29.01.2018

Kłamstwa dobrej zmiany PiS



"Kłamstwo nie staje się prawdą tylko dlatego,
że wierzy w nie więcej osób."

 Oscar Wilde





małpki mądrości symbolizujące nic nie słyszeć, nic nie mówić i nic nie widzieć
Małpki mądrości
Na wstępie tego niezbyt eleganckiego, dla klasy rządzącej, artykułu, winien jestem krótkie wyjaśnienie, gdyż wiem, jaki panuje podział wśród narodu, który zamiast patrzeć na ręce obecnemu rządowi woli krytykować poprzedni, lub bezmyślnie wywyższać obecny. Artykuł zatem, dla niektórych elegancki nie będzie, ale jak mawiał Albert Einstein; "Gdy chcesz opisać prawdę, elegancję pozostaw krawcom."


Krawcem nie jestem, ale Polakiem z krwi i kości, pełnoprawnym wyborcą i co najważniejsze człowiekiem, który rozumie, iż naród jako narzędzie wyborcze ma kilka etapów traktowania polityków kandydujących w wyborach. Kilka etapów, gdzie jeden z nich to etap przedwyborczy, gdy chcemy, aby partia na którą oddajemy głos wygrała w wyborach. Ten okres można nazwać wolną amerykanką. Wszystkie chwyty dozwolone, gdyż mamy cel. Cel pozbycia się obecnego rządu i zastąpienia go ludźmi, na których głosujemy. Tu mogę zrozumieć nieustanną krytykę przeciwników i wychwalanie swoich zwolenników, byle zgodnie z prawem i pewnymi zasadami. Oczywiście bez kłamstw także. Jako wyborcy musimy w końcu komuś zaufać. Leonardo da Vinci twierdził, iż "doświadczenie dowiodło, że kto nigdy nie ufa, będzie oszukany", tak i ja komuś zaufać musiałem.

Jakiż ten Leonardo da Vinci był mądry, przewidując wieki temu, że dziś właśnie poczułem się oszukany. I jak nietrudno się domyślić przez Czytelników, wstęp ten jest jakoby przyznaniem się do głosowania na konkretną partię. A jako człowiek myślący i starający się patrzeć obiektywnie na świat rozumiem doskonale, iż dziś jest etap drugi, kolejny po przedwyborczym i dużo ważniejszy, w którym wyborcy nawet, albo przede wszystkim właściwie, powinni patrzeć na ręce rządzących. Nigdy odwrotnie. Na poprzednie rządy wpłynąć dziś nie możemy niczym, ale pilnując rządu obecnego zawsze mamy możliwość wpłynąć na tu i teraz oraz jutro. A to jest najważniejsze.


Reasumując ten wstęp, uważam, że jako wyborca partii rządzącej mam pełne prawo do krytyki partii, którą sam wybrałem. A krytyka jest wymagana zawsze wtedy, gdy jako wyborca widzę, że rząd nie sprawuje swej władzy tak jak powinien oraz odbiega od realizacji programu wyborczego, zastępując niespełnione obietnice manipulacyjną iluzją ich wykonania. Nie ma efektów, nie ma pochwał a pochlebstwo to potrawa, która smakuje wszystkim. Tym bardziej ludziom rządzącym. Tyle tylko, że to już jest kłamstwem. A kłamstw jest wiele i należy je piętnować oraz upubliczniać. A że jest ich wiele, zatem kolejno, stopniowo i nie wszystko na raz, gdyż jest tego zbyt wiele. Zatem od najważniejszych.



Kłamstwo zlikwidowania biedy


Najbardziej perfidnym, ohydnym i haniebnym kłamstwem partii rządzącej jest kłamstwo zlikwidowania biedy. Ot tak sobie nagle. Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki, z dnia na dzień tuż po wyborach, partia rządząca nagle i coraz częściej zaczyna wprowadzać kłamliwą propagandę likwidacji biedy. Stopniowo niczym ewolucyjna siła natury przekształciła biednych Polaków w bogatych. Ale ktoś zauważył, że jednak ludzie biedni są nadal. Błąd! To nie są ludzie biedni, ale niezaradni i chorzy. Słowo bieda zostaje całkowicie wycofywana z mediów publicznych (czyt. rządowych). Słowo bieda w Polsce już nie istnieje, jest zakazane a na ludzi niemających pieniędzy należy mówić niezaradni.

Czy się mylę? Sprawdźmy.

Prezydent Andrzej Duda w wypowiedzi sprzed wyborów parlamentarnych stwierdza:



„Zbyt wielu ludzi dzisiaj żyje w biedzie; zbyt wielu ludzi, zwłaszcza młodych, mówi, że w Polsce nie ma dla siebie żadnych szans rozwojowych, że nie ma płacy godnej, jeżeli w ogóle jest praca, bo najczęściej nie ma pracy poza wielkimi miastami.” - Wypowiedź z maja 2015 roku.


Zatem co najmniej do drugiej połowy 2015 roku, bieda w Polsce była ogromna, a młodzi nie mieli szans na godziwą płacę.

Andrzej Duda wygrywa wybory prezydenckie i nagle sytuacja zaczyna się zmieniać. Oczywiście to jeszcze nie pełnia sukcesu. Przed nami jeszcze okres oficjalnej biedy do końca października 2015 roku, czyli do wyborów parlamentarnych, które odbyły się 25 października.

Likwidacja biedy zaczyna się od 2016 roku, a prezydent Andrzej Duda, nagle stwierdza, że ubóstwo w Polsce spadło aż o 93 procent.


Coś zatem tu jest nie tak, jak powinno być, gdyż z jedynych działań mających na celu podwyższenie stopy życiowej Polaków, jest podwyższenie najniższej krajowej do 13 zł brutto na godzinę, co oczywiście praktycznie nic nie zmienia w życiu Polaków, którzy zarabiają najniższą krajową. A dodać tu należy, że na umowach z najniższą krajową, pracuje największa liczba Polaków oficjalnie zatrudnionych. Fakt faktem, że często ci ludzie mają płacone „pod stołem” wyższe stawki, jednak na takim procederze tracą dosłownie wszyscy. Państwo, czyli budżet, gdyż otrzymuje podatek od najniższej głodowej pensji, ZUS z tych samych przyczyn oraz najbardziej poszkodowany jest sam pracownik, który zazwyczaj nie ma nic do powiedzenia. Zarabia tylko i wyłącznie sam pracodawca, a od ustawodawcy do pracodawcy niewielka wiedzie droga. Albo się zgadza na pracę z najniższą głodową, albo zastąpi go pracownik z Ukrainy. Pamiętać należy, że dla pracownika z umową na najniższej głodowej, prawdziwa bieda zaczyna się, gdy zachoruje, przechodzi na rentę lub już na emeryturę. Wówczas wszystko ma liczone od tejże najniższej głodowej. Nie miejsce tu rozpisywać o tym, szerzej opisałem to w artykule Demokracja Orwellowska.

Może biedę tę zlikwidował rząd podwyższając kwotę wolną od podatku?

Sprawdźmy, gdyż ludzie często błędnie pojmują ten akt hojności rządu. Kwota wolna od podatku to kwota uzyskana rocznie, a nie miesięcznie, a z takim pojmowaniem sprawy spotykałem się często. Zatem by załapać się na ten akt luksusu, należy zarabiać mniej niż 8 tys. zł rocznie. 8 000 rocznie podzielić przez 12 miesięcy, daje nam dochód w diabelskiej liczbie 666 zł brutto na osobę, byśmy zostali łaskawie zwolnieni z podatku rozliczanego rocznie. Ktoś da radę przeżyć za 666 zł miesięcznie brutto, przy opłacaniu czynszy, gazu prądu? A gdzie jedzenie? Zatem podwyższenie kwoty wolnej od podatku nie zmienia kompletnie nic dla biednych, a tu należy podkreślić, że dla posłów kwota wolna od podatku wynosi 30 tys. zł. Należy coś zatem wybrać, albo mamy kraj równiejszych świń, albo zlikwidowanie biedy jest zwykłym kłamstwem.

Pytając fanatycznych zwolenników PiS, jak to jest z tą biedą? Czy jest zlikwidowana faktycznie? Oczywiście, że tak, słyszę odpowiedź. Ale pytam zatem czym? Którą ustawą? Jaką zmianą? A takie pytania są najtrudniejsze, gdyż oczywiście nic takiego nie nastąpiło, więc słyszę często „że jestem albo ślepy, albo ruski troll, albo jestem z KOD”. W takich chwilach często czuję dumę, gdyż wiem, z jakim zacofaniem intelektualnym rozmawiam. Ale pomińmy intelektualne zacofanie fanatyków. Nikt jednak nie potrafi podać konkretnego argumentu powodującego likwidację biedy w Polsce. Nie potrafią podać takiego argumentu nawet sami politycy, którzy wykorzystują w tym celu jedynie program 500 plus. Zaznaczam jednak, że program 500 plus nie miał na celu likwidacji biedy, ale powstał z powodu niżu demograficznego. A podawać program 500 plus jako przyczyna likwidacji biedy to tak, jak twierdzić, że prezes banku korzystający z 500 plus sam zarabia miliony rocznie, ale jego dzieci przed wprowadzeniem programu 500 plus, żyły w skrajnej biedzie.

Poza tym co do programu 500 plus, to nikt łaski nie robi, że "daje" na dzieci. Dzieci nie pracują i nie utrzymają się same, ale dzieci są inwestycją przyszłości, co sprawia, że nikt nikomu nie daje nic za darmo. Te finansowane dziś dzieci kiedyś zaczną pracować i spłacać te 500 plus, które tak na marginesie, powinno być wprowadzone już wieki temu. Dziecko to inwestycja kraju, a nie narzędzie służące politykom do kłamstw w tematach likwidacji biedy.

Jeśli ktoś twierdzi, że bieda w Polsce jest zlikwidowana, zapraszam odwiedzić skupy makulatury lub metalu. Nie stracicie dużo czasu na obserwację. Przez skupy surowców wtórnych przewija się dziennie tysiące biednych Polaków, którzy nie mają za co żyć i nie mają siły przebicia kłamliwej propagandy zlikwidowania biedy w Polsce. A prawda jest taka, że co czwarty Polak żyje w skrajnej biedzie, że jest ponad 400 tys. bezdomnych Polaków i szacuje się, że ogólnie ponad 16 milionów polaków żyje w niedostatku.



Kłamstwo likwidacji umów śmieciowych

 
Pamiętam przekrzykujących się polityków z partii PiS w debatach w trakcie kampanii wyborczej, jak to skutecznie rozwiążą problem umów śmieciowych. Ależ to były koncerty popisów retorycznych, że poprzednie rządy nie potrafiły zlikwidować umów śmieciowych, a pracownik powinien zarabiać godziwe pieniądze. Jakież to było wtedy dla nich proste, a cała sprawa miała być załatwiona niemal od ręki, tuż po wygraniu wyborów.

Jak ta sprawa przedstawia się dziś?

Spotykam kolegę z zawodu spawacza, który posiada dwudziestoletnie doświadczenie w swym zawodzie. Bywał już na kontraktach w Norwegii, Hiszpanii i Niemczech. W czasie rozmowy absolutnie bez nawiązywania do polityki, w pewnym momencie rozmowy sam pierwszy stwierdził, że Polsce brakuje lat świetlnych do krajów zachodnich, a rozmowa zeszła na temat zarobków. Pierwszy stwierdził, że jak to możliwe, by on, spawacz, z tak dużym doświadczeniem pracował w Polsce za 2000 zł brutto, i dodatkowo na umowie, w której jest napisane, że jego jako pracownika nie obowiązuje Kodeks Pracy. Zdziwiłem się bardzo, myśląc, że te procedery zostały już rozwiązane. Sam zaproponował, że jeśli nie wierzę, to pozwoli mi wykorzystać jego umowę na dowód, że właśnie w Polsce nadal tak jest. Oczywiście nie chciał mieć kłopotów, więc bez danych personalnych. 

Kolega spawacz stwierdził, iż takie umowy, której kopię przedstawiam poniżej, to dziś codzienność i jeśli nie zgodzi się na taką umowę, to nikt nigdzie go nie przyjmie. Na umowie jest wyraźnie wskazane, że pracownika nie obowiązuje Kodeks Pracy i co za tym idzie, w razie konfliktu z pracodawcą Sąd Pracy nie przyjmie sprawy. Pracownik, jeśli źle wykona swoją pracę musi zapłacić 2 tys. zł kary, a za każdą nieobecność pracodawca potrąca mu z wypłaty 250 zł, oraz jest również wskazana treść mówiąca o tym, że po wygaśnięciu umowy, bez pisemnej zgody tego pracodawcy pracownik nie ma prawa wykonywać pracy wskazanej przez pracodawcę. Aż złapałem się za głowę i pokazałem tę umowę znajomemu prawnikowi, który stwierdził, że to typowy kontrakt czy inaczej umowa cywilnoprawna, które stosuje się na innych szczeblach. Stanowiska wyższe, firma z firmą lub stanowisko, gdzie pracownik ma szczególne obowiązki i dostęp do tajemnic firmy. Ale na szczeblu pracowników fizycznych to typowe naciąganie pracownika, który właściwie pracownikiem nie jest, bo jak można być pracownikiem, jeśli pracownika nie interesują zapisy wynikające z Kodeksu Pracy? Prawnik ten stwierdził także, że od jakiegoś czasu coraz częściej spotyka się z ludźmi, którzy nie mając wyjścia, szukają pomocy u prawników, gdyż podpisali umowy cywilnoprawne. Ale stwierdził także, że to nie jest absolutnie wina i niedopatrzenie pracownika. Po prostu, jeśli pracownik nie przyjmie pracy na taką umowę, nie będzie jej miał wcale.

Umowa cywilnoprawa z zapisem, gdzue Kodeks Pracy nie jest uwzględniany
Ignorowany Kodeks Pracy

Obok zapis w umowie o pracę, gdzie Kodeks Pracy jest całkowicie ignorowany, a pracownik nie może wnosić sprawy do Sądu Pracy.




Umowa o pracę, na której widnieje najniższa krajowa brutto
Stawka najniższa krajowa dla doświadczonego spawacza
Stawka dla spawacza z dwudziestoletnim doświadczeniem w wysokości najniższej krajowej. Jak nie przyjmie, zastąpi go pracownik z Ukrainy.



 

kara finansowa w wysokości 2 tys zł za złamanie zasad pracy
Kara finansowa zapisana w umowie

Kara finansowa z góry ustalona w wysokości 2 tys. zł, co jest równoznaczne z tym, iż pracownik za byle co nie otrzyma ostatniej pensji.





Zakaz zapisany w umowie, gdzie pracownikowi nie wolno nigdzie podjąć pracy
Zakaz konkurencji, mający nastraszyć pracownika
Zapisany w umowie zakaz do dalszej pracy pracownika, o ile nie otrzyma on pisemnego zwolnienia od obecnego pracodawcy. Ma to na celu zastraszenie pracownika, iż ten jest całkowicie pozbawiony dalszej pracy zarobkowej, jeśli ten nie dostosuje się do ewentualnych zasad. Oczywiście zgodnie z prawem i.... sprawiedliwością.






I tak na marginesie, gdyż wiem, że padną zarzuty, iż spawacz ten zapewne pochodzi z małego miasteczka, gdzie spawa zwykłe, małe, wiejskie konstrukcje. Otóż NIE. Spawacz ten zmuszony był do przyjęcia owej pracy i podpisania takiej umowy w jednej z firm podwykonawczych, które działają na terenie rafinerii w Gdańsku. A duże firmy nowych pracowników nie przyjmują do pracy, gdyż to im się nie opłaca. Pracownicy z firm podwykonawczych będą zawsze pracować tylko wtedy, gdy jest praca, a jak jej nie ma, idą na bezpłatny przestój.


Kłamstwo dekomunizacji


Dekomunizacji w Polsce nigdy nie było, nie ma i nie będzie nigdy. Polityków wszystkich partii chronią nie immunitety ale układ o nietykalności, na co sama partia rządząca całkiem niedawno dała dowód w Senacie, chroniąc senatora z ramienia PiS, Koguta. Szerzej temat o nietykalności polityków opisałem w artykule Układ o nietykalności a sztuczny konflikt PiS z Prezydentem.

Warto w tym miejscu podkreślić, że przytaczanie dowodu na jakąś formę dekomunizacji poprzez ustawę o dezubekizacji, jest całkowitą dezinformacją i nic kompletnie nie ma wspólnego z dekomunizacją. Dekomunizacja a dezubekizacja, to dwie odrębne rzeczy, i choć wydaje się to zagmatwane, to jednak ma to swój cel. Gdyby rząd chciał dekomunizować wszystkich, to zdecydowana większość starych twarzy, dziś wypudrowanych, którzy zasiadają w Sejmie czy Senacie, musiałaby zniknąć z życia publicznego. A kto podpisuje wyrok na samego siebie? Tu nie mowa o politykach jedynie partii rządzącej, ale mowa o wszystkich politykach. A sama dezubekizacja ogranicza się jedynie do części byłych polityków sprzed 1989 roku, którzy do dziś sprawują wysokie stanowiska rządowe, publiczne i co najważniejsze, wpływowe tak na finanse, jak i na same ustawy.

Ponadto sama ustawa dezubekizacyjna ma w sobie otwarte tylne furtki, które dostrzeże tylko ten, kto szuka innego wyjścia lub tylko ten, kto chce kogoś przez tę furtkę przepuścić. Mowa konkretnie o ludziach, którzy służyli w organach wymienionych w art. 13b. Ci ludzie bowiem, siłą rzeczy i tak nie mogą mieć nic obniżone, gdyż średnia ZUS dla nich zawsze było i jest górną granicą. Ale jest też tu inny problem. Mianowicie taki, że pracując krótki okres w okresie przewidującym dezubekizację a później długie lata po 1990 roku, podlegają oczywiście dezubekizacji. Zatem mamy paradoks, gdzie wystarczyło załapać się na miesiąc w starym systemie a później lata w nowym, człowiek taki do końca życia jest ubekiem. Jego kolega o rok młodszy już nie, gdyż nie załapał się na ten feralny miesiąc, który zaważył na jego koledze. I może to nie jest największym tu problemem, bowiem są większe w tej ustawie. Mianowicie ustawa przewiduje ochronę nawet starych, wysoko postawionych i sadystycznych ubeków. Warto ustawę przeczytać dokładnie jak odbywa się ochrona znajomych, kolegów znajomych, znajomych kolegów znajomych itd. A ustawodawca przewidział katalog otwarty "dowodów" na ochronę byłych ubeków.

Zostawmy jednak ubeków, gdyż omawiając ten temat, należy zadać pytanie rządzącym, dlaczego, skoro były prezydent Lech Wałęsa, ma udowodnione, a tak rząd twierdzi, współpracę ze SB, nie jest dziś karany? Odpowiedź tylko jedna. Prawo nie działa dla wszystkich jednakowo, ale jest uzależnione od stanowiska. Dekomunizując ludzi żyjących dziś, w Sejmie mielibyśmy dziś całkiem świeże twarze, absolutnie nieznane ludziom po pięćdziesiątce.

Dekomunizacja jest zatem zwykłym medialnym dla lansu politycznego kłamstwem, gdyż rząd potrafi dekomunizować dziś jedynie komunistów tuż po ich śmierci. A dlaczego? Bo żyjący komuniści, ale w tamtych latach wpływowi mają szafy. I to nie byle jakie szafy. Nie szafy na ciuszki, ale szafy na papierki. A ludzie rządzący nie wiedzą, na kogo owe papierki są napisane. Tak było z Jaruzelskim, Kiszczakiem i... tak zapewne będzie z Jerzym Urbanem, który również posiada piękną szafę nietykalności. Oczywiście życzę Jerzemu Urbanowi długiego życia, gdyż nie jestem zwolennikiem kopania umarłych, jak polski rząd.

Jako wyborca PiS, ale umiejący dostrzec złe strony partii, którą sam wybrałem, zaczynam się zastanawiać, czy nie popełniłem błędu. Zwłaszcza że za te wszystkie kłamstwa rząd przyznał sobie w nagrodę ponad 200 milionów złotych. Pytany poseł z ramienia PiS, Dominik Tarczyński, czy to w porządku wobec narodu przyznawać sobie tak wysokie nagrody, podczas gdy tej zimy zamarznie znaczna liczba ludzi bezdomnych, odparł, iż te nagrody to za mało za tak dobrą zmianę, którą w Polsce uczynili.

A skoro poseł PiS tak twierdzi, to mam pewność, że będę opisywał dalsze kłamstwa dobrej zmiany, i na pewno nigdy więcej nie popełnię błędu z dnia 25 października 2015 roku.

Do tematu zatem wrócę, gdyż kłamstwa wobec ludzi najbiedniejszych są najważniejsze, i tym kłamstwom należało zwrócić najwięcej uwagi.

17.01.2018

Materializm ponad życie i śmierć



„Istnieje jeszcze inna, nieprzejawiona natura 
wieczna i stojąca ponad przejawioną 
i nigdy nie ulega zagładzie. Kiedy wszystko 
w tym świecie przestaje istnieć, ta część trwa 
niezmieniona.”

Bhagawadgita 8.20



Głodujące dzieci z najbiedniejszych krajów trzeciego świata
Głodujące dzieci

Czy powinniśmy obawiać się śmierci? Pytanie retoryczne, albowiem człowiek z natury boi się wszystkiego, co nie jest mu znane. Ale przecież śmierć jest naturalna i każdy z nas już nie żył przed narodzeniem. A jeśli życie po śmierci istnieje, ale uwarunkowane jest naszym scenariuszem życia? Może zatem warto myśleć o śmierci, jako życiu przyszłym, już dziś.


Wszystkie, bodajże religie świata mają jedną bardzo ważną cechę wspólną. Mianowicie wiarę w życie po śmierci. Obojętnie w jakiej formie to życie miałoby się przejawiać, to jest to bardzo istotny element, gdyż życie tu na Ziemi w materialnym świecie i materialnych ciałach warunkuje nasze duchowe życie po drugiej stronie kurtyny śmierci. Chrześcijanie, wyznawcy Islamu, jak i wyznawcy innych religii lub odłamów wierzą, że po śmierci ciała ludzkiego jego Duszę czeka Sąd Ostateczny, promujący ją do życia w Niebie, lub degradujący do Piekła, w zależności od dobrych lub złych uczynków za życia. Inne religie jak Hinduizm czy Buddyzm przekonane są o długotrwałej wędrówce dusz z jednego ciała do drugiego, aż dusza spłaci wszystkie swoje długi karmiczne, wyrywając się z cyklu powtarzających się narodzin i śmierci w świecie materialnym. Tu także ostatecznie dusza ma zakończyć swego rodzaju edukację, życiem w szczęśliwym świecie duchowym. Wiele innych religii, wyznawanych na wszystkich kontynentach, również promują ideę, iż życie tu i teraz nie jest pierwszym i ostatnim.

Powinniśmy to zignorować? Raczej nie. Ateista powie, że to bzdury a fanatyk religijny zbłądzi bezmyślnie, przywiązując się jedynie do nakazów i zakazów kapłanów jednej z religii. Każdy jednak wewnętrznie wie, że coś na rzeczy być musi. Wszak śmierć jest nieunikniona, każdy kiedyś umrze cieleśnie tak samo, jak każdy z nas już kiedyś nie żył.

Nieśmiertelność duszy jest więc wspólną cechą większości wyznań, chociaż różnią się formą przyszłego istnienia. Wspólną cechą wszystkich religii jest także to, iż aby osiągnąć szczęście w przyszłym życiu pozagrobowym, cielesnym czy duchowym, należy w obecnym życiu materialnym ściśle przestrzegać praw naturalnych, z grubym podkreśleniem praw moralnych. Wyznający obojętnie którą religię żyjąc w świecie materialnym, musi udowodnić swemu Bogu, lub sobie samemu w przypadku ateistów, że zależy mu na szczęśliwej egzystencji w życiu przyszłym. Obojętnie czy duchowym, czy kolejnym materialnym. Prościzna – każdy powie. Nie tak bardzo jednak, gdyż wiąże się to często z wieloma wyrzeczeniami życia obecnego materialnego. I tu tkwi problem, który poruszam.

Niestety w świecie dzisiejszym niewielu się to udaje, niezależnie od wyznawanej wiary. Obecnie człowiekowi od najmłodszych lat wpaja się, że bez pieniędzy będzie nikim. To kolejna cecha wspólna niemal każdej religii, albowiem człowiek nauczył się nie mieszać wiary z pieniędzmi, oszukując samego siebie. Oczywiście nie twierdzę, że pieniądze nie są potrzebne, wręcz przeciwnie, bez nich raczej nie da się żyć, ale wszystko w swoim czasie. Człowiek taki dorasta z podświadomym nakazem – pieniądze ponad wszystko i za wszelką cenę. Z czasem człowiek taki staje się niewolnikiem pieniądza i gotów jest zrobić wszystko, łącznie z kradzieżą i morderstwem, by zdobyć ich coraz więcej. Nie każdy jest gotów na tak drastyczne sposoby, ale używając przenośni, często wiedząc skąd pochodzą pieniądze łatwiej im przymknąć oko. Ludzie tacy uważają pieniądze i bogactwa materialne za jedyny cel życia, zamiast traktować je jako środek do uzyskania danego celu. Każdy z was choć raz słyszał od kogoś, że jedynym celem życia są pieniądze. Pieniądze same w sobie nie są złe, złe i niebezpieczne jest za to, dążenie do zdobywania ich za wszelką cenę często po trupach, łamiąc przy tym wszelkie prawa naturalne i moralne.

Świat jest coraz bardziej niebezpiecznym miejscem. Ludzie wraz ze wzrostem poziomu cywilizacji zajmują się jedynie egoistycznym dbaniem o własny komfort materialny. Podczas gorączkowego gromadzenia pieniędzy i bogactw naturalnych po to, by mieć jak najwięcej i na jak najdłużej, nie zauważają, że zabierają tym, którzy już prawie nic nie mają. Chorobliwe gromadzenie dóbr materialnych doprowadziła do niemal całkowitego zaniku wartości moralnych i duchowych, doktryn religijnych czy prawdziwego sensu życia. W zależności, kto, w co wierzy. Każdy z nas, obojętnie czy to będzie milioner Kulczyk (może nie najlepszy przykład dla wielu, gdyż już życie zakończył dość młodo, ale bogato), czy może bezrobotny i bezdomny Kowalski, wszyscy musimy umrzeć, bo takie jest jedyne prawdziwe prawo naturalne. Tej Naturalnej zatwierdzonej od istnienia życia ustawy, nikt nie zmieni. Śmierci nikt nigdy nie przekupi.

Śmierć nie przyjmuje łapówek ani od polityków, którzy legalnie kradną pieniądze podatnikom, ani od imperialistów kolonialnych, którzy mordują legalnie całe narody, i ani od kapłanów wszelkich religii, którzy także świadomie okradają i wyłudzają pieniądze od swych wiernych, wykorzystując ich naiwność i głównie niewiedzę. Żaden człowiek na świecie nie dysponuje taką gotówką, którą mógłby zaoferować na Sądzie Ostatecznym w zamian za odpowiednie stanowisko i zbawienie. Karol Dickens idealnie to wyraził w powieści „Opowieść wigilijna”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich kapitalistów.

Zdecydowana większość ludzi zapomina, że rodząc się w tym materialnym świecie, każdy przybył nagi, bez butów, ubrań, portfela, kont bankowych i posiadłości. Wszystko, czym dysponuje za swego krótkiego życia, ma pożyczone tylko do użytku wewnętrznego. Z chwilą śmierci wszystko, do czego doszedł za życia, zdobyte uczciwie lub nie, musi zwrócić. I lepiej dla niego byłoby, aby to, co zostawia, było zdobyte uczciwie, a za życia pomagał innym. Sytuacja człowieka, który bez opamiętania przez całe życie gromadził bogactwa materialne (jak kapłani w skarbcach kościelnych), ignorując umierających z głodu tuż obok siebie, nie rysuje się kolorowo po opuszczeniu ciała materialnego. Taki człowiek, mając za życia na kontach bankowych miliony, których nie zdążył wykorzystać dla ratowania życia tych, którzy nie mają nic, powinien bać się śmierci jak najbardziej. Jak to mówił JezusŁatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogaczowi do Królestwa Niebieskiego”. Oczywiście bogactwo samo w sobie, o ile uczciwie zdobyte, wcale nie jest złe, i bogacz również ma wielkie szanse wejść do Jezusowego Królestwa. Bogacz, który widzi niedostatek innych, którzy nie mają talentu do zdobywania pieniędzy, który na każdym kroku pomaga biednym rozumiejąc ich sytuację – taki człowiek, choć bogaty, śmierci obawiać się nie musi. Niektórzy ludzie choć bogaci, podświadomie czują, że istnieje coś ponad życie materialne tu i teraz. Dla większości jednak mamona jest zasłoną dymną dla wiecznych praw natury i praw moralnych.

Patrząc na ogrom Wszechświata i na miliardy lat wstecz, śmiało można powiedzieć, że życie trwa jedynie marną chwilę. O przeszłości tak odległej mało wiemy. Wiemy jedynie, że ta przeszłość jest faktem, i faktem jest, że mamy miliardy lat przed sobą. Nawet jeśli Ziemia przestanie istnieć, istnieje coś ponad to ziarnko piasku na pustyni zwane Ziemią. Carl Sagan miał świętą rację, pisząc; „Gdybyśmy byli sami w Kosmosie, byłoby to ogromne marnotrawstwo przestrzeni”. Kosmosu nie zbadaliśmy nawet w małym procencie. Musimy zatem przyjąć, że takich planet jak Ziemia, gdzie istnieje życie nawet inteligentne, istnieć musi wiele.

Życie tu i teraz trwa jedynie marną chwilę, ale chwilę bardzo ważną. Chwila ta być może decyduje o naszym przyszłym życiu. Nie ważne czy duchowym, czy fizycznym i czy tu na Ziemi, czy gdzie indziej w ogromie Wszechświata. Ważne, że kiedyś nadejdzie dzień rozliczenia z tego konkretnego życia tu i teraz. Kogo nie zaślepiło bezsensowne gromadzenie majątku ponad własne potrzeby, a naddatek wykorzystuje, by pomagać innym, ten zapewne „zdał egzamin życia z wyróżnieniem, otrzymując promocję w wyższy byt”. Biada jednak temu, który gromadził majątek ponad stan i zdobywał go często, wykorzystując cierpienia innych i nigdy nie zrozumiał swego błędu. Kto wie, co będzie z takim człowiekiem? Jeśli przyjąć za fakt wierzenia pewnych religii o pętlach reinkarnacji w celu spłaty długów karmicznych do czasu promocji wyżej. Taki człowiek być może będzie musiał odrodzić się w takich warunkach, gdzie nigdy nie będzie w stanie wyjść ze skrajnej nędzy. I zapewne, zgodnie ze swym niewidzialnym przeznaczeniem, nigdy nikt mu nie pomoże, pomimo że będą otaczać go ludzie zamożni. Dokładnie jak i on mając majątek ponad stan, nigdy nikomu nie pomógł.

A nikt wiedzieć nie może co dokładnie jest po drugiej stronie. Są pisma najstarszych ojców kościoła katolickiego, którzy jasno i stanowczo twierdzili, że Jezus nauczał o reinkarnacji, co zostało później przekształcone w grzech pierworodny, niebo i piekło. Jednym z takich mędrców był Orygenes, o którym więcej na pisałem w artykule Tajemnica wiary ukrywana przed wiernymi. Myślę, że warto zapoznać się z tym, co głosił, poświęcając całe życie. Materializm, a co za tym idzie pieniądze, są potrzebne do życia każdemu, ale nie są ważniejsze od życia i śmierci.


„Jak ty czyniłeś, tak będą postępować wobec ciebie, odpowiedzialność za czyny twoje spadnie na twoją głowę.” - Księga Abdiasza 1.15.

4.01.2018

Tajemnica Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej



"To w teraźniejszości drzemie cała tajemnica.
Jeśli szanujesz dzień dzisiejszy, możesz go uczynić lepszym.
A kiedy ulepszysz teraźniejszość, wszystko to, co nastąpi po niej,
również stanie się lepsze."

Paulo Coelho „Alchemik”





III Tajemnica Fatimska jest bez wątpienia jedną z najbardziej medialnych tajemnic ostatnich czasów.

 

Dzieci z Fatimy, które były świadkami objawień w Fatimie w 1917 roku.
Dzieci z Fatimy z 1917 r.   Foto: Joshua Benoliel
A gdzie zaczyna się tajemnica, tam też rodzi się manipulacja, bowiem sama tajemnica jest świadectwem istnienia rzeczywistości, która została ukryta. Jakkolwiek zdawać by się mogło po podaniu jej treści do publicznej wiadomości przez Kościół, że jest znana i ujawniona, rzeczywistość nadal jest ukryta.

Archivio Segreto Vaticano (Tajne Archiwa Watykanu) kryją w sobie tak wielkie tajemnice, że ich ogólne rozpowszechnienie mogłoby za sobą pociągnąć religio depopulata (religia bez wiernych). Dlatego właśnie akta, których wiek nie przekracza stu lat bez żadnego wyjątku, podlegają całkowitemu utajnieniu. Taka mała zabezpieczająca zasada Kościoła. Te najbardziej dramatyczne, sensacyjne i dotyczące bezpośrednio papieży, trzymane są pod kluczem nawet przeszło lat trzysta. Jeszcze inne nie podlegają żadnym zasadom i nie są ujawniane w ogóle.

Jak już wcześniej była mowa kulisy objawień w Fatimie znają wszyscy z mediów. Dla tych, którzy nie są zagłębieni w temacie, przypomnę po skrócie kulisy wydarzeń.

W okresie od 13 maja do 13 października 1917 roku, troje dzieci z Fatimy, Francisco Marto, Jacinta Marto i Lúcia do Santos, były bezpośrednimi świadkami objawień Matki Bożej Fatimskiej, podczas których miały im zostać przekazane trzy tajemnice fatimskie. Francisco i Jacinta Marto byli rodzeństwem i oboje umarli w krótkim czasie po objawieniach. Francisco w 1919 roku, a Jacinta w roku 1920. Najstarsza z trójki dzieci, Lúcia do Santos, przyjęła w zakonie imię siostry Marii Łucji od Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi. Jako jedyna z trójki dzieci przeżyła wiele lat po objawieniach, ale jak się okazuje objawienia z 1917 roku, nie były końcem wydarzeń mających początek w tamtym okresie. Oficjalnie kolejnych wizji miała doznawać w 1925 i 1929 roku. Z zaznaczeniem słowa oficjalnie. Zmarła w roku 2005.
 
Podczas kolejnych objawień z 1917 roku, dzieciom zostało przekazane przesłanie, które Siostra Łucja, będąc już w Zakonie, skrupulatnie spisała. Przesłania te znamy dziś jako trzy tajemnice fatimskie, które miały być przekazywane światu w odpowiednim czasie z zastrzeżeniem tajności fragmentów oraz okresach, kiedy świat miał poznać poszczególne treści.

Pierwsza tajemnica fatimska miała dotyczyć piekła i brzmiała następująco:

Pani Nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi; widzieliśmy zanurzone w tym morzu demony i dusze niczym przezroczyste, płonące węgle, czarne lub brunatne, mające ludzką postać, pływające w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu, padając na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, pozbawione ciężaru i równowagi, wśród bolesnego wycia i jęków rozpaczy, tak że byliśmy przerażeni i drżeliśmy ze strachu.
Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych, nieznanych zwierząt, lecz i one były przejrzyste i czarne. Ten widok trwał tylko chwilę. Dzięki niech będą naszej dobrej Matce Najświętszej, która nas przedtem uspokoiła obietnicą, że nas zabierze do nieba (w pierwszym widzeniu). Bo gdyby tak nie było, sądzę, że bylibyśmy umarli z lęku i przerażenia.
 
Druga tajemnica fatimska, dotyczyła prośby Matki Bożej o upowszechnienie na świecie kultu Jej Niepokalanego Serca:

Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby ich ratować, Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju.
 
Do tego miejsca wszystko może wyglądać tak, jak wyglądać powinno. Nic nadzwyczajnego. Problem jednak zaczyna się, gdy w grę wchodzi ostatnia z tajemnic, najsłynniejsza Trzecia Tajemnica Fatimska, która z czasem nabrała sensacyjnej tajemniczości. Kontrowersje budzi może nie sam fakt istnienia tej tajemnicy i samej treści, bo jak wiadomo co tajemnicze, to wzbudza tym większą ciekawość, co bardziej fakt samego ukrywania jej przez Kościół już po czasie, gdy miała zostać przekazana światu.

Warto w tym miejscu poddać w wątpliwość tekst III Tajemnicy Fatimskiej, która była trzymana pod kluczem 83 lata, pomimo że Łucja przekazała konkretnie, iż tajemnica ta ma być ujawniona po roku 1960. Zwróćmy uwagę, że Madonna w tym miejscu podkreśla odpowiedni, zalecany czas przekazu treści. To ważne.

Pamiętajmy także, że tekst ten był przechowywany w najbardziej tajnych aktach Watykanu, a dziś (od 2000 roku) tekst ten jest ogólnie znany każdemu i... jakoś nikt zawału nie dostał i... Kościół istnieje nadal i... tajemnica pękła jak bańka mydlana, bo... wierni nie przemyli jeszcze oczu po zamydleniu ich od tej pękniętej bańki.

Dla przypomnienia papież Jan XIII zainteresowany ujawnieniem III Tajemnicy Fatimskiej zapoznał się z nią, i... nagle doznał silnej gorączki oraz drgawek całego ciała. Oczywiście, gdy do siebie doszedł, uznał, iż Przenajświętsza Panienka grubo się pomyliła, podając datę ujawnienia jej słów dla ogółu wiernych. Tajemnicę odesłano głęboko do Tajnego Archiwum Watykanu.

Kolejne podejście do jej ujawnienia wykonał papież Paweł VI. Zapoznał się z nią i... od tego czasu zaczął cierpieć na ciężką depresję oraz miał kłopoty z podjęciem jakiejkolwiek już decyzji. Tajemnicę znowu odesłano do Tajnego Archiwum Watykanu.

Ech, co za pech.

Nieoficjalne wersje niższych kapłanów, którzy otarli się o ową tajemnicę, są takie, iż mówi ona o III wojnie światowej, która ma być ostatnią już wojną przy użyciu jakiejkolwiek technologi wyższej niż maczugi i kamienie. Oczywiście istnieją przecieki z informacjami, jakoby miała ona mówić o zamachu na papieża i upadku Kościoła, ale... to ma być jedynie preludium do tej tajemnej części.

Treść III Tajemnicy Fatimskiej jest już rzekomo ujawniona przez papieża Jana Pawła II i każdy może ją znaleźć oficjalnie w różnych publikacjach. Przytoczę tu to, co zostało ujawnione:

„J.M.J. Trzecia część tajemnicy objawionej 13 lipca 1917 r. w Cova da Iria - Fatima.
Piszę, posłuszna Ci Boże, który nakazałeś mi to za pośrednictwem Jego Ekscelencji księdza biskupa Leiry i Twojej Najświętszej Matki, która jest także moją matką. Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy z lewej strony Matki Bożej, nieco wyżej, Anioła z ognistym mieczem w lewej ręce; miecz błyszczał i wypuszczał płomienie, które - zdawało się - mogły podpalić świat; ale gasły w zetknięciu z blaskiem, jaki wychodził z prawej ręki Madonny w jego kierunku; Anioł, wskazując na ziemię prawą ręką, powiedział mocnym głosem: Kara! Karał Kara!. A my zobaczyliśmy w potężnym świetle, które jest Bogiem, podobnie jak widzi się w lustrze osoby, które przed nim przechodzą, biskupa ubranego na biało, mieliśmy przeczucie, że jest to Ojciec Święty. 

Różni inni biskupi, księża, zakonnicy i zakonnice wchodzili na stromą górę, na szczycie, której był wielki krzyż z pni drzew, jakby z dębu korkowego pokrytego korą; zmierzając tam, Ojciec Święty, przygnębiony cierpieniami i bólem, przeszedł chwiejnym krokiem wielkie miasto na wpół zburzone, na wpół walące się, modlił się za dusze martwych, których napotykał na swej drodze; dotarłszy na szczyt góry, padł na kolana u stóp wielkiego krzyża i został zabity przez grupę żołnierzy, którzy wystrzelili do niego wielokrotnie z broni palnej i strzałami, w ten sam sposób umarli jeden po drugim biskupi, księża, zakonnicy i zakonnice, osoby świeckie, kobiety i mężczyźni z różnych klas i grup społecznych. Pod dwoma ramionami krzyża byli dwaj Aniołowie, każdy z kryształowym naczyniem w ręku, do którego zbierali krew męczenników i polewali nią dusze, zbliżające się do Boga". 

Ot i cała tajemnica! Tak przerażająca, że trzymana pod kluczem 83 lata. Mam nadzieję, że nikt po przeczytaniu jej nie dostał głębokiej depresji, gorączki czy drgawek. Jeśli tak, to... hmmm, „sorry, taki kościół ma klimat” - cytując klasyka.

Już raczej bardziej wydają się być przerażające twarze polityków w tv, wiadomości o wydarzeniach na świecie, zmianach klimatycznych itp., niż łaskawie ujawniona nam treść III Tajemnicy Fatimskiej. Na odległość śmierdzi ściemą czarną jak czarne charaktery czarnych klerów naszych czasów.

Tak à propos poruszenia po raz kolejny tematu Tajemnic Fatimskich, a szczególnie Trzeciej. Po szerszym zapoznaniu się z nieoficjalnymi tekstami na temat jej treści mogę śmiało powiedzieć, że Kościół w tym przypadku ma sporo do ukrycia, ale jeśli Autor w przekazie nakazuje jej ujawnienie, wówczas należy to ujawnić bez ściemy. Uchylając rąbka tajemnicy, powiem jedynie, iż jest czego się bać. Tak! Tyle tylko, że nie jest to akurat ten ujawniony symboliczny bełkot profanacji owej tajemnicy, która tajemnicą powinna nie być. Ale... przejdźmy do meritum sprawy.

Jak wcześniej było wspomniane, s. Łucja, już jako zakonnica miała dalsze wizje bogate w uzupełnienia tradycyjnej III Tajemnicy Fatimskiej. Można by powiedzieć jakby aneksy, ale niech czytelnik odrzuci w dal myśli o jakichkolwiek kpinach w tej kwestii. Sprawa wygląda poważniej niż nam się wydaje. I nawet słowa ówczesnego kardynała Ratzingera brzmiące: „Chociaż to s. Łucji dana była wizja, to jednak interpretacja sekretu należy do Kościoła", dają do myślenia, iż ktoś próbuje nam tu coś wypaczyć.

Zakonnik Augustyn Fuentes, miał specjalne pozwolenie od papieża na bezpośrednie komunikowanie się z s. Łucją. Watykan wiedząc o dalszych wizjach Łucji, chciał mieć informacje z pierwszej ręki. Za pośrednictwem o. Fuentesa mamy możliwość poznać choć rąbka tajemnicy, która jest ukryta w całej Tajemnicy z Fatimy. Pewne informacje za o. Fuentesem przekazuje nam Stephena Lassare . S. Łucja podczas spotkań z o. Fuentesem przekazała, by ten oświadczył światu, by narody nie lekceważyły przesłania Madonny wiedząc, że ogromne rzesze ludzkości takie informacje ignoruje.


A teraz do rzeczy i dalszy przekaz, którego Kościół nam nie ujawnił:




Oryginalna treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej


„Dla świata będzie zaskoczeniem i szokiem błyskawiczne natarcie Chin na Rosję. Natężenie walk i okrucieństwa będą straszliwe. Chińczycy będą naśladować postępowanie Japończyków podczas drugiej wojny światowej: zaskoczenie, szybkość i terror.

Zwycięstwa Chin przerażą Stany Zjednoczone. Chiny rzucą bomby jądrowe na zakłady zbrojeniowe i ośrodki doświadczalne broni atomowej w Rosji. Wywołają one potworne zniszczenia, wstrząsy i zaburzenia w przyrodzie, co się później zemści na nich samych. Armia chińska zginie od broni jądrowej, którą sama rzuci na cały świat, chociaż początkowo będzie zwyciężać. Uderzy w wielu punktach, tak, że Rosja będzie zmuszona walczyć na całej granicy, a jednocześnie potężne desanty będą lądować w głębi kraju. (…)

Wojska chińskie będą niszczyły i równały z ziemią wszystkie miasta i wsie zamieszkane przez ludność białą, a oszczędzały ludność republik azjatyckich, które częściowo powstaną przeciw Rosji i przyłączą się do nich. W języku chińskim będzie to się nazywało krucjatą przeciwko hegemonii rasy białej. Będą głosić jej koniec, a siebie mianują ręką sprawiedliwości. Nastąpi atak przez zaskoczenie Niemiec. Rosja runie na Europę. Polska, Czechy i Słowacja, wiedząc, że w razie zwycięstwa Niemiec czeka je zagłada, stworzą wspólną obronę przeciwko Niemcom. (…)

Również walczyć ze sobą będą sami Niemcy, a Rosja wywrze na tym kraju całą swoją wściekłość za cios zadany z tyłu, za porażki na Wschodzie, za widmo klęski. Dopiero, kiedy Rosjanie dojdą do Atlantyku, ruszą przeciwko nim inne narody bezpośrednio zagrożone. (…)

Jak widzimy Kościół ma wiele do zatajania. Pytanie tylko brzmi, dlaczego? Skoro właśnie takie informacje odpowiednio propagowane, mają przynajmniej jakiś cień szansy doprowadzić do niespełnienia się tych drastycznych, wojennych wizji.

Ale na wizjach wojennych nie koniec. Madonna zapowiada także ogromne zmiany klimatyczne, które doprowadzą do wielu kataklizmów:

„Kataklizmy wywołają taką panikę i tyle nieszczęść, że dalsze prowadzenie działań wojennych będzie niemożliwe. Nie wystąpią jednak od razu i z jednakowym natężeniem. Będą to ruchy skorupy ziemskiej, stopniowo nasilające się aż do bardzo potężnych i gwałtownych wstrząsów. Wstrząsy te będą przybierać na sile i zaczną wybuchać wulkany. Odżyją nawet te, które uważane są od dawna za wygasłe. Wulkan Etna spowoduje katastrofę całej Sycylii. Okolice Wezuwiusza oraz przyległe wyspy zostaną ewakuowane. Wybuchy Etny i innych wulkanów spowodują zaburzenia atmosferyczne, deszcze popiołów, huragany, ulewy i powodzie. Zmieni się konfiguracja brzegów Półwyspu Apenińskiego. Na Morzu Śródziemnym ruchy dna wywołają potworne fale i zmieni się linia brzegowa. Ruchy dna Oceanu Atlantyckiego spowodują wyłonienie się nowego lądu. Trzęsienia ziemi i lądów pod wodą spowodują największe zniszczenie brzegów Europy oraz obu Ameryk (mniej w Ameryce Południowej) i Afryki. Najbardziej jednak ucierpi Europa, USA oraz wiele wysp na Morzu Karaibskim. Te ostatnie zdarzenia wystąpią w ciągu kilku godzin. Potem ziemia uspokoi się. Uszkodzone zostaną prawie wszystkie miasta przybrzeżne i duży pas lądu. Zniszczeniu ulegnie Holandia oraz w mniejszym stopniu Belgia. Niemcy zostaną zalane morzem, które wtargnie w dolinę Renu. (…)

W Ameryce trzęsienia ziemi będą trwać jeszcze bardzo długo, po tym jak w Europie nastąpi już spokój. Od strony Pacyfiku zniszczeniu ulegnie Kalifornia aż do gór, a fale oceanu zaleją wiele miast, m.in. Los Angeles. (…)

Państwa Europy będą bardzo zniszczone. Niemcy, Dania, Holandia zostaną zalane wodą jak wszystkie ziemie przybrzeżne. Mniej ucierpi Norwegia. W Szwajcarii nastąpią ruchy górotwórcze, a w konsekwencji wylewy rzek i zerwanie tam. Nastąpią powodzie i obsuwanie się ziemi. Dotyczy to również Tyrolu oraz północnych Włoch i Alp francuskich. (…)

Amerykanie zrozumieją nareszcie, że dolar nie jest celem życia. Zapragną chleba i braterstwa. Wzywać będą Miłosierdzia Bożego, którego sami nie mieli dla innych".

Własnego zdania nie wyrażam ale zaznaczam, że Kościół nie ma prawa sam nic interpretować, jak to twierdził Ratzinger. Kościół nie ma monopolu na informacje, które Madonna przekazuje całemu światu, a nie samemu Kościołowi, co podkreślam z całą stanowczością. Ostatnie zdanie należy do każdego człowieka wśród nas. Obojętnie czy ktoś wierzy w Jahwe, Allaha czy Buddę. Przekaz stanowi jedyną ważną rzecz.

Nie pieniądze są celem życia i nie należy dla nich żyć za wszelką cenę. Pieniądz bez moralności jest niczym.

Zachęcam do zapoznania się z obszerną treścią w formacie PDF „Ujawniony Sekret III Tajemnicy Fatimskiej”. Tu przekazałem jedynie część w celu zastanowienia się nad tematem.

Bez zbędnego Za, i bez zbędnego PRZECIW. To już należy do samego Czytelnika.


22.12.2017

Tajemnica wiary ukrywana przed wiernymi



„Dość jest światła dla tych, którzy pragną widzieć,
a dość ciemności dla tych, którzy trwają w przeciwnym usposobieniu”.


Blaise Pascal



Tajne Archiwa Watykanu
Archivio Segreto Vaticano

Temat tego artykułu wart jest obszernego rozszerzenia, aczkolwiek sam w sobie krótki nie jest. Wylewne wprowadzenie pewnych informacji wynika z wielu ważnych przyczyn, lecz najistotniejszą jest jego powaga, dlatego też krócej nie można, bo jak można zminimalizować największą tajemnicę świata, Tajemnicę Wiary. Skrótowo zatem na tyle, ile to możliwe bez gubienia istoty przekazu, ale bez wdawania się też w szczegóły bardzo istotne.


Ograniczając się tylko do lekkich wyjaśnień pewnych rzeczy, nie wyrażam głośno własnego zdania, gdyż nie jest moim celem narzucać komukolwiek, w co ma wierzyć. To pozostawiam każdemu z osobna. Nie poruszam też obficie tematu okłamywania wiernych przez Kościół, albowiem opisałem to w artykule zatytułowanym Kłamstwa Kościoła. Aby przejść jednak dalej bez poświęcenia kilku zdań wyjaśniających, dlaczego Kościół katolicki tak bardzo skrupulatnie okłamuje swoich wiernych, ukrywa przed nimi i czego się boi, by nie wyszło szeroko na jaw, byłoby zbrodnią wobec tych, którzy poświecili w przeszłości wszystko, aby prawda była rozpowszechniona.

Ślepa wiara zawsze kojarzyła mi się z tajemnicą wiary, a ta skoro jest tajemnicą, musi być ślepa. Mogę zrozumieć jeszcze wojskowe, polityczne, strategiczne czy inne tego typu dokumenty opatrzone klauzulą „TOP SECRET”, ale coś takiego w religii dotyczące wiary? Nie! Tego być nie powinno, gdyż z miejsca rzuca się w oczy ściema, kamuflaż, iluzjonistyczna sztuczka ukrycia czegoś, by skutecznie oszukać całe masy ludzi, którym dziwnym trafem Kościół od tysiącleci zabraniał używania rozumu. Jeśli się tu mylę i zanim ktoś, coś mi zarzuci, niech odpowie na proste pytanie – czego Kościół boi się, nadając klauzulę „TOP SECRET” watykańskiej bibliotece? Co ukrywane jest w „zatęchłych” archiwach i bibliotekach watykańskich tak bardzo, że dostęp tam mają jedynie wybrani i jedynie pod pilnym nadzorem! Jakich tajemnic ujawnienia boi się Kościół i dlaczego, bardziej niż ognia piekielnego? Może dlatego, że piekło sam sobie wymyślił, aby mieć czym straszyć niewiernych? Kto to wie...?

Z pewnością każdy czytając Biblię w całości i z uwagą, używając przy tym rozumu, mam cały czas na myśli, nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż coś w tym wszystkim jest nie tak, jak powinno być. Coś jakby zbiór niedorzeczności zmieszany w jedną całość, coś urywającego się w pół zdania lub coś, czego brakuje, a być powinno. Kościelni teologowie oczywiście mają na to swoje wyjaśnienia złej interpretacji Biblii, ale tu nie chodzi o interpretację. Kler zresztą zawsze chciał, aby Pismo Święte nie było ogólnie dostępne. Wtedy bowiem kler ma tę przewagę, że ślepo wierzącym łatwo może narzucić własną interpretację jako właściwą. Obecna forma Biblii jest tak skonstruowana, że można ją tłumaczyć na wszelkie możliwe sposoby, od teologicznego poprzez psychologiczne aż do inspiracyjnego. W porządku, ale co zrobić z tekstami, które Kościół zna, ale nie chce zrozumieć, lub rozumie, ale nie chce, żeby wierni zrozumieli? Najlepiej odrzucić precz i więcej do nich oficjalnie nie wracać. Takie wyrzucone i budzące grozę wśród kapłanów teksty, to Księgi Apokryficzne, czyli zwoje znalezione często w tym samym miejscu i w tym samym czasie co księgi biblijne, ale które Kościół uznał, że nie powinny być dostępne dla wiernych. Księgi te jednak przetrwały, bo istnieje coś potężniejszego od Kościoła, co nigdy nie pozwoli zataić mu prawdy przed tymi, którzy jej szukają.

Każdy człowiek logicznie myślący, czytając Stary Testament, musiał z pewnością przy licznych fragmentach poczuć się co najmniej zawiedzionym, odnosząc wrażenie niedoinformowania lub jakby wyciętego tekstu. Takich wersetów w całej Biblii jest mnóstwo. Zatrzymajmy się przy jednym z nich, gdyż będzie miał on ogromne znaczenie w temacie tego rozdziału a tu notki.

Księga Rodzaju albo 1. Mojżeszowa, w zależności od przekładu, podaje chronologicznie żywot potomstwa Adama od jego trzeciego syna Seta, którego spłodził na podobieństwo i wyobrażenie swoje. Tak przy okazji ciekawa konkluzja, albowiem należy zwrócić uwagę tu, iż Bóg stworzył Adama na podobieństwo i wyobrażenie swoje.

Wróćmy jednak do tematu.

Dowiadujemy się dalej, że Adam po spłodzeniu Seta, miał liczne potomstwo synów i córek, a umarł w wieku 930 lat. Od razu zaznaczam, iż nie o wiek tu chodzi najbardziej, choć to również wymaga odrębnego wypracowania. Set, gdy miał 105 lat spłodził Enosa, potem dalsze potomstwo. Set podobnie jak Adam chodził po Ziemi z Bogiem i umarł w wieku 912 lat. Enos spłodził Kenana, potem dalsze potomstwo synów i córek i umarł w wieku 910 lat. Kenan spłodził Mahalaleela oraz jego braci i siostry i umarł, mając 905 lat. Mahalaleel spłodził Jareda i dalsze potomstwo i umarł w wieku 895 lat. Jared licząc sobie 162 lata, spłodził Henocha, potem dalsze potomstwo, chodził z Bogiem po Ziemi i umarł w wieku 962 lat. Henoch spłodził Matuzalema, mając 65 lat itd., itp... A ile miał lat, gdy umarł? Tu jest problem, gdyż Henoch chodził po Ziemi w przyjaźni z Bogiem przez 365 lat i nie umarł, jak jego przodkowie. Kościół najchętniej pozbyłby się nawet tej skromnej wzmianki o Henochu z Biblii:
„Henoch po urodzeniu się Metuszelacha żył w przyjaźni z Bogiem trzysta lat i miał synów i córki. Ogólna liczba lat życia Henocha: trzysta sześćdziesiąt pięć. Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg.” - Księga Rodzaju 22-24 
Księga Henocha
Księga Henocha
Henoch dla Kościoła znikł również z kart Biblii. Dzieci na lekcjach religii, jak można przypuszczać, także nie dowiedzą się, kim był Henoch. Bezlitosny Jozue krwawo wypełniający wolę Boga, baaa... nawet rozkazy samego Boga, by po drodze do zdobycia ziemi obiecanej, wskazanej konkretnie przez niego (Kanaan), wybijać w pień co stanie żywego na drodze włącznie z kobietami, starcami, dziećmi i trzodą chlewną – o TAK! Ten dla Kościoła wart jest uwagi jako wielkiej wagi postać biblijna, wszak zastąpił Mojżesza, który tak przy okazji umarł w cierpieniach na skutek tajemniczej choroby niesłychanie podobnej do dzisiejszej popromiennej tuż po rozmowie twarzą w twarz z samym Bogiem na górze Synaj. Ale Henoch przepełniony mądrością, sprawiedliwy wódz swego narodu, dla Kościoła nic nie znaczy! A dlaczego? Dlatego, gdyż Pisma, które zostawił po sobie, a zostawił, o czym będzie mowa dalej, mogą i powinny nawet wywołać szok wśród wiernych większy, niż powyższe dostępne słowa o Jozue, które to każdy może przeczytać w dzisiejszej Biblii. Skutki takiego szoku są łatwe do przewidzenia – stanowcze osłabienie wpływu kleru!

Kościół zatem starał się za wszelką cenę, aby Henoch został zapomniany, a jego pisma nie trafiły do kanonu Ksiąg Starego testamentu. Na szczęście... uff, dzięki Bogu – Księgę Henocha przyjął do swej Biblii Kościół etiopski, uznając ją za natchnioną.

Henoch w swojej Księdze opisuje Aniołów występujących także w tradycyjnych tekstach, ale w innym zgoła świetle, bardziej przyziemnym i zrozumiałym dla naszego umysłu. W innym świetle opisuje bunt Aniołów, podaje ich w znacznie większej ilości wraz z ich imionami, a nawet samo swoje wzięcie przez Boga do siebie. Nie to ostanie, po którym dla swego ludu znikł, gdyż nie było to jedyne jego wzięcie. Dostaje swego rodzaju NIE poufne zadanie. Bóg polecił mu spisać wszystko, czego doświadczył w niebie i co ujrzał. Dokumentacja ta musiała być dość spora, albowiem Pisma podają liczbę 360 Ksiąg, które to w większości zaginęły, nie bez przyczyny oczywiście. Wszystko, co spisał Henoch, miał przekazać swemu synowi Matuzalemowi z wyraźnym poleceniem przekazywania tego przyszłym pokoleniom. Sam natomiast miał zacząć przygotowania do opuszczenia Ziemi wraz z Bogiem na bardzo długi czas.

Większość ksiąg z dokumentacji Henocha zaginęły, jak wcześniej wspomniałem lub nie zostały jeszcze odnalezione. Wszak działo się to przed potopem, o którym to Henoch został poinformowany, aby ostrzec swój lud. Księgi Henocha dziś znane to przekłady etiopskie i słowiańskie. W obu przypadkach na szczęście i znów dzięki Bogu, zasadnicza treść sprowadza się do tego samego znaczenia. Słowiański przekład zawiera dodatkowo jedynie informacje o tym, jak Henoch wszedł w kontakt z Bogiem, czy raczej jak wcześniej była mowa, z bogami: Księgi świętych przypowieści Henocha, mędrca i wielkiego pisarza, którego Bóg wziął do siebie i ukochał, aby ujrzał miejsce zamieszkania Najwyższego”.

Daremnie szukać podobnych tekstów tradycyjnej Biblii, jak również daremnie szukać konkretnego adresu zamieszkania Boga.

Na obronę wiarygodności Henocha, którego Kościół może uznać za zapomnianego lub mało znanego i niewiarygodnego dodam, że ten numer nie przejdzie. Henoch znany był w starożytnym Egipcie jako jeden z „inżynierów” budowniczych Wielkiej Piramidy pod imieniem Saurid, a wśród Arabów nazywany jest Idris, co oznacza pramędrzec. W języku hebrajskim słowo Henoch znaczy wtajemniczony.

Od dawien dawna Kościół propagował wiernym, narzucał wiedzę równą z niewiedzą historię i wyobrażenie tego, co chciał ukryć wymyślając przeróżne historyjki. Dla najmłodszych wiernych, a taki umysł wchłania wiedzę jak gąbka, najlepiej poprzez kolorowe obrazki rozdawane ochoczo w kościołach w nagrodę za uczestnictwo w mszy świętej oraz, również w nagrodę, eh jaki ten Kościół hojny, za wpuszczenie księdza po kolędzie. Na tych obrazkach uwieczniał w pięknych barwach cudownych aniołów. Wyobraźni wszak należy pomóc.

A co Henoch wie na temat aniołów?

Niech przemówi Księga wyklęta przez Kościół katolicki:

„Kiedy ludzie rozmnożyli się, urodziły im się w owych dniach ładne i piękne córki.Ujrzeli je synowie nieba, aniołowie, i zapragnęli ich. Jeden drugiemu powiedział: Chodźmy, wybierzmy sobie żony z córek ludzkich i spłódźmy sobie dzieci. Szemihaza, który był ich dowódcą, powiedział do nich: Obawiam się, że może nie zechcecie tego zrobić i że tylko ja sam poniosę karę za ten wielki grzech. Wszyscy odpowiadając mu rzekli: Przysięgnijmy wszyscy i zwiążmy się przekleństwami, że nie zmienimy tego planu, ale doprowadzimy zamiar do skutku. Następnie wszyscy razem przysięgli i związali się wzajemnie przekleństwami. Było ich wszystkich dwustu. Zstąpili na Ardis, szczyt góry Hermon. Nazwali ją górą Hermon, albowiem na niej przysięgali i związali się wzajemnie przekleństwami". - Księga Henocha 6, 1-6

Zadziwiające jest tu to, że szósty rozdział Księgi Rodzaju zaczyna się podobnie znaczeniowo, ale bez szczegółów. Tu mamy to coś z wielu co wydaje się być wycięte by poszło w zapomnienie. Mamy za to Potop i olbrzymów czy gigantów, którzy nagle, bez podania przyczyny w Biblii rozmnożyli się na ziemi jak grzyby po deszczu.

Henoch wyjaśnia nam to bardziej dobitnie:

"Ci i wszyscy pozostali, co byli z nimi, wzięli sobie kobiety, każdy z nich wybrał sobie jedną, zaczęli do nich chodzić i zaczęli nieczyste z nimi obcowanie. Nauczyli je czarów, zaklęć i przycinania korzeni i zapoznali je z roślinami. One poczęły i zrodziły wysokich na 300 łokci gigantów. Ci pochłonęli wszystkie zapasy żywności innych ludzi. Kiedy jednak ludzie nie mieli im już co dać, giganci zwrócili się przeciw nim i pożerali ich. Zaczęli niszczyć ptaki, dzikie zwierzęta, płazy i ryby, pożerać swoje własne mięso i spijać własną krew. A wtedy Ziemia zaczęła się uskarżać na niegodziwców". - Księga Henocha 7. 1-6.
Teraz bardziej staje się jasne, że to zdemoralizowana grupa bogów jest odpowiedzialna za gniew Boga, który widząc, co się dzieje i wiedząc dlaczego, postanowił zniszczyć owoc zbuntowanej części ...(?)

Być może Bóg, jakkolwiek byśmy już go nie nazwali to pozostańmy przy tej nazwie nadal, wiedział wcześniej co się dzieje, ale nie ingerował. Sprawa jednak musiała być poważna i musiała wymknąć się spod kontroli, gdyż inny apokryf, Księga Barucha, podaje nawet dokładną liczbę gigantów:

„I sprawił Bóg potop na Ziemię i zniszczył wszystko życie, a także 4 090 000 gigantów”. - Księga Barucha.

Coś zaczyna się pomału wyjaśniać. Nie tylko sama tajemnica wiary, ale także, a może przede wszystkim to, dlaczego wiele zwojów, papirusów i innych dokumentów znalezionych wraz z tymi „właściwymi”, Kościół odrzucił z kanonu świętości i nie włączył celowo do kart Biblii. Aniołowie z pięknych i kolorowych obrazków kościelnych, raczej nie powinny mieć powodów do buntu.
A oto anioły według Księgi Henocha:

„Oto imiona tych aniołów: pierwszym z nich jest Szernijaza, drugim Artakifa, trzecim Armen, czwartym Kokabiel, piątym Turiel, szóstym Ramiel, siódmym Daniel, ósmym Nukael, dziewiątym Barakiel, dziesiątym Azazel, jedenastym Armaros, dwunastym Batriel, trzynastym Basasael, czternastym Ananel, piętnastym Turiel, szesnastym Samsiel, siedemnastym Jedtarel, osiemnastym Tumiel, dziewiętnastym Turiel, dwudziestym Rumiel, dwudziestym pierwszym Azazel.

To są wodzowie aniołów oraz imiona setników, pięćdziesiątników i dziesiętników.
Imię pierwszego jest Jekon. To jest ten, który zwiódł wszystkie byty anielskie. Sprowadził ich na ziemię i uwiódł ich przy pomocy córek ludzkich.
Imię drugiego jest Asbeel. Ten podsunął zły plan świętym bytom anielskim i zwiódł je tak, że zanieczyścili swe ciała z córkami ludzkimi.
Imię trzeciego jest Gadrael. Ten pokazał wszelkie śmiertelne ciosy synom ludzkim. On
zwiódł Ewę i pokazał ludziom oręż śmierci - tarcze, pancerze i miecz do zabijania i wszelki śmiertelny oręż ludzi. To z jego podpuszczenia to wszystko przyszło na mieszkańców ziemi od owego czasu aż na wieki wieków.
Imię czwartego jest Penemue. Ten pokazał ludziom gorycz i słodycz oraz wyjawił im
wszystkie tajemnice wiedzy. Nauczył ludzi sztuki pisania atramentem i wyrobu papieru. Przez to wielu poszło na manowce od dawien dawna aż po dziś dzień.
Ludzie bowiem nie zostali stworzeni po to, aby wzmacniali swoją wiarę piórem i atramentem. Ludzie bowiem zostali stworzeni po to, aby stali się jak aniołowie, czyli sprawiedliwi i czyści, i aby ich nie dotknęła wszystko niszcząca śmierć. Jednakże z powodu owej nauki idą ku zagładzie i z powodu owej mocy niszczy ich śmierć.
Piąty ma na imię Kasdeja. Ten pokazał ludziom wszystkie złe ciosy duchów i demonów
oraz ciosy atakujące embrion w łonie matki tak, że następuje poronienie. Pokazał też ciosy atakujące duszę. Pokazał im ukąszenia węża i porażenia w południe”. - Księga Henocha 69, 2-12


Hmmm, ktoś tu nam coś ściemnia. Czyż Kościół nie obstaje przy tym, iż Ewę uwiódł wąż? Jak się okazuje, ten wąż ma imię Gadrael, i nie jest wężem a... aniołem, jednym z bogów. Pięknych aniołów Kościół ukrywa i nie bez celu, gdyż aniołowie ci jakimś dziwnym trafem mają ziemską hierarchię.

Apokryfy cytuję obszernie, gdyż wiem, że Kościół dołożył wszelkich starań, aby były one niedostępne. Ja przeciwnie. Uważam, iż każdy wierny powinien wiedzieć, co jest przed nim ukrywane. Resztę zostawiam samym wiernym, podkreślając jednak to, że Kościół ma tego dużo więcej w swych archiwach, co może ukryć. Wszak to nie takie wielkie jak watykańskie obserwatorium astronomiczne. Cóż może być w tych archiwach takiego, że Kościół wypatruje Boga w fizycznym niebie przez najnowsze teleskopy?

Chwila, co ja napisałem? Kościół zainwestował we własne obserwatorium astronomiczne? A jakże, i to bardzo drogie i bardzo nowoczesne.

Może warto tu teraz przytoczyć fragmenty wniebowzięcia Henocha:

„W pierwszym miesiącu 365 roku życia, pierwszego dnia pierwszego miesiąca, ja Henoch byłem w domu moim sam (...), i ukazało mi się dwóch nader wielkich mężów, jakich nigdy na Ziemi nie widziałem. A oblicza ich jaśniały jak słońca, oczy ich były niczym pochodnie płonące, z ust ich ogień wychodził; ich pióra wyglądu różnego, ich stopy purpurowe, ich skrzydła bardziej jaśniejące niźli Bóg, ich ramiona bielsze niźli śnieg. I stanęli u wezgłowia łoża mego i wezwali mnie imieniem moim. (…) I przemówili do mnie mężowie owi: Bądź dzielny, Henochu (…) wnijdziesz dziś z nami do nieba. I powiedz swoim synom i wszystkim dzieciom domu twojego, co mają zrobić bez ciebie na Ziemi w domu twoim, i żeby nikt ciebie nie szukał, aż Pan przywiedzie cie z powrotem ku nim. (…).

A teraz mój synu Matuzalemie, opowiem ci wszystko i zapiszę to dla ciebie; odkryłem wszystko przed tobą i przekazałem księgi, które tego dotyczą. Zachowaj, mój synu Matuzalemie, księgi otrzymane z ręki ojca i przekaż je przyszłym pokoleniom świata. (…)

Wtedy unieśli ludzie spojrzenia i ujrzeli zniżający się na niebie kształt rumaka, i rumak w burzy opuszczał się na ziemię. I powiedzieli ludzie Henochowi, co widzą, a Henoch im rzekł: To z mego powodu opuszcza się ten rumak. Nadszedł czas i dzień, że muszę od was odejść i nigdy was już nie zobaczę. A wtedy rumak był tuż i wszyscy ludzie widzieli go wyraźnie. Mówili: Pójdziemy z tobą do miejsca, do którego ty idziesz, tylko śmierć może nas rozłączyć. Ponieważ obstawali przy tym, aby pójść razem z nim, przestał do nich mówić i podążali za nim, i nie zawracali. I stało się, że Henoch w burzy wzniósł się do nieba na ognistych rumakach i w ognistym rydwanie”. 

Następnego dnia wyruszono szukać Henocha i ludzi mu towarzyszących, którzy pomimo zakazu nie chcieli się cofnąć:

„I szukali tego miejsca, z którego Henoch poszedł do nieba. I wtedy doszli tam, zobaczyli, że cała ziemia pokryta była śniegiem, a na śniegu były duże kamienie jakby też ze śniegu. A wtedy rzekli jeden do drugiego: Dalej, odgarnijmy śnieg, abyśmy zobaczyli, czy pod śniegiem nie ma ludzi, którzy przyszli tu z Henochem. I odgarnęli śnieg, i ujrzeli ludzi, którzy przyszli tu z Henochem, że leżą martwi. Szukali też Henocha, ale nie znaleźli go, albowiem poszedł do nieba (…) Stało się w roku sto trzynastym życia Lamecha, syna Matuzalema, że Henoch poszedł do nieba”.
Czy ojcowie Kościoła wstydzą się, że ich Bóg, który wszak stworzył niby cały świat, potrzebuje do przemieszczania się rydwanu, który nie jest też perpetuum mobile, albowiem potrzebuje sporej energii, aby wzbić się do nieba a obserwujący całe zajście z bliska ludzie niczego nie świadomi przypłacili życiem?

Przypomnę, że Eliasz potrzebował również materialnego wozu, aby wstąpić do nieba:

„I stało się, gdy oni szli przed się rozmawiając, oto wóz ognisty i konie ogniste rozłączyły obydwóch (z Elizeuszem). I wstąpił Elijasz w wichrze do nieba”. - 2 Królewska 2.11.
Tego z Biblii nie wycięto, ale i dobrze, dowodzi to jedynie, że nie tylko Henoch dostąpił takiego, materialnego zaszczytu materialnej podróży.

Henoch w swojej Księdza zapowiada dodatkowo sąd nad światem oraz dalej podaje dokładne dane astronomiczne, i to nie tylko dotyczące orbit Ziemi, Księżyca i Słońca. Cała mechanika nieba nie była mu obca. W końcu Bóg poinformował go, dokąd leci, a skąd w tamtych czasach mógł znać takie dane? Jeszcze przed potopem? Zadziwiające? Na pewno tak, ale co bardziej? Czy wiedza Henocha w tamtych czasach? Czy ukrywanie wiedzy, o wiedzy Henocha przez Kościół?

Henoch zapowiedział też przybycie na naszą planetę w przyszłości Mesjasza, tyle tylko, że nic nie wskazuje na to, iż tym Mesjaszem miał być Jezus. Poza tym zresztą sam Jezus, o czym mało kto wie, a ma to wyraźnie napisane w Biblii, zapowiada kogoś po sobie: „I potem ujrzą syna człowieczego przychodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą”. - Ewangelia św. Łukasza 21.27. Więc po co się upierać?

Obraz "Chrzest Chrystusa" namalowany przez Aert Gelder w 1710 roku
"Chrzest Chrystusa"
Czego zatem kościelni przywódcy wypatrują przez najnowocześniejsze teleskopy? Mesjasza? Być może...


Inne apokryfy takie jak: „Księga Barucha”, „4 Księga Ezdraszowa”, „Testamenty Dwunastu Patriarchów” czy „Księgi Sybilińskie”, przekazują nam dokładnie to samo przesłanie i też są naszpikowane niesamowitymi relacjami. Nie sposób je tu wszystkie przytoczyć. Jak wspomniałem na początku, temat ten jest rozszerzony i wkrótce dostępny w książce.

Na przyjście Odkupiciela oczekują wszystkie niemal religie świata. Jedynie chrześcijaństwo uznało Jezusa za Mesjasza. To właśnie dzięki temu Kościół katolicki urósł w potęgę i dostał „piórek”. Bez zbawiciela już narodzonego byłby zapewne niczym, a już na pewno nie miałby aż tylu wiernych, choć wiernych w milionach ma też z innego powodu, o czym będzie mowa gdzie indziej. Między innymi do tego służy właśnie manipulacja, selekcja i naciąganie tekstów oraz najwygodniejsze tłumaczenia z oryginalnych starożytnych języków.

Badania nad Biblią wykazały jednoznacznie, że Stary Testament wymieniany jest w Nowym Testamencie aż 321 razy. Na liczbę tę składają się aż 103 cytaty dosłowne, 100 wersetów niepodanych dosłownie oraz 118 odniesień do starotestamentowych rozmaitych epizodów. Jeśli wziąć stosunkowo niewielką zawartość Nowego testamentu, wówczas jest to zależność wprost uderzająca.

Uderzające jest też podobieństwo stylu życia i nauczania Jezusa z oświeconymi mistrzami innych religii wschodu, jak Budda czy Zaratustra, a wiedząc, że ci działali dużo wcześniej, nasuwa się pytanie – kto z kogo zapożyczał, dając sobie monopol do zbawiania ludzkości. Odpowiedzią może być bardzo negatywne nastawienie Kościoła do nauk niechrześcijańskich z automatycznym przypisaniem Jezusowi wszystkiego, co najlepsze, od oświeconych mistrzów wschodu. A przecież Nowy Testament nie wspomina absolutnie nic o Jezusie od wieku małego dziecka aż do 30-letniego dojrzałego mężczyzny.

To nie ludzkości potrzebna była śmierć Jezusa na krzyżu do zbawienia, ale Kościołowi potrzebny był Mesjasz. Należy to podkreślić z całą stanowczością.

Kto tępi inne religie działające w imię prawdy, pokoju i sprawiedliwości, ten tępi samego Chrystusa dając świadectwo swojej własnej tępoty. Islam też czerpie z mądrych nauk Jezusa i absolutnie nie wypiera się go: „To jest Jezus, syn Marii, słowo Prawdy, w którą powątpiewają”. - Koran, sura 19.

Islamiści zawsze uznawali Jezusa za mędrca, proroka, nauczyciela a jego nauki brali za klucz do zbawienia, ale... za Mesjasza go nie uznali, albowiem na świecie nic się nie zmieniło ani wówczas, ani dziś. Nadal góruje wyzysk, przemoc, niesprawiedliwość i bezsensowne wojny. Dzieje się tak, gdyż kościoły chrześcijańskie ubóstwiają samego Jezusa, a jego nauki zostały całkiem zapomniane gdzieś daleko w tyle.

Czego te nauki mogły dotyczyć? Mowa o pierwotnych naukach, oryginalnych przekazach, zanim kolejni papieże wraz z cesarzami rzymskimi nie objęli ich cenzurą, a tak właśnie było. Tajemnica wiary jest dzisiaj tajemnicą między innymi dlatego, że obecne teksty święte są jedynie cieniem prawdziwej, mądrej nauki Jezusa i innych mędrców starożytnych, jak i również proroków starotestamentowych. Wystarczy bowiem jedno zdanie konkretne przekształcić w formę przypowieści, i już mamy tysiące interpretacji.

Aby być jak najbliżej prawdy, rzeczą niezbędna jest sięgnąć po dzieła najwcześniejszych Ojców Kościoła. Bóg mi świadkiem, jak ciężko do nich dotrzeć, ale kto szuka ten znajdzie. I znalazłem, dzieła Orygenesa. Oczywiście wyklętego przez Kościół. A jakże, i to nie byle jak, bo aż 15 klątw bez ładu i składu zresztą. Pasuje jak najbardziej.

Orygenes żył w latach 185 do 254, a więc okres bardzo interesujący, bo właśnie wówczas selekcjonowano teksty nowotestamentowe. Poświęcił on życie, chroniąc oryginalnych treści Ewangelii. Jego dziesięciotomowe dzieło zatytułowane „Stromata”, zaginęło bez śladu, i wcale nie dziwi mnie to, gdyż Orygenes zajmował się w nim dokumentowaniem nauk chrześcijańskich zgodnych z doktrynami Platona czy Pitagorasa. W dziele „Contra Celsum”, Orygenes jednak stwierdza, co następuje:

„Czy nie zgadza się bardziej z rozumem to, iż każda dusza, dla jakichś tajemniczych przyczyn (…) wprowadzana jest w ciało stosownie do jej zasług i wcześniejszych uczynków? Czy nie jest racjonalnym, że dusze, które użyły swych ciał, aby dokonać jak najwięcej dobra, powinny mieć prawo do ciał obdarzonych możliwościami przewyższającymi ciała innych?” 
Czyżby zatem Biblia mówiła o reinkarnacji? Wszystko na to wskazuje, że tak, gdyż tylko wtedy niezrozumiałe wersety i przypowieści Jezusa nabierają prawdziwego sensu.

„(...) bom ja Pan, Bóg twój, Bóg zawistny w miłości, nienawidzący nieprawość ojców nad syny do trzeciego i do czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą”. - 5. Mojżeszowa 5,9.
Cóż to zatem za Bóg, który stawia sam siebie moralnie w takim świetle? Dlaczego za moje błędy czy grzechy mają cierpieć moje dzieci, wnuki i prawnuki? Ale jeśli zastąpić słowo pokolenie na wcielenie, wówczas wszystko zmienia postać rzeczy. Moje dzieci wówczas nie mają nic wspólnego z moimi grzechami, za które ja sam odpowiadam w innych wcieleniach, a one mają swoje własne „porachunki” z tym i poprzednim istnieniem. W nowym ciele mogę nawet nie pamiętać swojej winy, zna ją jakaś pamięć, którą trudno nazwać tak, aby każdy zrozumiał, która to nieuchronnie prowadzi mnie do sytuacji podobnej, ale już w taki sposób bym miał szansę zrozumieć swój błąd i go naprawić. Jeśli nie skorzystam, poczuję na własnej skórze coś w rodzaju kary, ale tylko w pewnym słowa tego znaczeniu. Jedynie tym sposobem dusza może osiągnąć doskonałość. „Jak ty czyniłeś, tak będą postępować wobec ciebie, odpowiedzialność za czyny twoje spadnie na twoją głowę”. - Księga Abdiasza 1.15.

Czyż nie podobne przesłania zostawił po sobie Swedenborg?

Orygenes w „Contra Celsum” pisze dalej:

„Niematerialna i niewidoczna ze swej natury dusza nie istnieje w żadnym materialnym miejscu nie posiadając ciała dopasowanego do natury tego miejsca. Skutkiem tego pozbywa się w swoim czasie ciała – które dawniej było jej niezbędne, ale już nie wystarcza w jej nowym stanie – i wymienia je na kolejne”.
Wszyscy wiemy doskonale, iż filozofia Jezusa opierała się głównie na zasadzie, zbierzesz to, co zasiejesz. Wiadomo również, że życie jednego człowieka jest zbyt krótkie, by zdążyć, zebrać wszystkie swoje plony, a siejemy dużo, tak dobra, jak i zła. Jezus nauczał o sianiu dobra, zła i o sprawiedliwości Bożej. Efekty tego obserwujemy w życiu codziennym na własne oczy.

Jeden człowiek rodzi się zdrowy w bardzo bogatej rodzinie. Żyje w wolnym i bez konfliktów kraju otoczony uczciwymi ludźmi. W późniejszym wieku również wszystko przychodzi mu z wielką łatwością. Drugi człowiek urodzony w tym samym czasie to jego całkowite przeciwieństwo, choć niby niczemu nie winny to jednak chory od urodzenia w bardzo biednej rodzinie. Aby przeżyć, musi od dzieciństwa samotnie walczyć z wrogim mu dookoła światem, gdzie głód, wojna i przemoc robi swoje. Co zatem jest z tym Bogiem? Ponoć jest sprawiedliwy i niby każdy rodzi się równy. Czy Bóg faworyzuje jednego z nich? Absolutnie, nie. Wiemy przecież doskonale, co za życia siał Hitler, Stalin czy sieją dzisiejsi politycy – a co siała, dajmy na to Matka Teresa z Kalkuty lub Ojciec Pio. Porównanie takie stanu rzeczy odnajdujemy w Liście do Rzymian 9, 11-14:
„Bo, gdy jeszcze się nie urodziły ani nie uczyniły nic dobrego czy podłego (…) powiedziano jej (Rebece): „Starszy będzie niewolnikiem młodszego”. Tak jak jest napisane: „Jakuba umiłowałem lecz Ezawa znienawidziłem”. Cóż więc powiemy? Czy u Boga jest nieprawość? Przenigdy!”.
Orygenes, jak wcześniej wspomniałem, poświęcił całe życie, aby chronić oryginalnych nauk Chrystusa. W „De principiis" przekazuje nam: "Każda dusza przychodzi na świat umocniona przez zwycięstwa, lub osłabiona przez klęski swoich poprzednich wcieleń. Jej miejsce na świecie zdeterminowane jest przez poprzednie zasługi, lub przewiny. Praca duszy na tym świecie determinuje miejsce, jakie zajmie w świecie przyszłym”.


Św. Jeremiasz (340-400), okrzyknął Orygenesa największym nauczycielem Kościoła od czasów Apostołów. Paradoksalnie jak już wiemy, Kościół Orygenesa wyklął. Św. Jeremiasz musiał zatem przyjmować prawdziwe nauki Jezusa, mówiące o reinkarnacji. Zresztą, przy szperaniu w pismach dawnych Ojców Kościoła, nasuwa się zadziwiająca rzecz. Do czasu Soboru w Nicei, który odbył się w 325 roku, niemal wszyscy Ojcowie Kościoła popierali ideę preegzystencji dusz, jako coś oczywistego. Ówczesne teksty Pisma nie były wówczas aż tak wypaczone, jak dziś. Czerpali ze źródeł najbliższych oryginałom i znali nauki Jezusa dosłowne. Św. Grzegorz (257-332), twierdził śmiało, że:
„absolutnie koniecznym jest, aby dusza została uzdrowiona i oczyszczona, a jeśli nie stanie się to za jej życia na ziemi, musi się dokonać w przyszłym wcieleniu”.
Święci Kościoła w tamtym okresie, przed Soborem w Nicei, doskonale rozumieli słowa Jezusa mówiącego: „Zaprawdę, zaprawdę ci mówię: Jeżeli ktoś nie narodzi się ponownie, nie może ujrzeć Królestwa Bożego (…). Co się narodziło z ciała jest ciałem, a co się narodziło z ducha jest duchem (…). Wiatr wieje gdzie chce, i słyszysz jego odgłos, ale nie wiesz skąd przychodzi i dokąd idzie. Tak jest z każdym, kto się narodził z ducha (…). Jeżeli wam mówię o sprawach ziemskich, a nie wierzycie, to jak uwierzycie, jeśli będę wam mówił o sprawach niebiańskich?”. - Ewangelia św. Jana 3, 3-12.

Faktem jest, że od Soboru w Nicei nauka o wędrówce dusz powoli przygasa. Pojawia się w to miejsce natomiast po raz pierwszy i niespodziewanie coś, co trwa do dziś – grzech pierworodny. Być może największe kłamstwo Kościoła i kłamstwo bardzo uzasadnione. Wierzący w reinkarnację jak to pierwotnie nauczał Jezus, wie doskonale, że do zbawienia potrzebuje jedynie żyć uczciwie w poszanowaniu bliźniego i wszystkiego dookoła. Nic poza tym, a już na pewno nie potrzebuje kapłana i budynku z cegły zwanego kościołem i co najważniejsze, za nic nie musi nikomu płacić, aby doskonalić duszę i przechodzić na wyższe egzystencje. Bez grzechu pierworodnego Kościół jest niczym, gdyż według Kościoła tylko katolicy mogą zmyć grzech pierworodny a w innej religii nie.

Wolter w „Słowniku filozoficznym” ocenia to następująco: „Odważyć się stwierdzić, że Bóg stworzył wszystkie kolejne pokolenia ludzkiego rodu tylko po to, aby ukarać nas pod pretekstem, że nasz najdawniejszy przodek zjadł pewien szczególny owoc, znaczy tyle, co oskarżyć Go o najbardziej absurdalne okrucieństwo. Ten świętokradczy zarzut jest tym bardziej niewybaczalny, że ani Pięcioksiąg, ani Ewangelie, czy to apokryficzne czy kanoniczne, ani żadne z pism Ojców Kościoła nie wspomina o grzechu pierworodnym”.

Logiczną nauką Jezusa o reinkarnacji zastąpiono grzechem pierworodnym, którego ani dziś, ani nigdy w przeszłości nikt nie potrafi wyjaśnić sensownie!

W roku 553 cesarz bizantyński Justynian zwołał Piąty Sobór Ekumeniczny w Konstantynopolu, na którym to potępione i zakazane zostały dzieła Orygenesa, a sam Orygenes zostaje wyklęty. Po tym Soborze wszystkie zapiski dotyczące reinkarnacji znikają nie tylko z kart ówczesnej Biblii. Sam temat reinkarnacji jest zastrzeżony, a głoszenie jej jest karane. Znając historię Justyniana I Wielkiego, nie trudno domyśleć się dlaczego. Wraz ze swoją żoną Teodorą wiedli, łagodnie mówiąc, niezbyt święty tryb życia. Oprócz uciech cielesnych prowadził krwawe wojny w Italii z Ostrogotami, w Azji z Persami oraz w Afryce z Wandalami, pragnąc odbudować rzymskie imperium. Musiał zatem i bał się chorobliwie potępienia w przyszłych ciałach. Łatwiej mu było zatem zmienić zasady wiary!

Nie musi również dziwić, dlaczego po śmierci tej pary tyranów, Kościół nie zmienił tego. Wyjaśnienie mamy wyżej.

Biblia, choć przerabiana na różne sposoby, a pamiętajmy, że mamy tu dwa aspekty kłamstw – materialne z najstarszych zapisków apokryficznych mówiące o materialnych bogach i aniołach (Księga Henocha) oraz o duchowym aspekcie doskonalenia i wędrówki dusz.

Cóż to więc za wielka tajemnica wiary, której Kościół nie potrafi sam wyjaśnić?

„Jeżeli kto ucha, niech słucha. Jeżeli kto iść w niewolę, odchodzi do niewoli. Jeżeli ktoś mieczem zabije, musi być mieczem zabity. Tutaj ma znaczenie wytrwałość i wiara świętych”. - Apokalipsa św. Jana 13, 9-10.

Każdy ma rozum dany przez Boga i niech każdy sam to oceni.

Odkopując zakopane tajemnice Kościoła, niemal każdego dnia przybywa nowych, zdumiewających i zaskakujących faktów, jak chociażby nigdy niepublikowana przez Kościół III Tajemnica Fatimska. Dlatego postaram się do tematu wrócić w oddzielnej publikacji. Wielu również jest ludzi, którzy próbują zwertować tajemnicze archiwa Watykanu.

Kościół zna Prawdę. Być może nieliczni wtajemniczeni, ale jednak zna i panicznie boi się rozpowszechnienia jej. Lekceważy nawet słowa skierowane wprost do niego: „Faryzeusze i skrybowie otrzymali klucze poznania i ukryli je. Nie weszli, ani nie pozwolili wejść tym, którzy tego chcieli”. - Koptyjska Ewangelia św. Tomasza.

Jezus poprzez Ewangelie św. Łukasza stwierdza dokładnie to samo, co powyższy apokryf:

„Biada wam uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli”.

12.12.2017

Boska nauka czy naukowa magia



„Troska o ludzi i ich los powinna być głównym motorem
wszystkich naukowych projektów. Nie zagub tej prawdy
w gmatwaninie równań i wykresów”.

Albert Einstein


To, co dawniej było niemożliwe i nazywane magią, dziś dzięki rozwojowi nauki staje się faktem. Każdego dnia nauka udowadnia, że dawni bogowie nie mieli magicznych właściwości, ale byli bardziej rozwinięci technologicznie.


Portret Alberta Einsteina
A. Einstein Fot/Orren Jack Turner
Przyszłość ma tę charakterystyczną cechę, iż zawsze zapowiada swoje przyjście.

Postęp naukowy jest ogromny, a niemożliwe coraz częściej staje się realne. W 1903 roku laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, Albert Michelson oświadczył, iż wszystkie podstawowe prawa fizyki zostały już odkryte i nie zdarzy się już nic, co mogłoby zrewolucjonizować nauki ścisłe. Jakby na przekór temu, kilka lat później Albert Einstein ogłosił oficjalnie swoją teorię względności. Czarna lista takich naukowych pomyłek jest dużo większa, ale pomińmy ją, gdyż dla nas najważniejsze są tu projekty, które zrealizowano lub nad którymi pracowano dla naszego szeroko pojętego „dobra”. Oceniając naukę XX wieku, możemy jedynie domyślać się, nad czym pracują obecni naukowcy w najbardziej tajnych laboratoriach na świecie oraz jak mało brakuje nam do technologii bogów zaginionych cywilizacji.

Dawna magia to współczesna nauka


Thomas Townsend Brown
Thomas T. Brown
W 1905 roku, w stanie Ohio urodził się Thomas Townsend Brown, którego od najmłodszych lat fascynowała elektryczność, elektronika i magnetyzm. Każdą wolną chwilę poświęcał, aby te trzy rzeczy połączyć w jedno, wiedząc, iż mają one wspólny mianownik. Jego badania bardzo szybko przynosiły mu sukcesy. W wieku szesnastu lat skonstruował pierwsze urządzenie anty-grawitacyjne w czasach nowożytnych. Wynalazek ten miał wielką wagę dla nauki, albowiem był żywym dowodem odkrycia nowego prawa fizyki, o którym do tej pory nikomu nawet się nie śniło. Brown jednak miał sporo problemów z przedstawieniem światu swego odkrycia, gdyż dla naukowców było to zbyt nieprawdopodobne. Dopiero profesor astronomii i fizyki dr Paul Biefeld, zainteresował się pracami Browna, by po wspólnych udoskonaleniach ogłosić światu odkrycie nowego prawa fizyki znanego dziś jako zjawiska, czy efektem Biefelda-Browna. Gdy wybuchła II wojna światowa, Brown będąc porucznikiem rezerwy marynarki, został zmobilizowany i powierzono mu funkcję oficera odpowiedzialnego za badania w dziedzinie wybuchów min akustycznych i magnetycznych, jako że wcześniej pracował w Waszyngtonie jako specjalista spektroskopii, promieniowania i fizyki eksperymentalnej. Jak się później okaże, będzie to miało ogromne znaczenie dla niego, dla nas oraz dla całego świata nauki.

Albert Einstein w 1925 roku odkrył nowe prawo nazwane jednolitą teorią pola, które mówi, że trzy pola; elektryczne, magnetyczne i grawitacyjne można połączyć razem, tworząc jedno pole, a raczej jedną potężną siłę. Einstein odkrycia tego dokonał na podstawie wcześniejszych prac Thomasa Browna, który również tym się zajmował. Obaj naukowcy doskonale sobie zdawali sprawę z tego, jak potężną broń można stworzyć na podstawie ich odkryć. Einstein, rzekomo z przekonania pacyfista, postanowił potajemnie pracować dla marynarki wojennej, gdy w 1940 roku wojna toczyła się na ostro. Gdy dwaj geniusze nauki z takimi odkryciami pracują dla wojska, wyniki muszą być arcyciekawe i tragiczne. Rozpoczęto zatem doświadczenia mające na celu, oficjalnie oczywiście, uczynić okręty niewidoczne dla radarów wroga, ale... i nie tylko.


Amerykański niszczyciel „USS Eldridge”
USS Eldridge
W połowie października 1943 roku w Filadelfii marynarka wojenna USA przeprowadziła pierwszy eksperyment z użyciem pola Einsteina i Browna. Czy owi naukowcy byli bezpośrednio obecni podczas eksperymentu, jest do dziś tajemnicą. Faktem natomiast jest, że w porcie w Filadelfii przygotowano specjalne agregatory wytwarzające potężne pole elektromagnetyczne, by je skierować bezpośrednio na niszczyciel „USS Eldridge”. Załoga tego okrętu przed przystąpieniem do eksperymentu musiała podpisać specjalne oświadczenia, iż wszystko, czego doświadczą, objęte jest ścisłą tajemnicą.

Eksperyment rozpoczęto. Generatory włączono, a same rezultaty były zdumiewające. Najpierw wokół okrętu pojawiło się przymglone zielonkawe światło, które z czasem wypełniło cały okręt, a jednostka wraz z załogą zaczęła rozpływać się w powietrzu na oczach świadków. Jedyne co było widoczne to linia zanurzenia. Jak donoszą inni świadkowie, w tym samym czasie okręt był widoczny na chwilę w stanie Wirginia, by za moment znów zniknąć, jakby został chwilowo teleportowany. Po pewnym czasie znowu pojawił się w macierzystym porcie w Filadelfii. Eksperyment zupełnie zaskoczył samych naukowców i całkowicie wymknął się spod kontroli. Nikt nie przewidział skutków, nikt nie był w stanie obliczyć wyników i nikt nie był pewny niczego. Dla naukowców eksperyment ten w jakimś sensie, choć nieprzewidywalny, był sukcesem, ale co z załogą? Dla załogi okazał się tragedią być może nawet gorszą niż śmierć. Marynarze, którzy nielicznie jakimś cudem przeżyli popadli, oficjalnie powiedzmy, w obłęd. Niektórzy dosłownie znikali na oczach świadków, pojawiali się w różnych miejscach znikąd i zaraz znikali wbrew prawom fizyki.

Człowiek, który badał kulisy „Eksperymentu Filadelfijskiego”, dotarł do wielu świadków tamtych wydarzeń, którzy twierdzili, że siedząc spokojnie w barze, nagle pojawiło się dwóch zszokowanych marynarzy, jakby zmaterializowanych wprost z powietrza, po czym znów nagle zniknęli. Badacz ten, Charles Berlitz, dotarł nawet do człowieka, który twierdził, iż brał bezpośredni udział w eksperymencie i drogą korespondencji poinformował badacza o tym, co działo się z załogą. Berlitz opublikował fragmenty owych listów w swoich książkach poświęconych temu tematowi:
 „Połowa oficerów i załogi tamtego okrętu momentalne kompletnie zwariowała. Niektórzy trzymani są do dzisiaj w specjalnych ośrodkach, gdzie otrzymują specjalną pomoc naukową, jeśli czują, że „unoszą się w powietrzu”, jak to nazywają lub „wiszą w powietrzu i tkwią w nim” (…). „Tkwieniem w bezruchu” jednak nazywają piekłem. Człowiek, który znalazł się w tym stanie nie może poruszać się z własnej woli. Jeśli w takiej chwili nie podbiegnie do niego jeden lub dwóch kolegów znajdujących się z nim w polu i nie dotknie go, to wtedy „zamarza” (…). „Zamrożeni” nie mają takiego poczucia czasu jak my. Przypominają ludzi w stanie zamroczenia umysłu, którzy w prawdzie żyją, oddychają, słyszą, widzą i czują, ale mimo to nie spostrzegają wielu innych rzeczy! To tak jakby wegetowali w czymś w rodzaju podziemnego świata (…). Jeśli byłby Pan w pobliżu lub w porcie marynarki wojennej w Filadelfii i ujrzał grupę marynarzy, którzy trzymaliby ręce na ciele swego kolegi lub wprost w powietrzu, to niech Pan spojrzy na palce tego biednego człowieka. Jeśli będą drżały jakby w gorącym, rozrzedzonym powietrzu, niech Pan do niego podejdzie i położy na nim swoje dłonie, bo jest on pogrążony w głębokiej rozpaczy. Żaden z tych ludzi nie chciałby znów być niewidzialny. Myślę, że nie muszę rozwodzić się dłużej nad tym, dlaczego ludzie nie dojrzeli jeszcze do pracy z polami siłowymi”. 
Autor tych listów opisując skutki działania pola na człowieka, używa takich określeń jak „Zamarznąć”, „zawisnąć w skoku” lub „krążyć” tylko dlatego, gdyż nie potrafi lepiej wyrazić słowami stanu, jak człowiek czuje się, gdy znika, zastyga lub nawet nieświadomie przechodzi w inny wymiar. Wielu marynarzy, którzy zniknęli na oczach świadków, nie odnaleziono do dnia dzisiejszego. Niewykluczone nawet, że gdzieś lub w czymś nadal żyją. Jeden z nich nawet, przeszedł czy raczej przepłynął nieświadomie przez ścianę swojej kwatery na oczach żony i dziecka, by nigdy więcej nie powrócić. Istnieją także relacje mówiące o tym, że ciała niektórych marynarzy znaleziono wtopione w części okrętu, jakby tworzyły jedną całość. Tak jak gdyby potężna siła pola elektromagnetycznego, zmieszała strukturę molekularną ludzi i przedmiotów w jedną całość.

Oficjalnie nic nie wiadomo o powtórzeniu eksperymentu z użyciem pola. Albert Einstein, przynajmniej tak twierdził, do końca życia żałował współpracy z marynarką wojenną, ale Brown kontynuował swoje badania, brnąc dalej w swój własny świat ciemnej strony genialnego umysłu. Pamiętajmy, iż to był rok 1943, a technologia nie lubi stać w miejscu. I jakoś nic nie jest w stanie przekonać mnie, że poziom moralny naukowców idzie w parze z rozwojem technologii na świecie. Mowa oczywiście o tej ciemnej stronie nauki. Jeśli zatem ktoś nagle zobaczy postać pojawiającą się i znikającą jakby z mgły, niech nie weźmie go od razu za ducha, gdyż rzeczywistość może okazać się bardziej fantastyczna niż fikcja.

John Titor, podający się w portalach społecznościowych jako „TimeTravel_0”.
Tak ma wyglądać Titor
Być może John Titor, rzekomy podróżnik w czasie, który miał przybyć do nas z 2036 roku, oszukał miliony internautów przedstawiając swój świat z 2036 roku, nasz teraźniejszy i wydarzenia do jego współczesności opisując wszystko w sieci pod nickiem TimeTravel_0. Być może ktoś miał i ma nadal niezłą zabawę, widząc tak wielu naiwnie oszukanych, i być może trafnie określił świat przyszłości na podstawie cieni nowości naukowych będących jeszcze w powijakach. Być może, ale... do tej pory nikomu nie udało się zidentyfikować, kim jest faktycznie osoba podająca się za Johna Titora.


Z mocą działania fal elektromagnetycznych ma do czynienia każdy w życiu codziennym. Wystarczy podać za przykład kuchenkę mikrofalową, a trzeba wiedzieć, że technologia ta nie tylko służy do szybkiego podgrzewania żywności. Mikrofalami od dawna zajmowali się naukowcy wojenni, a przemysł wojskowy rzadko pozwoli sobie na wypuszczenie informacji innowacyjnych. Zawsze musi być coś ukrytego, co pozwoli na wyciek danych rzekomo jedynie nowych. Na podstawie amerykańskiej ustawy o swobodnym dostępie do informacji, odtajnionych zostało wiele dokumentów, które już są przestarzałe. Jeden z nich „Analiza działania fal mikrofalowych w broni zaporowej” z roku 1972, wyjaśnia:
 „Jednym z ważniejszych zadań jest odpowiednio długie utrzymanie celu w strefie promieniowania (mikrofalowego), co w efekcie prowadzi do śmierci (…). W wyniku działania promieniowania wróg umrze w cierpieniach w ciągu 35 sekund”.
Z dalszych części dokumentu dowiadujemy się, że już w tamtym okresie możliwe było, a nawet stosowano broń mikrofalową, umieszczając odpowiednie nadajniki, aby niszczyć życie na odległość około 300 metrów od nadajnika. Taka broń przynosi wielkie korzyści wojsku, albowiem jest niewidzialna i niemal niemożliwa do wykrycia oraz udowodnienia jej stosowania. Niestety, jest już przestarzała! Jak więc wygląda nowoczesna broń elektromagnetyczna, która jest z pewnością częścią przerażającego, wysoce rozwiniętego i bardzo drogiego arsenału wojennego? Być może spontaniczne pożary i niewyjaśnione samozapłony, które miały miejsce na Sycylii w 2004 i 2014 roku, to jednak eksperymenty wojskowe?


Wizja projektu niemieckiego myśliwca.
Artystyczna wizja V-7
Nie jest moim celem omawianie tajnych operacji wojskowych, ale warto poświęcić tu trochę miejsca technologii, nad którą pracowali naukowcy Hitlera podczas II Wojny Światowej, a nawet i wcześniej. Hitler, mianowicie, jakoś dziwnie przekonany był o zwycięstwie aż do samego końca wojny i kapitulacji Niemiec. To tak, jakby czekał na wyciągnięcie decydującego asa z rękawa. Analitycy zachowania Hitlera myśleli, że ten blefuje lub popadł w jakąś chorobę psychiczną, fanatycznie będąc pewnym potęgi faszystów nawet pod koniec wojny. Jednak... gdy już po wojnie zaczęto stopniowo odkrywać tajne projekty broni Hitlera, które były już niemal ukończone, zdano sobie sprawę, że Niemcy były faktycznie o krok od wygranej. Zdaniem fachowców w tej dziedzinie, gdyby Hitler wstrzymał się z rozpoczęciem wojny, dając czas swoim naukowcom, świat należałby dziś do nazistów. Wiele niemieckich wynalazków tamtych lat daleko wyprzedzały Zachód. Na początek wystarczy wymienić inteligentną rakietę V-2, która miała na swym pokładzie pierwszy na świecie cyfrowy przelicznik balistyczny. Mówiąc wprost, V-2 była skomputeryzowana, zanim większość świata wiedziała coś o cyfrowych przelicznikach.


Projekt niemieckiego myśliwca z okresu drugiej wojny światowej Haunebu 2
Projekt Haunebu
Jeszcze bardziej tajemniczo przedstawia się sprawa z projektami latającego dysku o nazwie V-7, który rzekomo miał działać na zasadzie napędu anty-grawitacyjnego. Dość ciekawe miały być jego zdolności techniczne jak na owe czasy. Prędkość lotu przekraczać miała 2500 km/h, prędkość podczas startu około 60 km/h, udźwig do kilku ton oraz w pełni miał być przystosowany do przenoszenia głowic nuklearnych, których to Niemcy na szczęście jeszcze nie posiadali, ale teoretycznie zasady ich konstrukcji były dobrze im znane. Jako ciekawostkę warto tu zaznaczyć, iż niemiecki super myśliwiec V-7, do złudzenia miał przypominać pojazdy staroindyjskich bogów „Vimany”, które opisują Wedy. Ponadto, Hitler powołał do życia specjalną organizację z grupy SS o nazwie „Vril”, której głównym zadaniem było zgłębianie starych tekstów z nadzieją odkrycia pradawnej wiedzy tajemnej. Całkiem możliwe, że grupa ta odnalazła teksty wedyjskie, opisujące dokładną budowę „vimanów”, a z wiadomych powodów pisma te dzisiaj są nam nieznane. Bo i właściwie kto chciałby się chwalić instrukcją budowy takiego pojazdu jak Haunebu, który swoją technologią miał przewyższać nawet V-7. Haunebu działać miał w oparciu o zasadę przeciwbieżnie wirujących dysków. Jego prędkość dochodzić miała do 6 000 km na godzinę oraz mógł wylatywać poza atmosferę ziemską.

Pamiętajmy cały czas, że opisy tych projektów dotyczą lat 30 – 40 dwudziestego wieku. Na szczęście Hitler rozpoczął wojnę zbyt wcześnie. Zdaniem wielu dzisiejszych historyków i naukowców, gdyby poczekał z inwazją na realizację tajnych projektów, dzisiaj naziści byliby bogami. Kto sięgnie po miano bogów jutro? Z pewnością ci, którzy przejęli wiedzę na temat supertajnych projektów III Rzeszy, a dla nas już nawet będzie bez różnicy czy nowi bogowie będą wywodzić się z zachodu, czy ze wschodu. Cechą charakterystyczną bogów wszystkich czasów jest imperializm. Kto po niego sięga, ten sięga po władzę nad światem, a do tego potrzebne są boskie atrybuty wojenne, które bez nowej technologii nie mają racji bytu. Wschód, Zachód, a może wypaczony Islam czy fanatycy innej religii – bez różnicy, po każdej stronie frontu dość jest głupców, chcących mianować się bogami nowożytności, dążąc do władzy nad światem, i... co za tym idzie kolejnej zagłady cywilizacji. Każdy ma oczy i widzi. Różowe okulary już wychodzą z mody.

Nauka ma dla nas jeszcze wiele niespodzianek, chociaż sama nauka jest jedynie narzędziem w rękach wielu szaleńców chcących dominować nad całą ludzkością. Zdolny hipnotyzer potrafi zrobić z człowiekiem, co tylko zechce. Pod wpływem hipnozy może mu zasugerować wykonanie każdej czynności o każdej porze. Nauka udowodniła to jednoznacznie. Jest to o tyle niebezpieczne, że człowiek poddany działaniu siły psychicznej wykona każdy dosłownie zakodowany w podświadomości rozkaz. Zasada jest prosta. Hipnoza, a w niej zasugerowanie rozkazu na dany sygnał, może być dźwiękowy nawet telefonu komórkowego, bezwzględne wykonanie rozkazu w danym zaprogramowanym czasie. Może być nawet zabicie kogoś konkretnego. Jest okazja, dzwoni telefon, świadomość wycisza się, a na wierzch wychodzi rozkaż zakodowany w podświadomości i bezwzględna chęć, a nawet wewnętrzny przymus wykonania go. Rozkaz wykonany, główna ofiara leży martwa na podłodze a druga, również ofiara, ale ofiara w formie narzędzia zastanawia się, co przed chwilą zrobiła nic nie pamiętając. Nie wie, dlaczego trzyma zakrwawiony nóż w ręku a przy nim leży martwy człowiek.

Opisane wydarzenie nie jest wbrew pozorom fragmentem powieści kryminalnej. Nauka nad podświadomością udowodniła realność takiego scenariusza w realnym świecie. Do czego dążę?

Telewizja opanowała już cały świat. Już teraz w telewizyjnych reklamach stosowane są tak zwane „obrazy tachystoskopowe”. Metoda ich stosowania polega na wplataniu do reklam albo materiału filmowego zdjęć pokazywanych przez tak krótką chwilę, że ludzkie oko nie jest w stanie jego zarejestrować i utrwalić obrazu w świadomości. Nie oznacza to jednak, że obrazu tego nie widzimy. Rejestruje go i utrwala nasza podświadomość, która jest bardziej czuła i działa na innej zasadzie niż świadomość, która jest zawsze odpowiedzialna za „teraz i tu”. Trzeba od razu zaznaczyć, iż technika ta jest tak skuteczna, że obecnie w wielu krajach zabroniona jako fałszowanie świadomości. Ukryte obrazy zazwyczaj przedstawiają obraz reklamowanego produktu z jakimś twardym nakazem kupna go. Wszystko jest w porządku, gdy po takich bombardowaniach siedzimy w domu, oglądając mecz, jemy kolację, kładziemy się spać, żyjemy swoim życiem dalej, ale... gdy jesteśmy w sklepie i widzimy produkt pokrywający się z ukrytym obrazem, w naszej świadomości dzieje się coś dziwnego. Podświadomość nakazuje nam włożenie tego produktu do koszyka a świadomość nie wiedząc dlaczego, ten rozkaz wykonuje. Nie jesteśmy świadomi, że dzieje się tak dzięki temu, iż zostaliśmy ofiarą oszustwa manipulacyjnego. Nie na każdy umysł działa to jednakowo oczywiście, ale badania naukowe wykazały ogromną skuteczność tej metody. Tak skuteczną, że nie bez racji zabroniono jej.

Nie chcę nic sugerować, ale pamiętajmy cały czas, że mówimy o reklamie. Jeden marny zakupiony produkt, który w domu okazuje się zupełnie zbędny. Mała szkoda jednostki, ale wielki zysk korporacji. I właśnie, na tym to wszystko polega. Co, jeśli obraz przestanie być zwykłym niepotrzebnym produktem? Co, jeśli przekaz będzie przekazem politycznym? Typowy przykład sprzed lat – czy George W. Bush miał aż tak ogromną siłę przekonywania, że podczas inwazji na Irak popierało go aż 75% Amerykanów? Czy może zadziałało tu coś niewidzialnego? Tego nie wiemy, ale wiemy z całą pewnością, że dowody pokazane światu co do posiadania przez Irak broni masowego rażenia były tak sfałszowane, że nawet laik by nie uwierzył w ich prawdziwość. Nie mówiąc już o tym, iż agresja na Irak nie miała poparcia ONZ. Ale to historia, która ma konsekwencje dziś, to jednak historia. A co mamy dziś?

Dziś mamy masową i celową politykę mieszania kultur, w której tle co jakiś czas daje o sobie znać walka o dominację jednej z nich, owocując zamachami w Europie. Wszystko co wiemy, wiemy z przekazów medialnych a zamachowiec najczęściej również ginie w zamachu. A co z tymi, których służbom uda się aresztować żywych? Czy media podają raporty z ich przesłuchań? Nie i właściwie nikt już nie interesuje się nie tyle losem żywego zamachowca, ile bodźcem skłaniającym go do zabicia ludzi wiedząc, że sam zginie. Oczywiście nie wykluczam działania na tle religijnym, ale wykazuję, że istnieje również możliwość manipulacji zachowań poszczególnymi ludźmi. A zazwyczaj zamachowcy okazują się ostatnimi ludźmi na świecie, którzy mogliby kogoś skrzywdzić. Bynajmniej takie opinie słyszymy od rodzin, znajomych czy sąsiadów zamachowców.

A co jeśli okaże się, że zamachowcy są narzędziami, nie mającymi pojęcia w danej chwili co robią?
Niczego nie możemy wykluczać.

Technologia działająca na podświadomość jest realnie groźniejsza, niż sama broń nuklearna. Może to doprowadzić do tego nawet, że ludzie nagle zaczną zabijać się sami, nie wiedząc dlaczego.


Ciekawe co miał na myśli Howard Phillips Lovecraft, wygłaszając swoje jak gdyby mroczne proroctwo:
 „Żyjemy na spokojnej wyspie ignorancji pośród czarnych mórz nieskończoności i wcale nie jest powiedziane, że w swej wędrówce zajdziemy daleko. Nauki – a każda z nich dąży we własnym kierunku – nie wyrządziły nam dotąd większej szkody; jednakże pewnego dnia, gdy połączymy rozproszoną wiedzę, otworzą się przed nami tak przerażające perspektywy rzeczywistości, a równocześnie naszej strasznej sytuacji, że albo oszalejemy z powodu tego odkrycia, albo uciekniemy od tego śmiercionośnego światła przenosząc się w spokój i bezpieczeństwo nowego mrocznego wieku”.