16.07.2018

Zastrzelony neandertalczyk




Specjaliści od balistyki końcowej i lekarze sądowi potwierdzają, że otwór w czaszce człowieka pierwotnego pomimo, iż jest to wbrew logice i znanej nam historii pochodzenia człowieka, mógł powstać wskutek działania pocisku wystrzelonego z dużą prędkością.


Czaszka Człowieka z Kabwe z otworem jak po kuli z broni palnej
Czaszka Człowieka z Kabwe     Fot. Nature
W 1921 roku, podczas prac w kopalni cynku i żelaza w Broken Hill w północnej Rodezji (obecnie Kabwe w Zambii), na głębokości 18 metrów natrafiono na ludzkie szczątki. Odkrycia dokonał szwajcarski górnik Thomas Zwigelaar, a w skład jego znaleziska wchodziła kość piszczelowa i kości udowe, kość krzyżowa, górna szczęka oraz czaszka z tajemniczym, okrągłym otworem wyglądającym jak po kuli wystrzelonej z broni palnej, z lewej strony czaszki. Po przeciwnej stronie czaszki kość jest roztrzaskana od wewnątrz, co jest bardzo charakterystyczne do obrażeń dzisiejszych ofiar morderstw, gdy pocisk przebija czaszkę z jednej strony na wylot, roztrzaskując przeciwną stronę czaszki od środka. W dzisiejszych czasach biegli sądowi badający zwłoki ofiar z takimi charakterystycznymi cechami, nie mają żadnych wątpliwości, że śmierć nastąpiła wskutek postrzału z broni palnej w głowę. Problem w tym, że znaleziona czaszka pochodzi, według najnowszych oficjalnych analiz z okresu między 130 000 a 300 000 lat.

Odkrycie od samego początku budziło wiele kontrowersji oraz wymuszało zadania łańcucha niewygodnych pytań w większości pozostających bez jednoznacznych odpowiedzi. Przede wszystkim wiek czaszki oraz do kogo należała, a że początkowo nie chciano przyznać się do błędnego nazewnictwa, uznano za stosowne dopasować czaszkę do konkretnego gatunku. Wiek kości początkowo oceniano na 1,5 - 2,5 miliona lat, jednak porzucono tę tezę ze względu na zbyt rozrośnięty mózg. Z powodu dużego podobieństwa do neandertalczyka, wskazywały na to cechy czaszki, dość długo niektórzy specjaliści utrzymywali wiek pochodzenia szczątków na minimum 40 000 lat. Początkowo uznawano nawet, że czaszka należała do przodka neandertalczyka z powodu cech wspólnych Homo erectus, chociaż ta ma zbyt spłaszczoną twarzą, a cechy wspólne z Homo sapiens wprawiało naukowców w zakłopotanie. Neandertalczyk? Ale przecież nowoczesne analizy wykazują, że neandertalczyk nie mógł być przodkiem człowieka. Sam neandertalczyk jest do dziś zagadką dla nauki, gdyż rozwinął się niezależnie od dawnego człowieka, opanował Eurazję na niemal 300 000 lat, i... nagle w niewyjaśniony sposób około 30 000 lat temu znikł z powierzchni ziemi. Dlaczego nie przetrwał i nie rozwinął się jak człowiek pomimo, że cechowała go większa objętość mózgu? Nikt nie potrafi na to odpowiedzieć. Człowiek pierwotny? Przodek neandertalczyka? Neandertalczyk? Nic nie pasowało do szczątków znalezionych w dzisiejszym Kabwe. Dla wygody i jednocześnie nie przyznając się do niemocy w identyfikacji skamielin, powstała nazwa Człowiek z Kabwe lub Człowiek z Broken Hill, a wiek szczątków ostatecznie oceniono na 130 000 - 300 000 lat.

Nie powinno nas to zbytnio dziwić wiedząc, że świat nauki jak każda rzecz ma dwie strony medalu. Przeważnie widzimy tę jasną, promieniującą stronę nauki, gdy ta potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. Zapewniam jednak, że druga, ciemna strona jest ukrywana wówczas, kiedy świat domaga się jednoznacznej odpowiedzi, a nauka milczy nie dlatego, że nie zna odpowiedzi, ale dlatego, że odpowiedź może być zaprzeczeniem tego co już uznano za fakt dokonany. Możemy zatem z odwagą mówić o wielkim szczęściu, że odkrycie szwajcarskiego górnika Thomasa Zwigelaara ujrzało światło dzienne. Zazwyczaj niewygodne dla nauki artefakty, które zaprzeczają ustalonej już chronologii zdarzeń, kończą w zatęchłych piwnicach współczesnych muzeach lub są niszczone. Być może zawdzięczać to powinniśmy czasopismu Nature, w którym 14 listopada 1921 roku, Dr. Arthur Smith Woodward zamieścił artykuł A New Cave Man from Rhodesia, South Africa, opisując odkrycie. Reakcja łańcuchowa informacji o odkryciu obiegła świat, który oczekiwał odpowiedzi na trudne pytania.

Co pewnego wiemy o Człowieku z Kabwe?


Właściwie nic oprócz tego, że żył co najmniej wiele tysięcy lat temu i możemy wrzucić go do akt ludzi pierwotnych. Największa zagadka jednak wciąż tkwi nie w samym życiu owego jaskiniowca, ale jak umarł. Uczeni z dziedziny medycyny nie mają złudzeń co do tego, że Człowiek z Broken Hill nie umarł śmiercią naturalną. Nie z takim obrażeniem czaszki, który jednoznacznie wykazuje cechy przebicia czaszki kulą wystrzeloną z dużą prędkością. Skoro uczeni uznali, że szczątki pochodzą sprzed tysięcy lat, to jakim cudem czaszka posiada obrażenia znane nam współcześnie po użyciu broni palnej? Najstarsza znana nam broń palna z lufą z brązu pochodzi z Chin, z roku 1288. Ale przecież człowiek pierwotny nie mógł posiadać umiejętności wyrobu czegokolwiek z brązu, zwłaszcza, że sam proch wynaleziono w IX wieku, również w Chinach. Jedyna znana nam broń sprzed tysiącleci to maczugi oraz kamienie. Skąd więc takie obrażenia u człowieka jaskiniowego? Badania wykazują, że praczłowiek z gatunku Homo erectus wynalazł oszczep, a także miotacz oszczepów oraz metodę osadzania kamiennych ostrzy w drewnianej rękojeści. Homo heidelbergensis sprzed 400 tys. lat, potrafili wytwarzać broń z drewna. Odkrycia archeologiczne koło Hanoweru dowiodły, że drewniana broń jak na tamte czasy była dość zmyślna, a odkopano nawet wyrzutnie drewnianych oszczepów o zasięgu do kilkudziesięciu metrów. To jednak za mało, by osiągnąć efekt jak po pocisku z rewolweru.

Czy wobec takich znalezisk, gdzie wiek nie pasuje do ówczesnej technologii, mamy prawo przypuszczać, że coś jest przed nami ukrywane? Oczywiście odrzucam cokolwiek, co może mieć wspólnego z teoriami spiskowymi. Bardziej pochylić się można ku sugestii, że historia już zapisana, uznana, przypieczętowana, nie ma prawa ulegać zmianie nawet, jeśli jest fałszywa. A co z prehistorycznymi przekazami, gdzie jasno mamy wskazane poszlaki przemawiające za tym, że pradawne cywilizacje posiadały dużo obszerniejszą wiedzę niż sądzimy? Wiedzę nawet w tak trudnych i skomplikowanych dziedzinach jak genetyka, co opisałem w notce Genetyka - nauka prehistorycznych bogów i naukowców jutra.

09.07.2018

Klimatyczna wojna



Władze Iranu twierdzą, że ich kraj został zaatakowany przez Izrael bronią klimatyczna.


Projekt badawczy na Alasce HAARP
HAARP Źródło: YouTube

Czy niegdyś uważane za wytwór fantazji wojny klimatyczne, to już celowe działania, by osłabić wrogi kraj gospodarczo?


Dla władz Iranu, susza nękająca ich kraj w ostatnim czasie nie jest przypadkowa, a za ingerencję w ich deszczowe chmury oskarżają Izrael. Generał brygady Gholam Reza Jalali, szef irańskiej organizacji obrony cywilnej, powiedział, że zmieniający się klimat w Iranie jest co najmniej "podejrzany", a już na pewno nie ma podłoża naturalnego. Za zmiany klimatyczne, które coraz częściej powodują w Iranie przedłużające się susze, oskarża Izrael, który ma działać wraz z innym, niesprecyzowanym krajem na szkodę irańskiej gospodarki.

"Podejrzewamy, że ingerencja zagraniczna odegrała zasadniczą rolę zmiany klimatu nad terenami Iranu. Izrael i inny kraj w regionie mają wspólne zespoły naukowców, które pracują nad tym, by chmury wchodzące na irańskie niebo były bezdeszczowe. Bez wątpienia stoimy wobec problemu kradzieży chmur i śniegu". - Powiedział Gholam Reza Jalali.

Na poparcie swego oskarżenia, jak podaje DailyMail, generał Gholam Reza Jalali przedstawia szereg danych, z których wynika, iż od pewnego czasu wszystkie obszary górskie pomiędzy Afganistanem a Morzem Śródziemnym pokrywa śnieg, z wyjątkiem Iranu. Generał stwierdza wprost, że nie może to być naturalnym zjawiskiem, który dotyka jedynie teren Iranu, i kieruje sprawę do naukowego wyjaśnienia, co ma być potwierdzeniem jego przypuszczeń, że Izraela używa nowoczesnej broni klimatycznej.

Zarzuty generała o kradzież chmur deszczowych nie były pierwszym przypadkiem, gdy irański urzędnik oskarżył wrogów kraju o kradzież deszczu. Podobne przypuszczenia miał były prezydent Mahmud Ahmadineżad, który w 2011 roku oskarżał kraje europejskie, o używanie broni klimatycznej, co miało wywołać suszę w Iranie.

"Dziś nasz kraj zmierza w kierunku suszy, która jest częściowo wynikiem przemysłu i częściowo celowego działania, w wyniku zniszczenia przez wroga chmur zmierzających w kierunku naszego kraju i jest to wojna, którą Iran zamierza przezwyciężyć" - mówił Mahmud Ahmadineżad.

Irańscy naukowcy dość sceptycznie podchodzą do celowego ataku Izraela na Iran. Nie wykluczają takiej możliwości, ale bardziej biorą pod uwagę naturalne zmiany klimatyczne, które w ostatnich latach dotykają w podobny sposób inne tereny, a samo ocieplenie klimatu też ma znaczenie.

Czy Izrael zaatakował Iran bronią klimatyczną? Na to pytanie odpowiedzi nie ma i być może w ogóle nie będzie. Zawsze jednak podczas tego typu incydentach, powraca temat możliwości zaatakowania wroga cichą bronią klimatyczną, a za wszystko obarczyć można samą Naturę. A jeśli mowa o broni klimatycznej, nie można pominąć najsłynniejszego projektu HAARP.

HAARP, High Frequency Active Auroral Research Program (Wysokoczęstotliwościowe Aktywne Badania Zorzy Polarnej), to kompleks 180 anten radiowych o potędze 3.6 MW, zajmujący teren około 35 akrów. W projekcie tym działają: IRI (Ionospheric Research Instrument - narzędzie dla badania jonosfery), ISR (Incoherent Scatter Radar - wysokoczęstotliwościowy radar) i współczesne badawcze narzędzie geofizyczne ELF.

Słowo HAARP najczęściej słyszymy, gdy na Ziemi dojdzie do potężnej katastrofy naturalnej. Potężne trzęsienie ziemi, potężna siła wiatru czy nawet anomalne zmiany klimatyczne na danym terenie. Dlaczego tak jest? Może dlatego, że to być może jedyny projekt na świecie, który potrafi wywołać potężną katastrofę.

HAARP jest bez wątpienia najpotężniejszym na świecie narzędziem dla oddziaływania na jonosferę. Niektórzy wojskowi uważają, że jest ona bronią geofizyczną albo jonosferyczną. Stacja HAARP rozpoczęła swe działanie w roku 1997. Od tego czasu, może zbieg okoliczności, na całym świecie zaczęto odnotowywać najpotężniejsze katastrofy.

Warto przypomnieć największe klęski żywiołowe po roku 1997


  • Rok 1999. Trzęsienie ziemi w Turcji o magnitudzie 7,6 w skali Richtera doprowadziło do śmierci ponad 20 tysięcy osób.
  • Rok 2001. Trzęsienie ziemi w Indiach o magnitudzie 7,9 w skali Richtera doprowadziło do śmierci ponad 20 tysięcy osób.
  • Rok 2003. Trzęsienie ziemi w Iranie. Szacuje się, że ofiar śmiertelnych było ponad 50 tysięcy pomimo, że oficjalnie podano liczbę 26 tysięcy osób. Siła trzęsienia ziemi w skali Richtera wynosiła 6,6 stopni.
  • Rok 2003. Huragan Isabel uśmiercił 16 osób. Maksymalna prędkość wiatru wyniosła 315 km/h, a najniższe ciśnienie – 915 hPa.
  • Rok 2003. Fala upałów w Europie doprowadziła do śmierci od 30 do 50 tysięcy osób. W tym przypadku ciężko oszacować dokładną liczbę ofiar. Upały najbardziej dotknęły Francję, Włochy i Hiszpanię ale anomalia odczuwana była w całej Europie. W tym okresie odnotowane zostały rekordowe temperatury w wielu krajach. Dla przykładu we Francji 44 stopnie Celsjusza.
  • Rok 2004. Tsunami na Oceanie Indyjskim. Liczba ofiar ponad 230 tysięcy osób.
  • Rok 2005. Trzęsienie ziemi w Pakistanie osiągnęło siłę 7,6 stopni pochłonęło życie ponad 80 tysięcy osób.
  • Rok 2008. Cyklon Nargis uderzył w Birmę 2 maja 2008 roku. Wiatr towarzyszący zjawisku miał prędkość 190-240 km/h. Liczba ofiar ponad 146 tysięcy osób.
  • Rok 2008. Trzęsienie ziemi w Syczuanie o magnitudzie 8,0, uśmierciło ponad 69 tysięcy osób.
  • Rok 2010. Kolejna rekordowa fala upałów w Europie, chociaż właściwie należy tu powiedzieć, iż tym razem upały ogarnęły niemal całą północną półkulę. Najbardziej falę gorącego powietrza odczuła Rosja, a ogólną liczbę ofiar szacuje się na ponad 50 tysięcy osób.
  • Rok 2010. Trzęsienie ziemi w Haiti uśmierciło ponad 316 tysięcy osób.
  • Rok 2011. Rekordowe trzęsienie ziemi w Japonii o magnitudzie 9,0, które wywołało potężne tsunami. Ponad 18 tysięcy ofiar.


Przypuszcza się nawet, że HAARP to broń, która pozwala zniszczyć wszystkie satelity i międzykontynentalne pociski balistyczne. Sprowadzać na wybrany cel falę promieniowania równie niszczącego jak bomba nuklearna. Zaglądać głęboko pod ziemię. Manipulować pogodą. Oddziaływać na umysły milionów ludzi. Taka broń byłaby w stanie zniszczyć całe narody bez jednego strzału w taki sposób, że nikt nawet nie dostrzegłby ataku. Każda armia na świecie chciałaby posiadać tak potężną broń zwłaszcza, że żyjemy w czasach ogromnego zagrożenia, co dość szczegółowo opisałem w notce Geneza terroryzmu.

Pytanie tylko czy HAARP jest taką bronią, czy jedynie najsilniejszym na świecie przetwornikiem wysokiej mocy i wysokiej częstotliwości do badania jonosfery? Aby na to pytanie odpowiedzieć, należy szczegółowo opisać projekt HAARP, co uczynię wkrótce.

05.07.2018

Nawiedzona ogniem Sycylia



Mieszkańcy wioski Canneto w północnej Sycylii, zaniepokojeni są powrotem pożarów, których przyczyn nikomu nie udało się wyjaśnić.


Pożar we włoskiej wiosce na Sycylii, Canneto di Caronia
Pożar w Canneto di Caronia
Ciężko tu nawet mówić o zaniepokojeniu. Mieszkańcy wioski Canneto, są wręcz przerażeni obawiając się powrotu niewyjaśnionych nigdy pożarów, które już nawiedzały ich domy. Obecne przypadki nagłych samozapłonów władze próbują tłumaczyć naturalnymi przyczynami, a media nie nagłaśniają pojedynczych przypadków spontanicznego pojawiania się ognia, nie chcąc ponownego rozgłosu na cały świat. Być może słusznie władze wpływają na media, by te nie robiły ponownie afery, gdyż tym razem wszystko można wyjaśnić logicznie. Wszak pożary występują w każdej części świata, więc naturalnym jest, że i rejon północnej części Sycylii nie jest wolny od naturalnych żywiołów. Mieszkańcy nadmorskiej wioski jednak, mają w pamięci zdarzenia z przeszłości, których nigdy nikomu nie udało się wyjaśnić, a oni sami stali się ofiarami samozapłonów jakby znikąd, co przed laty wywołało nie lada zagadkę dla świata nauki, jak również badaczy zjawisk paranormalnych.

Niewyjaśniane pożary w Canneto di Caronia z przeszłości


Dym z okna w Canneto di Caronia
Dym z okna w Canneto
Wszystko zaczęło się dość niewinnie i naturalnie. Przypadek jakich wiele w każdym rejonie świata. Na początku 2014 roku w wiosce Canneto w prowincji Mesyna w północnej Sycylii, w jednym z mieszkań nagle uległ spaleniu telewizor. Zdarzenie w niczym niezwykłe mając na uwadze wady starszych urządzeń. W Polsce wszyscy znamy takie przypadki z jeszcze nie tak odległej przeszłości. Jeśli nie każdy spotkał się z wybuchającymi telewizorami w dawnej Polsce, to na pewno każdy słyszał o takich przypadkach. I choć jeszcze nie można dopatrywać się tu niczego nadzwyczajnego, to sytuacja bardzo szybko staje się nietypowa, gdyż ten jeden telewizor zapoczątkował całą serie niewyjaśnionych samozapłonów innych przedmiotów i urządzeń w całej miejscowości Canneto di Caronia. Już na drugi dzień po pożarze telewizora w domu Nino Pezzino, mieszkańcy nadmorskiej wioski zaczęli donosić o innych niezwykłych zdarzeniach, których byli świadkami. Telefony same dzwoniły i same się wyłączały. Ktoś inny spanikowanym tonem opowiadał sąsiadowi o tym, że tuż przed świtem z balkonu obserwował szybko poruszającą się kulę światła tuż na morską wodą, a rozmowę przerwał sygnał nadjeżdżającego kolejnego wozu strażackiego w kierunku Canneto. Miejscowa straż pożarna całe swe siły w jednym czasie skupiła na jednej nadmorskiej mieścinie, gdzie naoczni świadkowie uparcie twierdzili, że ogień w ich otoczeniu pojawiał się nagle i bez żadnych przyczyn. Firanki w oknach, wnętrza szaf, papiery na biurkach, materace i koce bez żadnej wyraźnej przyczyny nagle zaczynały płonąć. Bez żadnego logicznego wyjaśnienia i bez ostrzeżenia ogień nieregularnie pojawiał się samoczynnie.

Ogień nie przebierał w środkach a jakieś logiczne wyjaśnienie, przyczyna, musi być. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, winny zawsze człowiek i tajemnicze pożary starano się wyjaśnić zwykłymi podpaleniami lub próbowano wmawiać ludności, iż ci nieumiejętnie obchodzili się z ogniem. Szybko jednak porzucono te hipotezy, gdyż zbyt wiele było naocznych świadków upierających się przy zdaniu, że widzieli jak ogień pojawiał się samoczynnie tam, gdzie właściwie nie powinien. Płonęły lodówki, radia, wspomniane już telewizory, łóżka a nawet samochody parkowane na parkingach. Jeden z policjantów oświadczył nawet, że gdy patrolował dzielnicę, jego spodnie samoistnie zaczęły płonąć. Sprawy zbagatelizować się nie dało i powzięto wszelkie środki bezpieczeństwa, w tym także odcięto całkowicie prąd myśląc, iż przyczyną ognia była wada instalacji elektrycznej. Nic to jednak nie dało. Ogień wciąż pojawiał się na oczach świadków, a wraz z ogień mieszkańcy opowiadali o innych niewyjaśnionych fenomenach. Widzieli szybko poruszające się obiekty nad morzem jak i nad lądem, niektórzy słyszeli dziwne dźwięki, których źródeł nie udało się ustalić, a także opowiadano i samoistnym przemieszczaniu się różnych przedmiotów. Zbiorowa halucynacja nie mogła wchodzić w grę, bowiem płomienie widział każdy. Nie można też było ignorować innych fenomenów, objawiających się w postaci zwęglonych korzeni roślin oraz licznych odnotowań śmierci mniejszych zwierząt hodowlanych. A skoro padały zwierzęta, pojawiło się zagrożenie życia dla miejscowej ludności.

Dziwne incydenty nie ustawały a do Canneto przybyli licznie dziennikarze szukający sensacji oraz specjaliści od wulkanologii, fizyki, elektryki, elektromagnetyzmu, geofizyki, a nawet sprowadzono znanego egzorcystę, o. Gabriela Amortha mając coraz większe przekonanie, że tu działają siły nieczyste. Egzorcysta nie pomógł a uczonym nie udało się rozwiązać zagadki spontanicznie wybuchających pożarów.

"Stałem wraz z policjantami, gdy doszli do nas dziennikarze, by zadać pytania na temat pożarów. Na naszych oczach, wszyscy to widzieliśmy jak przedmioty same zaczynały płonąć. Cóż mogę dodać na temat. Wszyscy to widzieliśmy". - Oświadczył burmistrz Caronii, Calogero Beringheli.

Na jakiś czas musiano ewakuować całą ludność feralnej miejscowości. Uczeni wciąż byli w kropce. nie potrafili znaleźć naukowego wyjaśnienia. W 2007 roku, jedna z włoskich gazet zamieściła artykuł, w którym za tajemnicze pożary obwiniano (właściwie nie wykluczano), samych kosmitów. Ustalono bowiem, że pożary musiały wywołać silne emisje elektromagnetyczne, które nie zostały wytworzone przez człowieka. Początkowo podejrzewano wojskowe eksperymenty przeprowadzane na terenach morskich, lecz wojsko zaprzeczało, by dokonywano jakichkolwiek prób z użyciem pola elektromagnetycznego. Biorąc pod uwagę, że w Stanach Zjednoczonych przeprowadzano takie eksperymenty już w latach 40., pod nazwą Eksperyment Filadelfijski, należy brać pod uwagę, iż nie jest to wcale wykluczone. Zawsze lepiej podać fantastyczne wyjaśnienie, by ukryć rzeczywistość.

Wszystko powróciło do normy na kilka lat, aż do 2014 roku, gdy to mieszkańcy tej samej miejscowości zaczęli uskarżać się ponownie na tajemnicze pożary niewiadomego pochodzenia. Zagadka sprzed dziesięciu lat powróciła równie nagle, jak zniknęła w 2004 roku. Pojawili się także uczeni z nowocześniejsza aparaturą do różnych pomiarów. Wyniki nieznacznie odbiegały od siebie, a specjaliści z różnych dziedzin potwierdzali wcześniejsze badania stwierdzając, iż za pożary odpowiedzialne są silne promieniowania, którego źródła nie ustalono. Dopatrywano się "czegoś" nieznanego pod ziemią tuż pod wioską Canneto, co mogła emitować w nieregularnych odstępach czasowych bardzo silne promieniowanie elektromagnetyczne. Żadnego pewnika jednak nie ustalono poza tym, że wieś została dotknięta oddziaływaniem elektromagnetycznym o sztucznym pochodzeniu, które może generować skoncentrowane wiązki energii o bardzo silnym natężeniu. Naukowcy są także zgodni co tego, że źródłem tak intensywnego pola nie może być sama natura.

Powracają zatem pytania będące wciąż bez odpowiedzi. Raport Obrony Cywilnej nie wykluczył ingerencji obcych, ale to jest zbyt naciągane i zbyt, powiedzmy - niedorzeczne. A jeśli nie obcy, to kto? Silne pole nie bierze się samo z siebie, a Włoskie Siły Zbrojne nabierają wody w usta, i raczej wolą wyjaśnienia o ingerencji obcych, byle tylko oddalić jak najdalej od siebie winę. Hipoteza przemawiająca za wojskowymi eksperymentami wcale nie jest bezpodstawna, bowiem w Sigonelli znajduje się baza NATO, a w Niscemi zainstalowany jest amerykański system radiowy MUOS (Mobile User Objective System). Czym jest MUOS? W ubogim skrócie, to system SATCOM o bardzo wysokiej częstotliwości (UHF) (zakres częstotliwości od 300 MHz do 3 GHz), obsługujący przede wszystkim Departament Obrony Stanów Zjednoczonych (DoD).

Czy powinno nas zatem dziwić, że zagadka nie powinna być rozwiązana?

Oficjalnie tajemnica pozostaje niewyjaśniona. Nieoficjalnie komuś bardzo zależy na tym, aby nie została rozwiązana nadal. A najbardziej pokrzywdzonych, którzy obawiają się powrotu silnego pola i tajemniczych pożarów przy każdym, nawet naturalnym pojawieniu się ognia - nikt nie bierze pod uwagę.

22.06.2018

Szafirowa Księga Adama




Pradawne przekazy żydowskie i wiele pism starożytnych podają informację o dość osobliwej Księdze, która w całości zapisana została na szafirze. Czymże ta księga mogła być zwłaszcza, że mądrość i obszerność tejże Księgi przekracza nawet zdolności naszej wyobraźni.


Wizja Szafirowej Księgi, znanej z pradawnych przekazów żydowskich
Szafirowa Księga
Jak powstał człowiek? Pytanie tak błahe w swej oczywistości, że każdy nawet boi się o to kogokolwiek zapytać. Świat uczonych akademickich z miejsca i pewną dozą ironii odpowie, że dziś nawet dziecko wie, iż człowiek pochodzi od małpy. Dawno, dawno temu, pewna małpa poczuła się tak bezpiecznie, że postanowiła zejść z drzewa, które do tamtej pory dawało jej szansę na szybką ucieczkę przed szybkimi drapieżnikami czyhającymi na nią na ziemi. Odważna małpa to była, nie ma to jak prawdziwe wyzwanie oko w oko ze śmiercią. Będąc już na ziemi postanowiła dać szansę swym licznym wrogom i dumnie zdecydowała, że już nie będzie używać czterech łap do szybkiej ucieczki przed nimi. Wyprostowała się zatem drwiąc z szybkich drapieżników uważając, że na dwóch nogach w o wiele wolniejszym biegu niż dotychczas, i tak nikt jej nie dogoni. Małpa zuch. Tym bardziej, że z czasem postanowiła znowu rzucić wyzwanie samej naturze. Pomyślała, po co jej ta brzydka sierść? Co z tego, że chroni ją przed warunkami atmosferycznymi w mroźne zimy i upalne lata podczas, gdy to takie oklepane i niemodne? Przecież może zmieniać sierść do wyboru, koloru czy w zależności od warunków atmosferycznych, na skóry innych zwierząt. A trzeba przecież podobać się innym małpom i nie chodzić każdego dnia w tym samym. Małpa po zejściu z drzewa, wyprostowaniu się, zapanowaniu nad zawstydzonym drapieżnikiem, musiała myśleć o elegancji. I tak idąc dalej zgodnie ze scenariuszem uczonych, małpa zakazała mówić o sobie małpa, zamieniając to poniżające ją słowo na słowo człowiek.

Oczywiście taki scenariusz powstania człowieka wyśmieje każda religia, opierająca się na słowie objawionym w starych pismach świętych, a głównie Biblii. Dla kapłanów pytanie o powstaniu człowieka, jest równie błahe jak dla uczonych akademickich. Przecież całą procedurę powstania człowieka wyjaśniają najstarsze pisma święte. Adam, jako pierwszy człowiek został ulepiony z gliny. Ot cała tajemnica wyjaśnia się w jednym zdaniu. Tyle o powstaniu człowieka możemy przeczytać w najświętszym piśmie, czyli w Biblii.

Wiedząc jednakże, że Biblia to nie cała historia pierwszego człowieka, albowiem Biblia składa się z tych pism, które kapłani uznali za stosowne włączyć w poczet pisma, mamy wiele tomów innych starożytnych pism, które do Biblii już się nie zmieściły. Wiele odrzucono jako Apokryfy, wiele uznaje się za objawione ale jakby uznawane za zbyt mało odpowiednie, a jeszcze inne opisują zbyt wiele niezrozumiałych jak na tamte czasy, szczegółów. Z czasem powstało coś w rodzaju utartej Biblii jako główne słowo objawione i w pełni dosłownie prawdziwe, ale nie odrzucano jednocześnie tych jakoby pobocznych, które zachowały się w pamięci najstarszych wtajemniczonych tamtej epoki, a którzy wiedzę swą przekazywali mniej oficjalnie następnym pokoleniom. Z czasem też, gdzieniegdzie zaczęto je spisywać. Jednak z natury małej popularności, informacje w nich przechodziły w cień tych najbardziej oficjalnych, których znaczenia również nie rozumiano w pełni, ale kapłani mający dar przekonywania wiedzieli, co ma wyjść na piedestał, a co ma zostać ukryte w cieniu. Podkreślić należy, że w cieniu wcale nie oznacza, iż o nich zapomniano i uznano za nieistotne. Wszak dziś sami nie wiemy jak interpretować pewne mity tylko dlatego, że nie przechodzą przez filtry wiarygodności.

Ale czy człowiek ulepiony z gliny nie jest zbytnio mitologiczny? Dla Kościoła nie, gdyż do dziś oficjalnie, patrząc pod katem religijnym, wpaja się ludziom, iż Adam jako pierwszy człowiek został ulepiony z gliny. Kapłański filtr informacji możliwych nie działał zatem najlepiej. Ale trzeba też brać pod uwagę, że skoro Biblia wyjaśnia akt stworzenia świata, musi być też wzmianka o powstaniu człowieka. Mamy więc w Biblii przepuszczone przez filtr pismo, które opisuje powstanie Adama z gliny. Informacja bardzo uboga, ale jest, jak jest również wzmianka o Ewie uformowanej z żebra Adama oraz o samym Raju, czyli miejscu zamieszkania Adama i Ewy jako pierwszych ludzi. Przez kapłański filtr nie przeszła informacja o tym, że pierwszą kobietą Adama była Lilith a nie Ewa, ale pomińmy to, gdyż zatrzymując się przy każdym szczególe kapłańskiej cenzury, musielibyśmy każdy szczegół opisywać bardzo obszernie.

Skupmy się na samym Adamie, Raju, wygnaniu z Edenu oraz tajemniczej Szafirowej Księdze, którą to Adam otrzymał od samego anioła Raziela, jako pomoc naukowa w egzystencji po wygnaniu z przytulnego Raju. Pamiętać tu należy, że te informacje nie są wymyślone przez współczesnych ludzi, ale zaczerpnięte z dokładnie tych samych odnalezionych starożytnych pism, których przefiltrowaną treść częściowo mamy w Biblii. Informacje te wrzucono w poczet żydowskich mitów i legend, gdyż tysiące lat temu nie potrafiono ich racjonalnie wyjaśnić. Jak się wkrótce okaże, nie potrafimy ich wyjaśnić także dziś, w erze elektroniki, cyfryzacji i coraz doskonalszych procesorów.

Z Biblii dowiadujemy się, że Adam został ukarany wygnaniem z Raju i na tym praktycznie nasza biblijna wiedza się kończy. Starożytne pisma jednak nie są tak skąpe w informacje. Z przekazów z czasów pradawnych dowiadujemy się, że Adam po wygnaniu absolutnie nie dawał sobie rady będąc już o krok od śmierci. Nie rozumiał położenia, w którym się znalazł i nie rozumiał do końca za co został tak okrutnie jakby zdradzony przez swego Stwórcę i jego aniołów. Nie czuł się winny, ale opuszczony, co grubo podkreślają starożytne pisma. Każdego dnia wychodził nad rzekę wołając o zmiłowanie i litość nad losem, ale bez skutków. Pozbawiony całkowicie nadziei wołając nad rzeką wypływającą z Edenu już trzeci dzień bez wytchnienia, nagle ukazał mu się anioł Raziel trzymający w ręce księgę. Raziel powiadomił Adama, iż jego prośby zostały wysłuchane i żeby się nie martwił, gdyż Pan widząc jego tragiczne położenie zdał sobie sprawę z tego, że Adam na wygnaniu długo nie przeżyje. Anioł Raziel poinformował Adama, że księga w jego rekach jest przeznaczona dla niego, aby dowiedział się z niej co go czeka aż do dnia śmierci. Święta księga jednakże, miała nie być przeznaczona dla Adama wyłącznie. Anioł Raziel nauczył Adama czytać święte znaki z księgi, odpowiednio poinstruował Adama o sposobie obchodzenia się z ową Księgą, ostrzegał o niebezpieczeństwach złego czytania znaków księgi oraz, aby przekazał całą tajemnicę świętej księgi swemu synowi, który ma postępować z księgą dokładnie jak on sam włącznie z przekazaniem księgi kolejnym pokoleniom.

Wszystko można zaliczyć w poczet legend i mitów nawet, jeśli znajdujemy zapisy o takich wydarzeniach w odnalezionych starożytnych pismach. Sprawa z tajemniczą Księgą od anioła Raziela jest jednak trochę bardziej zastanawiająca i z automatu wymuszająca inne podejście do tego typu relacji. Pamiętajmy, że wydarzenia opisywane w prastarych pismach to czasy powstania pierwszego człowieka. Według ludzi ze świata nauki i religii, pismo nie było wówczas jeszcze znane, gdyż sam człowiek miał być prymitywny a pismo powstawało w toku długotrwałego procesu powstawania inteligencji. Gdy już powstało pierwsze znaki zapisywano na skałach, pergaminach, skórach zwierzęcych czy nawet drewnie. A my cały czas mamy na uwadze pierwszego człowieka w ogóle na planecie Ziemia.

Święta Księga Raziela przekazana Adamowi zapisana była w całości na czystym szafirze, a treść tej Księgi można liczyć w gigabajtach danych. Oczywiście nic, przynajmniej jeszcze, nie sugeruję, ale jednak pewne przekazy zastanawiają.

Adam nauczył się z Szafirowej Księgi nazwać każdą rzecz po imieniu oraz znał od tej pory przeznaczenie każdej z tych rzeczy. Obojętnie co by to miało nie być, Adam z Księgi dowiadywał się co, jak, z czym, dlaczego. Dosłownie cytując starożytne przekazy, w księdze owej zapisane były wysokie znaki świętej mądrości, i siedemdziesiąt dwa rodzaje nauk były w niej zawarte, które z kolei dzieliły się na siedemdziesiąt sześć najwyższych tajemnic. W księdze ukrytych było również tysiąc pięćset kluczy nie powierzonych świętym Górnego Świata. Adam z Księgi dowiadywał się wszystkiego kolejno o sposobie przetrwania, sztuce uprawiania roli, kiedy i co siać i zbierać. Wiedział kiedy przyjdzie pora sucha, deszczowa, zimna i gorąca, i wiedział na co z góry się przygotować i jak. Stał się panem przestrzeni wokół niego oraz panem sytuacji. Po szybkim opanowaniu sztuki przetrwania, z Księgi Adam zaczął dowiadywać o rzeczach, o których prymitywny człowiek wiedzieć nie musi aby przetrwać. Kogo z pierwotnych ludzi interesuje ruch ciał niebieskich? A jednak Adam czytał z Szafirowej Księgi pilnie i dowiadywał się wszystkiego o ruchu orbit planet, poznał drogi ruchu Aldebarana, Oriona i Syriusza. Wiedział kiedy nastąpi zaćmienie Słońca oraz znał kosmiczne cykle, o których dowiadujemy się stosunkowo na bieżąco w miarę rozwoju nauki.

Adam, jak mu nakazał anioł Raziel, przekazał ową księgę swemu synowi Setowi i nauczył go obchodzenia się z Świętą Księgą zapisaną na szafirze. Set całe życie korzystał z mądrości Księgi i zbudował dla niej złotą skrzynię, którą schował w miejscu według niebiańskich wskazówek. Złotą skrzynię z Szafirową Księgą odnalazł Henoch, i tez nie przez przypadek, bowiem Henoch odnalazł Księgę dzięki sennej wizji. Dzięki kolejnym sennym wizjom, Henoch nauczył się czerpać mądrość z Szafirowej Księgi i od tamtej pory wszelkie tajemnice świata były przed nim otwarte.
"Henoch znał się od tej chwili na porach roku, na planetach i gwiazdach, które każdego miesiąca oddawały swoje usługi, a także potrafił nazwać każdy obieg i znał anioły, które oddawały swe usługi".
Za sprawą anioła Rafaela, Szafirowa Księga znalazła się następnie w rękach Noego, który został ostrzeżony o zbliżającym się potopie. Pradawne legendy biblijne przekazują, że Noe właśnie za sprawą owej Księgi zapisanej na szafirze wiedział o zbliżającej się katastrofie, oraz dowiedział się jak i z czego ma zbudować Arkę. Z Szafirowej księgi korzystał także już po potopie, a anioł Rafael poinstruował Noego jak dalej ma korzystać z Szafirowej Księgi.
"Także gdy Noe wyszedł z arki, przez wszystkie dni swego żywota trzymał się księgi. W godzinie śmierci przekazał ją Semowi. Sem przekazał ją Abrahamowi. Abraham przekazał ją Izaakowi, Izaak przekazał ją Jakubowi, Jakub przekazał ją Lewiemu, Lewi przekazał ją Kehatowi, Kehat przekazał ją Amramowi, Amram przekazał ją Mojżeszowi, Mojżesz przekazał ją Jozuemu, Jozue przekazał ją Najstarszym, Najstarsi przekazali ją Prorokom, Prorocy przekazali ją Mędrcom i tak przechodziła z pokolenia na pokolenie, aż do króla Salomona".

Tego w Biblii nie znajdziecie, ale nie oznacza to, że tego nie ma w starożytnych pismach świętych, które wyeliminowano klejąc kapłański pierwszy egzemplarz Biblii. Niczego nie dodaję tu od siebie, jedynie wiernie cytuję teksty pradawnych przekazów.

Co dziś może zastanawiać w tego typu przekazach? Dosłownie wszystko. Pamiętajmy, że relacje te spisane zostały tysiące lat temu, gdyż pochodzą z tych samych niekiedy starożytnych pism, z których korzystano redagując dzisiejszą Biblię. Dlaczego je pominiętą? Czy dlatego, że nie rozumiano przekazu? Wątpliwa sprawa, bowiem Biblia nie pominęła tajemniczej Arki Przymierza, która do dziś zastanawia naukowców, a co mówić prymitywnych ludzi w tamtych czasach.

Zastanawiająca jest również, a może przede wszystkim, forma samej Księgi, która wszak napisana została na twardym szafirze oraz ogrom treści co sprawia, że nikt nie jest w stanie nawet wyobrazić sobie takiej Księgi. Komu przyszło do głowy wymyślić księgę zapisaną na szafirze? Tysiące lat temu obszerne stosunkowo pisma tworzono na skórach zwierzęcych czy innych dostępnych materiałach. Ale nawet gdyby, i tak nie zmienia to faktu zapisu takich informacji oraz samej tajemnej wiedzy, o której w tamtych czasach nie miano pojęcia. A może tylko tak nam się wydaje? Może pierwszy człowiek wcale nie pochodzi od małpy, ani nie został ulepiony z gliny, ale ktoś kiedyś pomógł człowiekowi stać się człowiekiem? Wszak krew człowieka z czynnikiem Rh- minus także jest zagadką.

Jeśli jednak na Szafirową Księgę spojrzeć z dzisiejszego punktu widzenia, można dostrzec coś więcej. Dzisiejsza nauka, rozwój technologiczny jest w stanie stworzyć księgę o małej objętości ale zawierającą informacje liczone w terabajtach danych. Pamiętajmy, że informacje, które mamy zapisane na dyskach twardych w małym pudełku, dawniej trzeba było magazynować w ogromnych bibliotekach wykorzystując tony tysięcy ksiąg. Oczywiście nadal nic nie sugeruję, ale skłaniam do zweryfikowania dawnych przekazów zapisanych w starożytnych pismach. Przeszłość bowiem, może okazać się nie taka, jaką sobie wyobrażamy.

Wypadki chodzą po ludziach, czemu maja zatem nie chodzić po rozwiniętych cywilizacjach?

02.06.2018

Czaszki z czystego kwarcu




Oryginalne kryształowe czaszki wciąż stanowią jedną z największych zagadek współczesnej nauki pomimo tego, że powstało mnóstwo podróbek, do których uczeni próbują zaliczyć także te autentyczne, gdyż pochodzenia ich nie potrafią wyjaśnić.


Kryształowa czaszka podczas przeprowadzania testów
Kryształowa czaszka
Dzisiejsza Nauka uznaje temat tajemnicy kryształowych czaszek za sprawę niemal zamkniętą podając dowody na to, że kryształowe czaszki są dziełem ludzkich rąk i fałszerstwem dla zysku. Badania nad znanymi nam czaszkami dowiodły, iż te posiadają ślady narzędzi jubilerskich i musiały powstać stosunkowo niedawno. Tak to prawda, tyle tylko, że chodzi tu jedynie o te czaszki, które możemy oglądać w Muzeum Brytyjskim oraz inne liczne fałszerstwa. Tymczasem istnieją kryształowe czaszki, które zostały poddane naukowej analizie i wszelkim badaniom, ale Nauka szczelnie zamyka usta przed podaniem oficjalnego stanowiska na ich temat, jakby chciano nam przekazać w podtekście, że tych czaszek być nie powinno. Dla uczonych akademickich ważniejsze jest zachowanie prestiżu wśród zamkniętego grona ludzi wiedzących wszystko, niż ujawnienie całej prawdy o tym, że istnieją rzeczy, przy których nauka musi przyznać się do porażki.

Pradawna legenda o trzynastu czaszkach


Indiańska legenda przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie od tysięcy lat mówi, że na świecie istnieje 13 kryształowych czaszek naturalnej wielkości z ruchomą żuchwą u każdej z nich, które posiadają wiedzę i mądrość całej ludzkości jak również przyszłych zdarzeń, w tym losów człowieka oraz całej Ziemi. Legenda ta żywa jest do dziś wśród potomków Majów jak i Azteków, Indian Pueblo i Nawaho, Czirokezów i Seneka oraz wielu innych plemion indiańskich od Ameryki Południowej aż po najwyżej położone tereny dzisiejszej Kanady. Czaszki te rozproszone są po całym świecie i skryte przed ludzkim wzrokiem. Nieliczni indiańscy mędrcy wiedzą, gdzie znajdują się poszczególne czaszki, a wiedza ta trzymana jest w najgłębszej tajemnicy, bowiem oryginalne kryształowe czaszki same w sobie nie przejawiają mocy jako jednostki. Pojedynczo każda z nich jest jedynie trybikiem w całym mechanizmie potęgi, która ma być skumulowana dopiero wtedy, gdy wszystkich 13 oryginalnych kryształowych czaszek zostanie zebranych razem w jednym miejscu. Indiańskie legendy podają także, iż to nie człowiek jest tym, który ma decydować kiedy i gdzie owych 13 czaszek ma się znaleźć w jednym miejscu. Przynajmniej nie człowiek bezpośrednio, bowiem kryształowe czaszki mają okazać swą mądrość ludzkości tylko wówczas, gdy ludzkość do tego dorośnie moralnie i duchowo, co nie jest sprzeczne z rozwojem technologicznym człowieka. Rozwój cywilizacji musi jednak być jakby zsynchronizowany z wartościami duchowymi, bowiem według Indian to nie ziemia należy do człowieka, ale człowiek do Ziemi. Tu akurat pełna zgodność, o ile kryształowe czaszki mają w sobie tak ogromną potęgę. Doskonale wiemy, że potęga dana w ręce człowieka może służyć w różnych celach. Wystarczy za przykład podać ujarzmienie energii jądrowej, która wykorzystywana jest tak w pozytywnym znaczeniu jako energia życiodajna, oraz jako najpotężniejsza broń masowego ludobójstwa.

Legenda legendą i można traktować ją nieco z przymrużeniem oka jak wszystkie legendy świata. Pamiętajmy jednak o dawnych podaniach, które dziś są rzeczywistością. Jeszcze całkiem niedawno wszyscy uznawali za baśnie otwierające się wrota po wypowiedzianym haśle "sezamie otwórz się". Uważajmy zatem na dawne legendy, by dzisiejsza nauka nie dowiodła nam, że to co dawniej opowiadano jako ludowe podania faktycznie miały więcej wspólnego z rzeczywistością niż się nam to wydaje. Dzisiejsi uczeni w wąskim gronie sami przyznają, iż wiele pradawnych hybryd mogły istnieć realnie, ale nie jako narodzone naturalnie, a genetycznie spreparowane mutanty.

Co wiemy dziś o znanych nam kryształowych czaszkach, które dumnie zamieszkują British Museum oraz Smithsonian? Otóż to bardzo ważne, gdyż nauka właśnie na ich podstawie ocenia wszystkie pozostałe. Badania wykazały iż są one falsyfikatami wykonanymi w naszych czasach i analiza właśnie tych czaszek dowiodła, że są na nich ślady narzędzi jubilerskich. To jest fakt niezaprzeczalny i śmiało można potwierdzić, że kryształowe czaszki dostępne dla każdego w muzeach, są podrobione. Na podstawie badań tych konkretnych czaszek nauka wnioskuje, że wszystkie inne również muszą być podróbkami wykonanymi dla zysku. A to już błędne myślenie, bo rzeczywistość wygląda zgoła inaczej, bowiem te czaszki nie są jedynymi i nie można na ich podstawie wnioskować o wszystkich pozostałych. Czaszki z gablot muzealnych zostawmy zatem w spokoju, skoro już wiemy o nich wszystko a zajmijmy się tymi czaszkami, od których uczeni umywają ręce.

Legenda współczesna



W latach 20. XX wieku, brytyjski archeolog i poszukiwacz przygód niczym filmowy Indiana Jones, Frederick Albert Mitchell-Hedges, przeczesywał tropikalne lasy Mezoameryki z nadzieją odnalezienia nieodkrytych śladów pradawnej kultury Majów, która właściwie pojawiła się na arenie dziejów nie wiadomo skąd około XXX wieku p.n.e., i co dziwniejsze równie nagle rozpłynęła się w historii jakby jednego dnia. Zagłębiając się w historię kryształowych czaszek, należy przywyknąć do łańcucha wciąż nowych zagadek, które rodzą kolejne zagadki od powstania gigantycznej cywilizacji Majów, aż po jej upadek z dnia na dzień, co jest do dziś jednym z najbardziej tajemniczych wydarzeń w całej historii starohiszpańskiej Ameryki.

Frederick Mitchell-Hedges po licznych trudach odnalazł wreszcie w Lubaantun w Belize (wówczas brytyjski Honduras), ruiny pradawnego miasta Majów i ze swą ekipą rozpoczął tam prace archeologiczne, oczyszczając budowle i tereny z porośniętych, zniszczonych przez czas ruin. W tychże ruinach odnaleziona została najsłynniejsza kryształowa czaszka o naturalnych wymiarach, od której rozpoczęła się trwająca do dziś światowa batalia na temat autentyczności kryształowych czaszek, a rozgłos po jej odnalezieniu sprawił, że od tego wydarzenia zaczęły powstawać masowo czaszki podrabiane dla samego zysku. Paradoksalne w tym wszystkim jest także to, że ta właśnie czaszka dająca początek wojnie naukowo fantastycznej, jest przez samych uczonych odpychana w głąb zapomnienia, a na piedestał zaczynają wypływać czaszki uznane za falsyfikaty. Podkreślić należy, że taki układ jest najwygodniejszy dla świata nauki, który za wszelką cenę chce udowodnić fałszerstwo wszystkich czaszek i skupia się tylko na tych podrabianych. Dla samej prawdy o oryginalnych czaszkach scenariusz taki jest brudnym zatajaniem faktów.

Odkrycie kryształowej czaszki przypisuje się adoptowanej córce Fredericka, Annie Mitchell-Hedges. Jednakże to akurat może być nieco naciągane, choć sama Anna nigdy nie zmieniła zdania, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności miała ją wypatrzeć samotnie w dniu swoich siedemnastych urodzin. Możliwe zatem, iż Frederick znalazł ją wcześniej i łagodnie mówiąc niejako nakierował na jej trop. Jak było naprawdę to już mniej istotne. Faktem jest, że Anna Mitchell-Hedges była w posiadaniu owej czaszki na własność aż do jej śmierci w kwietniu 2007 r., i dzięki niej wiemy dziś to co będzie opisane niżej, a nauka chce chce przed nami zatuszować. Anna Mitchell-Hedges bowiem, udostępniała czaszkę z Lubaantun do wszelkich badań, gdy ją o to poproszono i nie trzymała jej nigdy w zamknięciu przed światem. Wręcz przeciwnie. Zgodna była co do tego, że jeśli komuś uda się potwierdzić lub zaprzeczyć autentyczność czaszki, przyjmie to za prawdę obojętnie jaka by nie była.

Badania oficjalne i uznane za nieoficjalne


Anna Mitchell-Hedges bez żadnych oporów zgodziła się poddać czaszkę testom, które miały potwierdzić autentyczność lub fałszerstwo. Badania przeprowadzono w firmie Hewlett-Packard w Kalifornii. Firma HP specjalizuje się w produkcji komputerów, serwerów, drukarek, urządzeń poligraficznych oraz posiada działy produkujące elektroniczny sprzęt pomiarowy, podzespoły oraz sprzęt medyczny i naukowy. Zatem jej pracownicy są wysokiej klasy specjalistami nie tylko w dziedzinie elektroniki ale również krystalografii. A trzeba wiedzieć, że jedno z drugim ma bardzo wiele wspólnego, gdyż w elektronice zadanie swe spełnia tylko i wyłącznie czysty kwarc naturalny wyprodukowany przez samą Naturę przez okres milionów lat. Rzecz jasna dzisiaj stosuje się kwarc syntetyczny, ale jest on nadal kwarcem naturalnym pomimo tego, że uzyskiwany sztucznie w laboratoriach, gdzie po prostu stworzono mu warunki przyspieszające "naturalny" rozwój. Gdyby tego nie uczyniono rozwój elektroniki byłby daleko w tyle z powodu tego, iż w naturze czysty kwarc występuje niezwykle rzadko w dużych bryłach. A do wykonania czaszki z czystego kryształu górskiego potrzeba ogromnej bryły licząc straty podczas precyzyjnego szlifowania do kształtów naturalnej wielkości czaszki. Podstawą zatem było stwierdzić, czy kryształowa czaszka Anny Mitchell-Hedges, była wykonana z czystego kryształu górskiego. Podróbki zazwyczaj wykonane są z materiału zabrudzonego, którego w naturze jest bardzo dużo, gdyż podczas naturalnej reakcji wystarczy śladowe zanieczyszczenie aluminium lub żelaza, by kryształ uległ przebarwieniu lub zmatowieniu, co czyni go nadal kryształem, ale już zanieczyszczonym jak na przykład kwarc dymny. Ogólnie kwarc występuje naturalnie bardzo bogato, ale to właśnie zanieczyszczenia czynią go nawet pięknymi kamieniami lecz całkowicie bez wartości jak małe ziarenka piasku. Duże bryły czystego naturalnego kryształu górskiego bez śladu zanieczyszczenia, to rzadkość. Podstawą zatem było zbadanie z jakiego materiału wykonano czaszkę Anny Mitchell-Hedges.

Czaszkę zanurzono w alkoholu benzylowym o dokładnie takiej samej gęstości, współczynniku załamania i dodatkowych czynnikach jak czysty kwarc. Czaszka w alkoholu zniknęła całkowicie, co potwierdzało, że wykonana jest z unikalnej czystej bryły kwarcu pochodzenia tylko i wyłącznie naturalnego. Specjaliści z firmy HP nie mieli wątpliwości, że mają do czynienia z unikatem. Wykonano dodatkowe badania wykorzystując spolaryzowane światło, by wyeliminować sztuczne warunki laboratoryjne podczas tworzenia kwarcu syntetycznego. Nie było wątpliwości, że czaszka wykonana jest z czystego kryształu górskiego, który w naturalnych warunkach potrzebuje milionów lat, aby stał się czystym kryształem górskim. Specjaliści wykazali także, że żuchwa czaszki wykonana była dokładnie z tego samego materiału co czaszka. Oceniono, że twardość tego kryształu ustępuje jedynie diamentowi i tylko i wyłącznie używając diamentowych narzędzi, "można" tak idealnie obrobić ogromną bryłę kryształu górskiego. Można napisane w cudzysłowie oznacza, że to jest wprost niewykonywalne, gdyż zajęłoby to komuś ponad rok pracy a i tak kryształ uległby pewnemu skruszeniu. Ponadto dodatkowe badania wykazały, że na czaszce nie ma najmniejszych śladów jakiejkolwiek obróbki, ani jednej rysy świadczącej o używaniu mechanicznych narzędzi co sprawia, że czaszka musiała być wykonana jakąś techniką ręcznie przez długie lata mozolnej pracy.

Końcowy werdykt specjalistów z firmy Hewlett-Packard brzmiał: "Ta czaszka nie miała prawa powstać".

Testy zostały przeprowadzone także w British Museum, ale już nie tylko na czaszce Anny Mitchell-Hedges. Tej czaszki nieoficjalnie nikt nie brał w wątpliwość, ale oficjalnie też nikt nie chce potwierdzić jej autentyczności. Oczywiście używając słowa nikt, mam tu na myśli oficjalne stanowisko uczonych akademickich zamkniętych w zbiorze ludzi, którzy ustalili z góry wszystko co miało być do ustalenia i nie przyjmują żadnych poprawek nawet, jeśli znajdą się dowody na potwierdzenie ich błędów. Takie dowody należy niezwłocznie zniszczyć jak to miało miejsce na początku XX wieku, gdzie cały ładunek niewygodnych wykopalisk został zatopiony na pełnym morzu przez ludzi z Smithsonian Institute. Temat zakłamywania i niszczenia niewygodnych artefaktów, które istnieją a istnieć nie powinny pomińmy tu, choć wart jest szerszego omówienia, a powróćmy tymczasem do głównego wątku.

Ceri Louis Thomas i Chris Morton, zainspirowani tematem kryształowych czaszek, przemierzyli niemal cały świat węsząc informacje o czaszkach. Przekonali prywatnych właścicieli kilku czaszek do przekazania ich w celu zbadania autentyczności przez specjalistów z British Museum. Wszyscy zgodzili się chętnie niezależnie od tego co wykażą badania a uczeni z British Museum zdecydowali o testach w terminie nie wcześniejszym niż pół roku tłumacząc to, iż muszą przygotować i opracować odpowiednie metody a stawka jest ogromna. Gdy nadszedł wyznaczony termin osiem czaszek znalazło się w rękach specjalistów z British Museum. Testom objęto także czaszki z British Museum oraz Smithsonian, na których wykryto ślady narzędzi jubilerskich. Niechętnie ale przyznano, że musiały być wykonane stosunkowo niedawno, choć wcale tak nie musi być. Na jednej z prywatnych czaszek wykryto ślady narzędzi ale tylko w okolicach zębów, co również nie musi oznaczać, iż nie jest oryginalna. Dla innej czaszki określono czas pochodzenia na około XVI wiek. Co już było dla uczonych wielkim bólem, ale jednak uznano, że mimo stara jakieś błędy w datowaniu mogą występować. Problemem okazały się dwie ostatnie czaszki. British Museum odmówiło komentarza do tych czaszek i nie podano wyników testów. Dodać tu należy, iż testy wykonywane były w obecności właścicieli, gdyż ci wiedząc jak drogie są czaszki jeśli okażą się autentyczne, chcieli mieć je na oku przez tyle czasu ile to możliwe. Nie ma co im się dziwić. Podkreślam to, gdyż wyniki końcowe miały być gotowe po dwóch dniach od testów. I nagle, po odmówieniu podania wyników badać, specjaliści z londyńskiego muzeum stwierdzili, że te czaszki nie były nigdy poddawane jakimkolwiek testom! Po prostu samym świadkom testów wmówiono, że nigdy nie byli tam, gdzie byli. Specjaliści z British Museum odprawili z kwitkiem dwóch prywatnych właścicieli czaszek podając im do wiadomości, że zarówno British Museum jak i Smithsonian, nie chcą mieć nigdy więcej do czynienia z czaszkami z prywatnych kolekcji, nigdy takich nie badali i nigdy badać nie będą!

Czy ktoś widzi tu jakikolwiek sens? Co odkryli uczeni w tych dwóch czaszkach? Dlaczego boją się ujawnić wyniki testów, które odbyły się przy świadkach twierdząc, że takich testów nigdy nie było? Czy odkryto, że czaszki pochodzą sprzed tysiącleci, a to nie pasuje do ustalonej teorii inteligentnego życia na Ziemi? A może odkryli, że czaszki w ogóle nie pochodzą z Ziemi lub że istnieją, a istnieć nie powinny? Może wiedzą doskonale jak wyglądała pradawna, wysokorozwinięta przeszłość, ale za nic w świecie nie przyznają się do trwania przez długie lata w błędzie? Takich pytań można zadawać wiele, a najważniejsze w tym wszystkim jest to, że eksperci odkryli coś, co nie powinno być podane do publicznej wiadomości.

20.05.2018

Diabelska Biblia - Codex Gigas





„Mając przed sobą księgę, 
nie powinniśmy zadawać sobie pytania, co ona zawiera, 
ale co chce powiedzieć”.

Umberto Eco




Jednym z najbardziej tajemniczych dzieł w historii jest bez wątpienia potężny rękopis Kodeks Gigas, nazywany czasami Diabelską Biblią dzięki części zawartości dzieła oraz dzięki prastarej legendzie związanej z Kodeksem Gigas, która ma pośredni związek z klątwą dotykającą późniejszych właścicieli Wielkiej Księgi.


Codex Gigas otworzony na stronie przedstawiającej wizerunek diabła
Fot. Kungl. biblioteket
Kodeks Gigas to właściwie najpotężniejszy manuskrypt świata o wymiarach ponad 1 metr wysokości, 50 cm szerokości i wadze 75 kg, zawierający głównie Biblię, tak Stary jak i Nowy Testament, ale z pewnymi dodatkami, które tę księgę czynią tajemniczą i niezwykłą. Oprócz całej Biblii Kodeks zawiera encyklopedię Etymologiae Izydora z Sewilli, Antiquitates oraz De bello Judaico Józefa Flawiusza, Chronica Boemorum Kosmasa z Pragi, traktaty historyczne, etymologiczne i medyczne, kalendarz z nekrologiem, listę braci zakonnych z klasztoru w Podlažicach, magiczne formuły oraz wiele innych tekstów i... wizerunek samego diabła, co nadało jej nazwę Biblia Diabła. Właściwie to śmiało można powiedzieć, iż Kodeks Gigas wiąże się tylko z tajemniczością i niezwykłością. Od samego jej autora aż po całą zawartość i jej późniejsze dzieje aż do dziś.

Strona z Codex Gigas przedsatwiająca kalendarz
Kalendarz
Manuskrypt najprawdopodobniej napisany został w Czechach, w benedyktyńskim klasztorze w Podlažicach w XIII wieku. Oficjalnie przyjmuje się datę ukończenia Księgi w roku 1230, na podstawie znalezionego w Kodeksie zapisu. Autor i dokładna data ukończenia dzieła jest jednak nieznana, jak również nie jest znany okres tworzenia Księgi. Badania nad pismem wykazały jednak, iż musiał ją pisać jeden człowiek a dokładność w każdym znaku od pierwszej po ostatnią kartę, jest wręcz uderzająca. Każda litera i każdy znak są niemal identyczne jakby wyszły spod druku pomimo, iż Księga została napisana ręcznie. Tak doskonała jakość, staranność nad każdym znakiem i każdym rysunkiem wskazuje, że dzieło tak obszerne pisane przez jedną osobę musiało trwać przez długie lata. A mimo to ani jedna literka nie wykazuje zniekształcenia wskazującego na zmęczenie, drżenie ręki czy coraz słabszego wzroku i zdrowia autora.

Kaligrafia jest doskonała od początku do końca, a doskonałość kaligrafii wskazuje na doskonałość skryby, który tworzyć musiał manuskrypt przez kilkadziesiąt lat. Wizerunek samego diabła w kartach Kodeksu oraz licznych formuł magicznych w jednej Księdze z tradycyjną Biblią wzbudziło legendę, iż autorem Kodeksu Diabła musiał być potępiony mnich, który zaprzedał duszę diabłu. Według mitu jeden z mnichów miał ciężko zgrzeszyć, za co skazano go na śmierć głodową w zamurowanym pomieszczeniu. Uprosił jednak opata by ten darował mu życie ale w zamian miał stworzyć w jedną noc księgę z pełną wiedzą świata, która przyniesie chwałę klasztorowi. Siłą rzeczy nie dając rady dokonać takiego cudu w jedną noc nad ranem miał wezwać samego diabła, któremu za pomoc zaprzedał duszę. Według bardziej humanitarnej wersji mnich ten sam miał poprosić o izolację od świata zewnętrznego w ramach pokuty, by w samotności móc poświęcić się stworzeniu najpotężniejszego rękopisu w dziejach świata. Dla nas może bez znaczenia jest, która wersja jest prawdziwa ale nie dla samego autora Kodeksu Gigas, a honor uratowała mu korekta błędnie tłumaczonego łacińskiego słowa inclusus. Jak było na prawdę, nie wie dziś nikt.

Tajemnica powstania dzieła jest do dziś niewyjaśniona. Faktem jest, że Kodeks Gigas powstał, a późniejsze dzieje ludzi znajdujących się w jego sąsiedztwie dotykały niewyjaśnione tragedie, jakby Wielka Księga miała moc czynienia wokół siebie zła. Kilkadziesiąt lat wystarczyło, by Biblia Diabła zdobyła rozgłos w świecie pełnym przesądów, a sam klasztor zyskał dzięki niej faktyczny rozgłos. Niestety popadł w ruinę już na początku XIV wieku, co zmusiło opactwo bankrutującego klasztoru do sprzedania go innemu zakonowi Białych Mnichów i wędruje do Sedlec. W nowym miejscu zamieszkania tajemniczej księgi zaczynają dziać się dziwne zbiegi okoliczności złych wydarzeń, a zakon zaczyna popadać w finansową ruinę, jak to miało miejsce w poprzednim klasztorze. Nie wiadomo czy ówczesny biskup z Sedlec wiąże tragiczne wydarzenia z Biblią Diabła, ale postanawia pozbyć się manuskryptu odsyłając go z powrotem. Puszka Pandory została jednak rozpieczętowana uruchamiając kolejną reakcję łańcuchową dramatu. Pandemia dżumy zebrała żniwo tysięcy niewinnych ofiar. Do dziś odwiedzając klasztor w mieście Sedlec można oglądać pamiątkę tamtych wydarzeń a sam klasztor został zmieniony na muzeum, gdzie czaszki i kości zmarłych posłużyły jako materiał konstrukcyjny dla stworzenia niemal całego wystroju obiektu, w tym kapliczek, ołtarzy, żyrandoli.

Codex Gigas z wizerunkiem diabła
Wizerunek diabła
Dalsze znane dzieje Kodeksu Gigas to wiek XVI. Książę Rudolf II zafascynowany okultyzmem dowiaduje się o magicznej potędze Wielkiej Księgi oraz dowiaduje się, gdzie aktualnie Diabelska Biblia przebywa. Jako wpływowy monarcha wkupuje się w łaski opata zakonu i otrzymuje Biblię Diabła w prezencie. Rudolf z maniakalną dokładnością bada Wielką Księgę szukając w niej magicznych mocy zaklęć nie dostrzegając zmian w własnej osobowości. Staje się aspołeczny, zaczyna popadać w paranoję, zaniedbuje swoje obowiązki a najważniejszym punktem w życiu Rudolfa jest słynna Księga Diabła. Nietrudno domyślić się, iż taka zmiana czyni go niezdolnym do sprawowania władzy i zostaje strącony z tronu przez członków własnej rodziny, aż w końcu umiera niemal w samotności. Na naprawę królestwa było już za późno. Armia szwedzka pokonała zaniedbane królestwo Rudolfa a Kodeks Gigas po raz kolejny zmienił właściciela i podróżuje do zwycięskiej Szwecji. Księgę otrzymuje córka Gustawa II Adolfa, Krystyna, która była królową Szwecji w latach 1632–1654 z racji tego, iż Gustaw nie miał potomka męskiego. W królewskiej bibliotece królowej Krystyny, Kodeks Gigas zajmuje czołowe miejsce wśród najcenniejszych dzieł. Królowa jednak w krótkim czasie również doznaje dziwnej przemiany. Abdykuje, przechodzi na katolicyzm i opuszcza Szwecję ale, co najdziwniejsze, nie zabiera ze sobą najcenniejszego manuskryptu jakby chciała od niego uciec. Biblia Diabła pozostaje w zamku, w którym nagle, w roku 1697 dochodzi do wielkiego pożaru. Płonie dosłownie wszystko łącznie z bogatą zawartością cennej biblioteki. Co najdziwniejsze przy tak ogromnych zniszczeniach Biblia Diabła zostaje cudem uratowana z płomieni. Ogień pożarł wiele tomów drogocennego księgozbioru, pochłonął wiele ofiar bezpośrednio jak również ofiar za karę dopuszczenia do pożaru, a sama Biblia Diabła przetrwała niemal nie naruszona.

Obecnie Diabelska Biblia jest przechowywana w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie. Tożsamość autora do dziś jest zagadką jak w przypadku innego tajemniczego manuskryptu, Księgi Wojnicza. I choć Manuskryptu Wojnicza nigdy nie udało się rozszyfrować, tak zapis w Kodeksie Gigas jest nam znany jak najbardziej, ale zagadką jest wciąż sens znaczeniowy całego dzieła, gdzie wizerunek diabła wraz z okultystycznymi zaklęciami miesza się w jedno z świętymi zapisami Biblii, która wszakże powinna być oddzielona. Czy autor w ten sposób chciał nam coś przekazać tajemniczego, co nie powinno być ujawnione zwłaszcza za czasów panowania kościoła? A może to, że kościół ma więcej wspólnego z diabłem niż jesteśmy tego świadomi?