej pewności ich istnienia tak w naszym Układzie Słonecznym, jak i na samej Ziemi. Dużo czasu zaczął poświęcać na odnajdywaniu śladów pobytu obcej cywilizacji na Ziemi w zamierzchłej przeszłości. Jakby wiedział czego szukać i gdzie. Przekonany był, że Obcy zostawili na Ziemi ukryte informacje gdzieś w dżungli w Ekwadorze. Skąd mógł mieć nagle taką wiedzę? Nie odważę się na to pytanie odpowiedzieć wprost, ale...

W gęstej dżungli na wschodnim stoku Andów w prowincji Morona Santiago w Ekwadorze znajduje się jaskinia Cueva de los Tayos. Niejaki Juan Moricz twierdził, że zbadał Cueva de los Tayos w 1969 roku i odkrył tam stosy złota, starodawne artefakty oraz metalową bibliotekę. Wszystko to miało znajdować się w sieci wydrążonych sztucznych tuneli, które zostały stworzone przez zaginioną cywilizację. Wydawać się może, iż ludzi takich jak Moricz jest wiele i każdy z nich twierdzi, że coś, gdzieś w odludnym miejscu znalazł. Zazwyczaj takie relacje są ignorowane, ale nie tym razem. W roku 1976 zorganizowano największą i najdroższą ekspedycję naukową pod względem eksploracji jaskiń, by potwierdzić relację Moricza. W wyprawie wzięło udział ponad stu naukowców z różnych dziedzin oraz, a jakże, czołową postacią ekspedycji był astronauta Neil Armstrong. Oficjalnie w jaskiniach odkryto liczne i cenne artefakty, ale samej Złotej Biblioteki Obcych nie odnaleziono. Jeśli wierzyć Moriczowi, który stwierdził, że ekspedycja skupiła się na złym kompleksie jaskiń, należy uznać, iż Złota Biblioteka Obcych, jak również inne dowody technologii zaginionych cywilizacji, wciąż czeka swoje odkrycie. Oczywiście nieznanemu nikomu Moriczowi możemy bezkarnie zarzucić kłamstwo, ale najsławniejszy astronauta Armstrong? Co go pchnęło w tak trudną ekspedycję? Intuicja, ciekawość, wiara czy wiedza? A jeśli wiedza... ?

Wówczas tajemnica wiary ukrywana przed wiernymi nabiera klarownego znaczenia, a pradawne pisma takie jak Księga Henocha, nie bez powodu zostają odrzucane przez religijnych przywódców.


25.08.2019

Śmierć nie jest końcem życia

Żyjemy z dnia na dzień pochłonięci sprawami dnia codziennego, wmawiając sobie, że robimy to dla lepszego jutra. Zatopieni w mętnych wodach trudów życia nie dostrzegamy, że życie nie trwa wiecznie. Dopiero dowiadując się o śmierci kogoś bliskiego, zaczynamy zastanawiać się nad sensem życia i stawiamy sobie pytanie – co jest po drugiej stronie? Uświadamiamy sobie bowiem, że kiedyś sami będziemy musieli przejść przez granicę życia, by wejść w nieznane nam strefy życia po śmierci.


Dzieło J. E. Ridingera
Fot: Wikimedia Commons
Na temat początku życia powstało wiele teorii, które na zawsze pozostaną teoriami. Bez zbędnego oszukiwania się – nikt nie jest w stanie udowodnić narodzin Wszechświata za sprawą Wielkiego Wybuchu, życia w tymże Wszechświecie za sprawą Boga Stwórcy czy teorii ewolucji według Darwina. Rodzimy się, dorastamy, nasiąkamy czystą i brudną wiedzą akademicką niczym gąbka wodą, starzejemy się z czasem i obserwujemy na żywo wokół siebie proces życia, który zawsze kończy się śmiercią.

Od kiedy homo sapiens nauczył się myśleć, nabywając świadomości swego istnienia i uświadomił sobie, że to istnienie nie trwa wiecznie – boi się śmierci. Jest świadkiem umierania swych wrogów, ludzi mu obojętnych, a co najistotniejsze swoich przyjaciół i ludzi mu najbliższych. Obserwuje także narodziny nowego życia tak w przyrodzie, jak i ludzi w swym otoczeniu. Zaczyna zastanawiać się, co leży między życiem a śmiercią? Nowo narodzone życie nie jest wszakże tym samym życiem, które umarło. Przeświadczenie o dalszym życiu daje człowiekowi siłę, by patrzeć śmierci prosto w oczy. A jednak lęk przed śmiercią nie znika, ponieważ życie każdego z nas jest jedynie mgiełką, a nadzieja ulotną iluzją podsycaną religijnymi zapewnieniami. Religia jednak to jedynie pusta wiara, a wiara to nie fakty. Naturalną rzeczą jest, że człowiek boi się nieznanego, a istnienie po śmierci jest największą zagadką, która zagadką pozostanie na wieki, bowiem przecież każdy z nas już kiedyś nie żył. Tak – każdy z nas już nie żył wtedy, zanim zaczął żyć. Wydaje się to trochę skomplikowane, ale zastanawiając się nad tym głębiej, to czemu bać się śmierci, skoro już kiedyś nie żyliśmy? A gdzieś przecież musieliśmy istnieć z tym jedynie, że nikt z nas nie jest w stanie pamiętać życia przed życiem.

Katolicka, nie tylko zresztą, wizja piekła, czyśćca i nieba niezbyt już przekonuje nawet zatwardziałych wiernych. Nie tylko świadczyć o tym może styl życia wiernych żyjących w krajach katolickich, co sadystyczny, zbrodniczy charakter przedstawicieli Kościoła katolickiego. Przesadzam? Nie sądzę. Proszę przeczytać notkę „Piąte – Nie zabijaj”, w której szerzej opisałem szatana ukrywającego się pod znakiem katolickiego krzyża. Nie odbiegając od tematu, uważam, że religie niewiele wnoszą, by przekazać nam wiedzę, co jest tam po drugiej stronie życia, zwłaszcza że przynależąc do danej grupy religijnej zawsze mamy narzucony NAKAZ wiary w poszczególne elementy z góry ustalone przez kapłanów tejże religii. Zakaz myślenia, wyrażania własnego zdania, wątpienia, nie tylko dotyczy podwładnych Watykanowi. O siedmiu dziewicach otrzymanych w nagrodę za wiarę w innej grupie religijnej, również możemy zapomnieć. Reklama podobnie jak fanatyczna wiara, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Człowiek poważnie myślący, gdzie obecnie znajduje się osoba mu bliska, która niedawno zmarła, potrzebuje faktów, niezaprzeczalnych dowodów, a tych niestety w religiach brakuje. Tu nie chodzi nawet o to, co nas czeka po śmierci, ale o rzecz ważniejszą – kochając kogoś za jego życia, pragniemy pewności, że osoba ta jest szczęśliwa po śmierci ciała.

Bardziej sprawiedliwa i zarazem resocjalizacyjna wydawać się może wiara w reinkarnację. „Co człowiek posieje, to i żąć będzie”. Wielokrotny cykl narodzin i śmierci, gdzie w nowych wcieleniach odbieramy nagrody i doświadczamy kar za dobre i złe czyny w życiach poprzednich. Tyle tylko, że tu również mamy do czynienia z wiarą, gdzie faktów i dowodów wciąż brakuje. Bardziej sprawiedliwą, bowiem niby wszyscy rodzimy się równi, tak dziecko urodzone w bogatej rodzinie, jak i biednej. Gdzie tu zatem sprawiedliwość? Odpowiedź może tkwić właśnie w czynach istnień poprzednich. Co prawda zdarzają się przypadki, kiedy dziecko opowiada ze szczegółami swoje poprzednie życie, a o szczegółach tych wiedzieć nie mógł, to czy można uznać to za dowód? Być może tak, a być może jest inne tego wyjaśnienie. Tak czy inaczej, wiara w reinkarnację jest nadal tylko wiarą, ale w tym przypadku skłania do myślenia. Jest także pewne, że ludzie wierzący w reinkarnację z egoistycznych pobudek zmienią swe życie na lepsze tylko dlatego, by nie odbierać kar w życiach przyszłych. To już bardzo dużo, chociażby dla otoczenia złego człowieka. Nam jednak chodzi o pewność, że bliska nam osoba po śmierci jest szczęśliwa, a tej pewności wciąż nie mamy.

Naukowe badania nad Duszą możemy wrzucić na tę samą półkę, co wierzenia religijne. Tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Uznając człowieka za coś w rodzaju maszyny, można uznać Duszę za coś w rodzaju energii, która podobnie jak prąd elektryczny sprawia, że człowiek (maszyna) funkcjonuje i żyje. Nie ma energii, nie ma życia człowieka i nie ma sprawności maszyny. Człowiek zamienia się w proch, jak i maszyna zaczyna rdzewieć. To jednak całkiem inny temat wymagający dłuższego opisu. Faktem jedynie jest, że nauka absolutnie niczego nam nie wyjaśnia i nie udzieli odpowiedzi na nasze pytanie.

Nadzieję mogą dawać relacje ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Scenariusz bardzo podobny – światłość, spotkania z bliskimi wcześniej zmarłymi, uczucie ciepła i miłości oraz niechęć powrotu do ciała materialnego. I wszystko pięknie, gdyby nie mały szczegół. Czy śmierć kliniczną możemy uznać za śmierć w pełnym brzmieniu tego słowa? Skoro ludzie wracają do życia, oznacza to, że ciało wcale w pełni nie umarło ostatecznie. Nie podważa osiągnięć obecnej medycyny, ale z drugiej strony wszyscy wiemy, iż to za mało i daleko jej do doskonałości. Wiele przypadków błędnej diagnozy utrzymuje się w tajemnicy. Sam byłem świadkiem, kiedy to lekarz stwierdził zgon jedynie po oględzinach. Niestety to zdecydowanie za mało, by uznać ciało za martwe, zwłaszcza że ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną, także przez długi nawet okres nie wykazywali oznak życia. A jednak powracali i powracają nadal.

Wreszcie czy można uznać za dowód życia po śmierci relacje ludzi, którzy twierdzą, iż mieli wizje, aczkolwiek wizjami tego nie nazywają, ale spotkaniami na jawie z bliskimi im zmarłymi. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jak się okazuje, badania tego zjawiska wykazują, iż takich spotkań doświadcza więcej osób, niż mogłoby nam się wydawać. Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych dowodzą, że co czwarty obywatel tego kraju widział choć raz w życiu kogoś bliskiego zmarłego. Jednocześnie też większość tych ludzi wyznaje, że nie rozpowiadają o tym znajomym, bojąc się ich reakcji. I wcale im się nie dziwię.

A co z odpowiedzią na pytanie, czy istnieje życie po śmierci? Osobiście uważam, że istnieje i ukształtowane jest czymś w rodzaju istnień poprzednich (co nie jest przyznaniem się do wiary w reinkarnację). Po prostu... może inaczej powiem. Warto przeżyć życie uczciwie i zawsze być pomocnym bliźniemu, bowiem nigdy nie wiadomo, czy nie spotkamy ich i nie będziemy potrzebowali od nich pomocy w życiu po śmierci.

Nie stawiajmy materializmu ponad śmierć i życie.


29.06.2019

Asteroida Apophis pędzi ku Ziemi

Asteroida (99942) Apophis należąca do grupy Atena wchodzi w skład ciał niebieskich, które należą do grupy Potencjalnie Niebezpiecznych Asteroid. Nie oznacza to, że każda planetoida z tej grupy uderzy w Ziemię, ale... dziś wiemy, że wykryta w 2004 r. asteroida Apophis o średnicy ponad 300 m, przeciera kosmiczne szlaki, pędząc ku Ziemi z prędkością ponad 30 km/s.


Artystyczna wizja uderzenia planetoidy w Ziemię wg Donalda Davisa
Fot: Don Davis
Potencjalnie Niebezpieczne Asteroidy (ang.: Potentially Hazardous Asteroid, w skrócie: PHA) – to planetoidy poruszające się wokół Słońca po orbitach przecinających orbitę Ziemi lub znajdujących się w jej pobliżu. Na dzień dzisiejszy znanych jest nam 1949 obiektów, które wchodzą w skład grupy PHA, co nie oznacza, że każda z nich stanowi realne zagrożenie dla Ziemi, ale z drugiej strony zagrożenie stanowić może w każdej chwili.

Jedna z najmocniejszych teorii na temat przyczyn wyginięcia dinozaurów mówi, że ok. 65 mln lat temu w Ziemię uderzyła ogromna asteroida, co poskutkowało globalnym kataklizmem. Krater Vredefort w RPA, mający wielopierścieniową strukturę o średnicy 160 kilometrów, jest największym potwierdzonym kraterem na Ziemi. Do największych, potwierdzonych kraterów na ziemskim globie należą: krater Chicxulub w Meksyku, krater Sudbury koło miasta Sudbury w Kanadzie, Popigaj w Rosji, Acraman w Australii, Manicouagan w Kanadzie, Morokweng w Republice Południowej Afryki, Kara w Rosji, Beaverhead w USA, Tookoonooka w Australii, czy krater w Arizonie. Do tej pory wykryto 184 kratery uderzeniowe na Ziemi. Warto tu podkreślić, że właściwie nic nie wiemy o ciałach niebieskich, które uderzyły w oceany, a jak wiemy, morza i oceany stanowią ponad 70% powierzchni naszej planety. Do dziś nie mamy pewności, co było przyczyną Katastrofy Tunguskiej z 1908 r. (jedna z teorii zakłada, że za katastrofę odpowiedzialny jest Nikola Tesla), albowiem w tym przypadku nie odnaleziono krateru uderzeniowego, ale nikt nie wyklucza intruza spoza Ziemi.

Jedno wiemy na pewno – uogólnione powyższe dane potwierdzają, że w przeszłości Ziemia doświadczyła setek kataklizmów płynących wprost z kosmosu, i możemy mieć pewność, iż w przyszłości na Ziemię spadną ciała niebieskie, które zdolne są doprowadzić do globalnej katastrofy. Gdzie spadną i kiedy, tego nie wie nikt, albowiem pomimo zaawansowanej technologii, nie jesteśmy w stanie wykryć każdego potencjalnie niebezpiecznego obiektu.

Co wiemy o planetoidzie (99942) Apophis?

Apophis odkryta została w 2004 r. przez Roya Tuckera, Davida Tholena i Fabrizio Bernardiego. Początkowo nadano jej nazwę 2004 MN4, a dopiero później, jak na ironię zresztą, ochrzczono ją imieniem demona destrukcji i symbolu ciemności w mitologii egipskiej – Apophisa. Ponad 300 metrów średnicy asteroidy sprawia, że w razie kolizji z Ziemią skutki mogą być tragiczne na obszarze wielu tysięcy kilometrów kwadratowych. Wyklucza się jednak możliwość długotrwałych zmian w skali globalnej, chociaż w pewnym stopniu uderzenie Apophisa odczujemy wszyscy. Według naukowców jednak nie mamy się czego obawiać, gdyż Apophis minie Ziemię 13 kwietnia 2029 r. w odległości zaledwie 38 000 km. W skali kosmicznej 38 tys. km to niemal jak otarcie się o Ziemię biorąc pod uwagę, że Księżyc oddalony jest od Ziemi o średnio 380 000 km. Naukowcy uważają, że obiekt wielkości Apophisa mija naszą planetę w podobnej odległości średnio raz na 1500 lat.

Zakładając, że Apophis minie Ziemię bez kolizji, warto wtrącić – co by było, gdyby się zdarzyło.

Uderzenie Apophisa w Ziemię wyzwoliłoby energię równoważną 1200 megaton trotylu. Zapewne wielu osobom niewiele to mówi, zatem porównajmy dla przykładu. Największa eksplozja wywołana przez człowieka, bombą termojądrowa zwaną bombą Chruszczowa, zrzucona próbnie w 1961 roku przez Związek Radziecki na Nową Ziemię, wyzwoliła energię około 57 megaton trotylu. Erupcja wulkanu Krakatau w roku 1883 wyzwoliła energię równoważną 200 megatonom trotylu, ale to już siła naturalna, a nie stworzona przez człowieka. Inna naturalna katastrofa wymieniana wcześniej – Katastrofa Tunguska, wyzwoliła energię 5-20 megaton trotylu. Bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę wyzwoliła energię zaledwie 0,013 megatony trotylu. Zaufajmy zatem uczonym, że Apophis nie draśnie Ziemi, bo 1200 megaton trotylu na klatę zdarza się przyjąć tylko raz na 1500 lat.

23.06.2019

Tajemnica grobów w Barbados

Mówi się, że co kraj to obyczaj, a każdy skrawek lądu kryje w sobie jakąś tajemnicę. Wyspa Wielkanocna słynie z tajemniczych posągów, Egipt z ogromnych piramid, Tybet z Yeti, a wyspa Barbados... z grobowców, w których manifestuje się zagadkowa siła demolująca trumny.


Parafia Christ Church z cmentarzem, gdzie znajduje się grobowiec rodziny Chase
Parafia Christ Church w Barbados Fot: Postdlf
Zjawisko przemeblowań wnętrz grobowców na wyspie Barbados nie jest takie proste do wyjaśnienia, jak się wydaje. Sceptycy najczęściej znajdują pochopnie wyjaśnienie w działalności intruzów. Takie rozwiązanie zagadki jednak całkowicie odpada, albowiem sprawa swego czasu stała się na tyle głośna, że zdecydowano się podjąć liczne śledztwa oraz zadbano, by dotknięte demolką grobowce zostały szczelnie zamknięte i zaplombowane. Zdecydowano się także wystawić przed grobowcami strażników, którzy dodatkowo mieli pilnować grobowców dzień i noc. Na próżno. Do grobowców nikt nie wchodził, nie było w nich ukrytych wejść, a mimo to w ich wnętrzach nadal dochodziło do zjawisk, których zdrowy rozsądek z trudem akceptuje.

Paranormalne zjawiska w grobowcach w Barbados


Na południowym wybrzeżu wyspy Barbados znajduje się cmentarz Christ Church, gdzie zbudowany jest z wielkich scementowanych bloków rafy koralowej grobowiec rodziny Chase. Zadbano, by grobowiec był solidnie wykonany. Miał w końcu być ostatnim miejscem spoczynku sporej rodziny, a jak wiadomo, jakość przekłada się na długowieczność. Grobowiec zatem wybudowano z ogromną starannością, kładąc nacisk na wytrzymałość, a jego zamknięcie stanowiła ważąca tonę marmurowa płyta, by potencjalny, cmentarny intruz nie miał łatwego zadania.

Pierwsza trumna w grobowcu pojawiła się 31 lipca 1807 r., w której spoczywały zwłoki pani Thomasiny Goddard. Z nieboszczką pożegnano się z żalem w oczach, ale i bez paranormalnych niespodzianek. 22 lutego 1808 r. do grobowca trafiła druga trumna, w której spoczywała wnuczka pani Goddard. Trumna ta była o wiele mniejsza, gdyż Mary Anny Marii Chase zmarła, będąc jeszcze dzieckiem. Po otwarciu krypty, by umieścić w niej trumnę z dzieckiem, nie zaobserwowano niczego szczególnego. Pochówek tradycyjnie smutny, ale i bez nadprzyrodzonych incydentów. Cztery lata później zmarła starsza siostra Mary Anny, Dorcas Chase, co sprawiło, że 6 lipca 1812 r. otworzono kolejny raz rodzinny grobowiec, ale tym razem grabarzom i rodzinie ukazał się po raz pierwszy widok, który sprawił, iż wszyscy zamarli niczym sparaliżowani. Mniejsza trumna wnuczki pani Goddard leżała w jednym kącie, a trumna Thomasiny oparta była o ścianę w pozycji pionowej. Nie w takim stanie cztery lata wcześniej pieczętowano kryptę, o czym wiedzieli wszyscy świadkowie. Dodać tu należy, że trumny obite były ołowianą blachą, co sprawiało, że potencjalny intruz, o ile był to człowiek, wykazywać się musiał ponadprzeciętną siłą. Nie brano jednak pod uwagę, że mógł to być nawet któryś z niewolników, ani nawet żaden człowiek, gdyż w grobowcu nie znaleziono potajemnego wejścia, a płyta zabezpieczająca kryptę nie nosiła śladów włamania.

Szukając logicznego wytłumaczenia zjawiska, na pierwszy ogień oskarżenia poszli niewolnicy, którym próbowano przypiąć motyw zemsty, gdyż Thomas Chase traktował murzyńskich niewolników gorzej niż bydło. Był dla nich tyranem, sadystą i katem. Dla rodziny zresztą też, ale nikt rodziny nie oskarżał, bowiem najłatwiej winą obarczyć niewolników. Rzecz jasna mało kto wierzył w prawdziwość oskarżenia, lecz nie umiejąc znaleźć logicznego wyjaśnienia, należało wymyślić coś na siłę a o sprawie szybko zapomnieć, by wieść, nie rozeszła się na okolicę. Wiek XIX to inny świat niż XXI, plotki miały ogromną siłę. Ułożono zatem trzy trumny na swoich miejscach, kryptę zamknięto i próbowano zapomnieć o incydencie.

Miesiąc po śmierci Dorcas Chase zmarł tyran, sam Thomas Chase. W grobowcu jednak nie zaobserwowano żadnych zmian, choć obawa była. Wszystko było na swoim miejscu, a plotki o zjawisku sprzed miesiąca topniały, ale do czasu.

25 września 1816 r. miał odbyć się pogrzeb dziecka Samuela Brewstera Amesa. Krypta została otworzona kolejny raz i kolejny raz świadków sparaliżowało. Ani jedna trumna nie spoczywała na swoim miejscu, a wnętrze grobowca wyglądało, jakby jakaś siła targała ciężkimi trumnami na wszystkie strony. Niestety po raz kolejny przyjęto najprostsze wyjaśnienie, obarczając winą Murzynów. Nie brano nawet pod uwagę, pomimo że doskonale o tym wszyscy wiedzieli, że Murzyni mają specyficzne podejście do zmarłych. Nawet nie wchodzi tu w grę sam szacunek, ale zabobonny strach przed profanacją zwłok. Nie miejsce tu, by szczegółowo opisywać wierzenia rdzennych mieszkańców czarnego lądu. Pewne jest jednak, że niewolnicy nie mieli z tym nic wspólnego.

Wydarzenia z września 1816 r. rozbudziły zainteresowanie tematem nie tylko w najbliższej okolicy. Snuto różne scenariusze. Od tamtej pory rodzina Chase zdecydowała się wystawić straże przy grobie, by uniknąć kolejnych profanacji oraz, by zejść z języków już nie tylko znajomych. Świat jednak jest bezlitosny, gdy gdzieś wydarzy się coś, co przeczy zdrowej logice. Toteż nikogo nie zdziwiło, że gdy w dwa miesiące później zmarł Samuel Brewster senior, nie mylić z dzieckiem z 25 września, na pogrzebie zjawił się cały tłum ludzi, którzy przybywali nawet z odległych rejonów. 17 listopada, tuż przed otwarciem grobowca przyjmowano nawet zakłady, czy w środku było czysto, czy też tajemna siła znów zamanifestowała swą obecność. Niestety, kto postawił na wyższość zjawisk niewyjaśnionych, ten wygrał sporą sumę pieniędzy. Pomimo całodobowej warty przy grobowcu, zaplombowania marmurowej płyty, wnętrze krypty przedstawiało straszny widok. Jakby nieznana siła zakpiła z rodziny Chase, tych żyjących, jak i już nie. Trumna pani Goddard rozbita była na kawałki, a pozostałe trumny porozrzucane były po kątach, jakby ktoś nimi rzucał. Sensacja poszła w świat, a po tym incydencie z listopada 1816 r., zdecydowano się przeprowadzić wnikliwe śledztwo, ale zakończone niepowodzeniem. Uznano, że nie jest możliwe, by do krypty dostał się człowiek. Jak więc siła panowała w środku? Nie wyjaśniono.

17 lipca 1819 r. miał odbyć się pochówek Thomasiny Clarke. Wieść o pogrzebie i ponownym otwarciu grobowca wzbudził już międzynarodowe zainteresowanie. Przy otwarciu krypty obecni byli tak politycy, jak i pismaki z najróżniejszych brukowców szukających sensacji. Nie zawiedli się. Żadna z trumien nie leżała na swoim miejscu. Obecność polityków odbiła się tym razem pozytywnym echem. Powołano nowych śledczych, a śledztwo wznowiono. Werdykt jednak wciąż pozostawał bez zmian – niewyjaśnione.

W końcu przyznając się do porażki, postanowiono przenieść wszystkie trumny do innego grobowca, w którym do dnia dzisiaj trumny spoczywają w nienaruszonym stanie.

Powyższa historia dotyczy tylko jednego grobowca na wyspie, co nie oznacza, że to jedyny tajemniczy przypadek grobowych tornad wewnątrz krypt w Barbados. Próba wyjaśnienia tych zjawisk to jak walka z wiatrakami lub jak próba wyjaśnienia tajemniczych holograficznych cieni, zwiastujących nadchodzącą śmierć (?), które widywane są na całym świecie. Możemy tylko stwierdzić, że o otaczającym nas świecie wiemy tyle, co ryba wie o wodzie, w której pływa. A co możemy powiedzieć o sprawach pozagrobowych? Możemy tylko milczeć.